"Na Zachodzie kręci się inaczej" - Tomasz Kot o najnowszym filmie

Anita Czupryn
Pawel Lacheta/ Polska Press/ Express Ilustrowany
„Bikini blue” to najnowszy film Jarosława Marszewskiego, w którym główną rolę gra Tomasz Kot. Miejsce akcji: Wielka Brytania. Czas: lata 50. Na atolu Bikini trwają próby jądrowe, a kobiety szyją stroje bikini. Polski oficer Eryk trafia do szpitala psychiatrycznego. Jego młoda żona, Brytyjka postanawia uratować małżeństwo i odkryć tajemnicę, jaką skrywa. Film trafi do naszych kin 21 kwietnia, co ciekawe, będzie to dzień 40. urodzin Tomasza Kota

„Bikini Blue” to najnowszy film z Panem w roli głównej. Co było dla Pana większym wyzwaniem: grać szaleńca, czy grać w języku angielskim?
Jedno z drugim jest zintegrowane. Język angielski był dużą atrakcją i pachniał wielką przygodą, ponieważ wcześniej nie zdarzyło mi się grać w tym języku. Tym bardziej, że znajomości angielskiego nie miałem w jakimkolwiek stopniu zadowalającym przede wszystkim mnie samego. Potraktowałem więc tę okazję również do intensywnej nauki języka. Nad tym wszystkim wisiał cień szaleństwa zapisany w roli głównej. Owszem, sen z powiek spędzały mi te dwie sprawy - język angielski i szaleństwo, ale nie potrafię tego rozdzielić; to jest ze sobą połączone.

Czy postać Eryka, polskiego imigranta w Wielkiej Brytanii w latach 50., byłego oficera Wojska Polskiego, jaką Pan kreuje, jest obciążona konkretną chorobą psychiczną? To rodzaj schizofrenii, czy po prostu wizja reżysera?
Z pewnością i jedno i drugie, ale też mamy tu do czynienia z olbrzymim psychicznym przesileniem bohatera. Lech Mackiewicz, który gra lekarza prowadzącego Eryka, ma swoją teorię. Mówi bardzo poetycko, że trzeba usłyszeć jego muzykę.

Zwróciłam uwagę na to zdanie, jakie wypowiada on w filmie; bardzo symboliczne i wieloznaczne: „Tańczący głuchemu wydaje się szaleńcem”.
Zdanie to przyświeca całemu filmowi, jest idealnym odzwierciedleniem oglądanej historii; jest też próbą przyjrzenia się sytuacji głównego bohatera i wyjaśnienia jego zagadki.

Ponieważ jest to bohater z tajemnicą.
Ale nie będziemy jej teraz zdradzać (śmiech).

Nie ośmielę się. Często jednak jest tak, że ludzie twórczy, kreatywni, albo noszący w sobie jakąś tajemnicę, wydają się światu szaleni przez to, że nie są przez ten świat zrozumiani.
Bywa, że działa to w dwie strony, na przykład w sytuacji partnerskiej - jeśli jedna osoba nie rozumie drugiej, to i druga nie rozumie pierwszej.

Otóż to. Wracając do szaleństwa, to niedawno też zagrał Pan pacjenta szpitala psychiatrycznego w filmie „Atlas” debiutującego reżysera. Co takiego jest w Panu, że reżyserzy chętnie obsadzają Pana w rolach granicznych?
Bardzo się cieszę, jeśli reżyser widzi mnie w takim zadaniu, tylko chciałbym tu od razu wyjaśnić, że „Atlas” jest filmem trzydziestominutowym, w moim mniemaniu bardzo lirycznym i tak naprawdę nie chodzi w nim o tego chorego, ale o pewną okoliczność, opowiastkę o życiu i świecie w ogóle, która zahacza o pewną uniwersalną historię znaną każdemu z nas. Pracując na planie „Atlasu” nie miałem poczucia, że grałem osobę chorą psychicznie.

Myślałam, że wiąże się to z charyzmą szaleńca, jaką twórcy filmów w Panu widzą.
Może bierze się to stąd, że we wcześniejszych filmach, w jakich grałem, w „Skazanym na bluesa”, czy w filmie „Bogowie” miałem do czynienia z pewną transgresją, przekroczeniem pewnych granic przez bohatera? Przypuszczam, że tak może być, że jeśli w jednym firmie zrobiłem to w taki sposób, w drugim w inny, to można zakładać, że w kolejnym też jakoś to zrobię (śmiech). Zwykle nieczęsto widzimy ludzi w ekstremalnych sytuacjach: pijaństwa, narkotycznego uniesienia czy szaleństwa. Dlatego cieszę się, że dostaję takie zadania, bo to są wyzwania. W „Bikini Blue” jest wiele sekwencji, których się obawiałem.

„Niewiele trzeba, żeby być normalnym” - powiedział Pan raz w wywiadzie. To ile trzeba, żeby być uznanym za szalonego?
Powiedziałem to w konkretnym kontekście. Usłyszałem, że mam opinię normalnego gościa, że zachowuję się zwyczajnie, nie jak gwiazda, bo takie zwykle są oczekiwania: „To wielki gwiazdor, a gwiazdorzy tak mają, że zamawiają sześć róż z różowym płatkiem, a w hotelu muszą mieć żółtą pościel”. Kiedy więc mówię, że raczej niczego mi nie potrzeba, że pokój jest bardzo ładny i bardzo za niego dziękuję, to spotykam się z okrzykami: „Jezu! Ale pan jest normalny”. Stąd te moje słowa. A żeby zagrać szaleństwo to… trzeba to wykombinować. Zadawałem bardzo poważne pytania reżyserowi „Bikini Blue” Jarkowi Marszewskiemu, czy szaleństwo bohatera filmu ma się objawiać w jakiś zewnętrzny sposób, nerwowym tikiem, czy stałym zestawem innych zachowań. Mówił, że nic takiego nie chce.

Słowem, w „Bikini Blue” gra Pan szaleńca niezdiagnozowanego i dlatego jest to tak dla historii filmu niebezpieczne?
Bohater przeżywa ostre przesilenie, ale, jak już wspomniałem, nie możemy zdradzać, z czego ono wynika. Usłyszałem określenie, które mi się spodobało, że jest to człowiek niesamowicie wysadzony z siodła. Zastajemy go w sytuacji, kiedy nie może być w domu z dzieckiem i żoną, ale w szpitalu. Lianne Harvey, moja partnerka w tym filmie, bardzo młoda Brytyjka…

…młoda, piękna i bardzo utalentowana.
To prawda. Pytała mnie o liczbę filmów, w jakich zagrałem, o liczbę dni zdjęciowych, bo to świadczy o doświadczeniu a głównie chodzi o to, że podczas każdego filmu zdarzają się trudne techniczne wyzwania, które ciężko wyjaśnić w wywiadzie, jak na przykład to, że trzeba zagrać do śrubki, a potem przenieść wzrok w inną stronę. Pytała mnie głównie o te sprawy. Powiedziałem jej, że tak naprawdę ważne są te momenty, które popychają historię dalej. Kiedy aktor musi się wściec, wrzasnąć, kogoś uderzyć, zagrać alkoholika, czy inną wyrazistą postać. W gruncie rzeczy, jeśli gra się w wielu filmach i aktor jest, dajmy na to przyjacielem głównego bohatera, to na cały film ma kilka scen: jest scena na basenie, jest w parku, czy na przyjęciu. Wówczas jego rola polega na podrzucaniu informacji dla widza. Nie ma on wielu transgresyjnych momentów, nie ma okazji sprawdzić się w warunkach zupełnie odmiennych. W tym przypadku Lianne Harvey miała idealny start, idealny debiut, bo jej rola obfituje w wiele takich właśnie znaczących momentów. Mnie paradoksalnie również cieszyły te chwile, które spędzały mi sen z powiek: czy zrobię to dobrze, czy to się uda przy tak kameralnym filmie, a to właśnie na tych momentach przejścia, na tym, że coś szarpnie tą historią, opiera się ten film.

Film opowiada niespecjalnie znaną historię o tym, że w latach 50. w Wielkiej Brytanii były dwa szpitale psychiatryczne tylko dla Polaków, że polscy weterani wojenni zapadali na choroby psychiczne kilkakrotnie częściej niż weterani innych narodowości. Ale też mówi o skomplikowanych losach tych weteranów, którzy nie mogli wrócić do Polski, bo byli uważani za zdrajców.
Ci ludzie przeszli cały front, brali udział w strasznych, makabrycznych bitwach, w końcu wylądowali w Anglii i okazało się, że nie mają nawet prawa wziąć udziału w defiladzie zwycięzców.

Wyzwalali Europę przy boku Aliantów, a potem okazało się, że polscy generałowie sprzątali w brytyjskich fabrykach, albo zostawali tam stróżami nocnymi. Jak generał Stanisław Maczek, który był sprzedawcą, a potem hotelowym barmanem.
To był ich ogromny ból. Ci ludzie zostali potwornie doświadczeni. Nie dość, że przeszli niewiarygodny wojenny szlak, że nie mogli wrócić do własnego kraju, to okazało się, że pozostali bez papierów i znaleźli się w kraju, gdzie nie byli chciani. Taki był ogólny klimat, cechowała ich totalna depresja; wszyscy byli załamani.

Postać szaleńca to częsty motyw w sztuce: w literaturze, filmie czy malarstwie. Psycholog Kazimierz Dąbrowski nazywał ich nadwrażliwymi, cenił za ich czułość w nieczułości świata. W bohaterze, jakiego Pan gra, jest wpisana owa nadwrażliwość i czułość w nieczułości świata?
W szerszym kontekście na pewno tak można to widzieć. Wojna była takim czasem, że kiedy się skończyła, to cała masa ludzi w swojej wrażliwości okazała się nadwrażliwa. Ale w filmie nie pokazujemy tego w taki sposób, ponieważ bohater ma własne powody, znalazł się w trudnej sytuacji, w klinczu, jest niewolnikiem własnej przeszłości.

I niewolnikiem własnych decyzji.
Rzeczywiście. Ale podejmował je w sytuacji krytycznej, w dużym pośpiechu. Widz, poznając jego historię, może mieć problem z dopatrzeniem się tej nieczułości świata, bo jeśli świat nie zna jego tajemnicy, to też nie może na to odpowiedzieć. W tym wypadku świat pozostaje nieczuły wobec jego zamkniętej, hermetycznej historii.

Wieloznaczny jest też tytuł tego filmu. Z jednej strony jest to czas zimnej wojny, czas prób jądrowych na atolu Bikini, a z drugiej strony jest to też czas, kiedy kobiety wkładają stroje bikini. Z kolei samo słowo blue nie tylko znaczy „niebieski”, ale też pochodzić może od bluesa i oznaczać smuteczek, który w tym filmie się unosi.
Oczywiście, jest w nim spora dawka smutku. Bardzo podoba mi się pani interpretacja.

Kiedy przygotowywał się Pan do roli profesora Religi w filmie „Bogowie”, oglądał oryginalne zdjęcia profesora i próbował odtwarzać jego miny ze zdjęć. Jak to wtedy przełożyło się na samą kreację postaci?
Nazwałem to „moment zero”, „moment klik”. Znajomy kompozytor opowiedział mi, że kiedy siada przed klawiaturą, to jest to dla niego zawsze „kartka zero”. Reguły dla każdego są te same, klawisze wyglądają identycznie, ale każdy z kompozytorów kombinuje tak, jak mu w duszy gra. Pomyślałem, że super byłoby mieć taki punkt zero, żadnych innych punktów odniesienia i samemu też móc kombinować swobodnie. Wtedy wyobraźnia podpowiada różne fajne rozwiązania. Zacząłem od zdjęcia bohatera. Wiemy, co jest w tym „momencie klik”, ale co wydarzyło się sekundę przed zrobieniem zdjęcia, a co sekundę po nim? Jaka była mina? W latach 80. na sto procent było tak, że każda klatka w kliszy była szanowana. Ludzie przygotowywali się do zdjęcia i do zdjęcia pozowali. Mało było zdjęć przypadkowych, strzelonych mimochodem, jak to się dzieje teraz, kiedy wszyscy cykają zdjęcia. Wtedy były w filmie 32 klatki, więc wszyscy traktowali to poważnie. Mężczyźni dostojnie ustawiali się przed historycznymi budynkami, kobiety wołały: „Czekaj, muszę poprawić włosy”; istniała cała sfera zachowań z tego powodu, że robimy zdjęcie. Dlatego tak ważne dla mnie było znaleźć te zdjęcia, które nie były pozowane, ale zrobione przypadkiem, zza węgła, bez przygotowania. I parę takich znalazłem: gdzieś w lesie, kiedy profesor macha ręką, co mogłoby wskazywać, że chyba nie chce zdjęcia. Ale dzięki temu, że pracuję na scenie dobrze wiem, jak łatwo przejść ze śmiechu w płacz. Jeśli więc na zdjęciu widzę niezadowolenie, to wcale nie znaczy, że to nie jest radość. Jak ta mina mogła wyglądać sekundę wcześniej? A sekundę później? A jaka będzie trzy sekundy do tyłu? W ten sposób ćwiczyłem przed lustrem. Kolega aktor, kiedy usłyszał o tej mojej metodzie, powiedział: „Stary, to jest tak, kurwa, prymitywnie proste, że zazdroszczę ci, że na to wpadłeś” (śmiech). Ale podobnie było i w „Bikini blue”.

O to właśnie chciałam zapytać - jak tu się Pan przygotowywał do roli?
Najpierw oznaczyłem i ponumerowałem wszystkie kwestie, jakie w filmie wypowiadam. Zdawałem sobie sprawę, jak niektóre z nich są trudne do płynnego wypowiedzenia, a jeszcze jak dojdą do tego emocje, brytyjskie oczy, które na mnie patrzą, brytyjska rzeczywistość, to trzeba sobie umieć poradzić ze stresem. Zwłaszcza kiedy ekipa czeka, jest kilkadziesiąt osób, niektórzy są już głodni, już chcieliby zjeść obiad, a ja się kolejny raz mylę. Wszystkie te sprawy działają na aktora. Starałem się więc tak przygotowywać, aby szło płynnie, jak z automatu. Ucząc się tych wszystkich kwestii wymyśliłem, że są one jak jaszczurki w wielkim terrarium. Niektóre są łagodne - to te kwestie, które szybko zapamiętywałem, a inne są paskudne, kosmate i groźne. Postanowiłem wszystkie je oswoić do czasu rozpoczęcia filmu. I już.

Zauważył Pan różnice w podejściu do roli między polskimi a brytyjskimi aktorami?
Tak naprawdę nie ma różnicy. Podoba mi się zdania Maćka Stuhra, który powiedział, że liczy się skuteczność, efektywność. Jeden na rolę potrzebuje pół roku, inny dwa dni, a przed kamerą spotykają się już różne rodzaje skuteczności. Pewne rzeczy przychodzą mi z łatwością, więc skupiam się na tym, co sprawia mi trudność, która z kolei dla kogoś innego może być łatwością.

Co dla Pana było trudnością w tym filmie?
Przede wszystkim niepewność w poruszaniu się po języku angielskim.

Świetnie Pan mówi po angielsku!
Dużo pracowałem, przygotowywałem się fonetycznie, brałem lekcje, ale na planie rodzi się pytanie: czy jeśli zagram coś ostrzej, krzyknę, przeciągnę jakieś słowo, to czy to słowo nie zamieni się w inne, o zupełnie innym znaczeniu, którego nie znam? Gdzie jest granica błędu? Intonacja, kontekst, kultura, to wszystko ma znaczenie. A są w tym filmie momenty, kiedy używamy dość archaicznego języka, języka tamtych czasów. Nie mogłem się doczekać pracy nad kolejnym filmem po „Bikini blue”, bo wiedziałem, że jeszcze bardziej będę doceniał język polski (śmiech). Ciekawe też było poznanie pracy nad filmem od strony technicznej. Brytyjczycy inaczej kręcą. Wcześniej tylko słyszałem legendy, że na zachodzie kręci się inaczej niż w Polsce.

Jak ta legenda w zetknięciu z rzeczywistością wygląda?
Żelazna zasada jest taka, że po określonym czasie pracy jest przerwa i wszyscy muszą dostać ciepły posiłek. W Polsce to jest ruchome. W Anglii dziecku na planie towarzyszy pani z urzędu, która sprawdza całą jego aktywność, są określone reguły, dziecko nie może być na planie po godzinie 22. Teoretycznie pytaliśmy, co by się stało, gdyby zostało jeszcze kwadrans. Zwłaszcza, że znaliśmy rodziców tego dziecka, są naszymi przyjaciółmi i się na to zgadzają. Odpowiedziała: „Natychmiast wezwałabym policję”. Pewne rzeczy były dla nas niezrozumiałe, ale o niektórych mówiliśmy: „Fajnie, żeby w Polsce też tak było”. Dlatego też ten film dla mnie był niejako debiutem. Moja partnerka, Angielka, mówi pięknym brytyjskim akcentem, a ja zastanawiam się, czy brzmię wiarygodnie.

A ja się zastanawiam, jak to z Panem jest, że w tak bezkonfliktowy i bez zgrzytów dla widza sposób potrafi Pan zagrać zarówno narkomana i muzyka rockowego czyli skazanego na bluesa Ryszarda Riedla, jak i kardiochirurga, profesora Religę, a potem grać w komedyjkach czy serialach. U aktorów nierzadko zdarza się, że wpadają w szufladkę i wciąż widzimy ich w jednej roli. Skąd u Pana taka rozpiętość możliwości?
Stąd, że kombinuję na bieżąco (śmiech). Może to indywidualna kwestia, ale trafiłem na takich profesorów i tak zostałem wychowany, że słucham reżysera. To jest mój szef, mój generał i muszę mu zaprezentować cały szereg umiejętności nabytych w szkole i na drodze doświadczenia, a w tych umiejętnościach mieszczą się te dwa główne źródła, dwa fundamenty: komedia i dramat. Wyszedłem z założenia, że skoro Szekspir pisał i jedno, i drugie, a miał kilku aktorów, to musieli działać zarówno w komedii, jak i dramacie. To był mój pierwszy rozwojowy kierunek. Kończąc studia, wydawało mi się, że jestem demiurgiczny, że pasują mi ciężkie role, bo też już na studiach pracując z reżyserami szedłem w tę stronę i byłem przekonany, że właśnie w taką stronę pójdzie moja kariera. Ale pierwsza rola, jaką zagrałem po studiach była komediowa. Ucieszyłem się: „Super, sprawdzę się w komedii”. Potem kolejne komedie, a kiedy dostałem role w „Skazanym na bluesa”, to po pierwszym dniu zdjęciowym projekt został rozwiązany. Wróciłem więc do Krakowa i znowu grałem w komediach. Sam byłem przez kilka lat zaskoczony. A potem z kolei chciałem się od tych komedii odkleić.

Teraz ma Pan komfort wybierania, przebierania w proponowanych rolach i w świadomy sposób kształtowania ścieżki kariery?
Cały czas się tego uczę. Wszystko się przecież zmienia, my też się zmieniamy, wiec na nowo musimy się siebie uczyć. A do tego dzisiejszy poziom filmów jest bardzo wysoki, twórcy prześcigają się, jeśli chodzi o jakość.

Wszystkiego Pan nie zagra. Publicznie mówił Pan, że na rolę pedofila się nie zgodzi. A co, gdyby Oliver Frljić zaproponował Panu rolę w „Klątwie”, czy innym kontrowersyjnym, obrazoburczym spektaklu?
Naprawdę chce pani o tym rozmawiać?

Z tym wiąże się inne pytanie: czy sztuka powinna być, jak w Ameryce, finansowana przez sponsorów, czy, jak w Polsce, to państwo powinno być mecenasem i dawać na nią pieniądze.
Żyję w wolnym kraju, gdzie jest wolność wyboru. Jestem wolnym strzelcem, nie mam nigdzie etatu, a pani pytanie zakłada sytuację, jakbym nie miał wyjścia. Jeśli ktoś opiera swoją działalność na skandalu, kontrowersji i zaprasza do współpracy aktora, to wiadomo, że ten skandal będzie. Czy „Klątwa” naprawdę ma taką jakość artystyczną, że jest punktem odniesienia i można świadomie powiedzieć, że to jest jedyna rzecz, która nas obecnie fermentuje? Jeżeli tak jest, to jest dość biednie. Ja uważam, że tak nie jest.

To kim, według Pana, jest dziś aktor? Powinien być artystą z misją, kimś, kto porusza sumienia, jest buntownikiem i chce zmienić świat?
Jako aktor odpowiedzialny jestem za swoją część w jakiejś większej całości, za którą odpowiedzialny jest z kolei reżyser , więc „artysta z misją” bardziej mi pasuje jakoś do tego reżysera a nie aktora , który zazwyczaj wypowiada się nie swoimi słowami zarówno w teatrze jak i w filmie . Dziwiło mnie kiedyś zdanie Johna Gielguda, który grając u Greenwaya powiedział: „Aktor nie jest człowiekiem, który musi rozumieć film, w jakim gra”. Mnie się wydawało, że jest odwrotnie, że trzeba rozumieć więcej, jak najszybciej zbliżyć się do tej wizji, jaką ma reżyser. Ale niektóre filmy są tak autorskie, jest kino tak indywidualne, jedyny w swoim rodzaju świat, jaki twórca powołuje, że jako aktor mogę się tylko cieszyć, że zostałem zaproszony do współpracy i jestem w pewien sposób użyty. Czuję, że jest to zsynchronizowane z tym, co chciałbym zrobić, w czym chciałbym grać.

Za każdym razem, grając w filmie myśli Pan o tym, co najbardziej chciałby tą rolą ludziom powiedzieć, jaką ideę sprzedać?
Nie, nie, w ogóle nie myślę w taki sposób. Mam wrażenie, że to myślenie pułapkowe. Za tym, co film ma przekazać, stoi reżyser, nie aktor. Kiedy aktor zaczyna przejmować tę pałeczkę, to nie jest dobrze. Ktoś musi panować nad całością, a na efekt końcowy składa się montaż, muzyka, scenografia i tak dalej.

Ciekawe jest to, że Pan to mówi teraz i że ja to teraz zapiszę, bo podejrzewam, że za 10 lat będzie Pan miał zupełnie inne zdanie.
Bardzo bym chciał mieć inne zdanie, bo to będzie świadczyć, że idziemy do przodu, że możemy zanegować świat, w którym obecnie jesteśmy. Wtedy się coś ciekawego wydarza.

Pana dzieciństwo w Legnicy też było bardzo ciekawe. Można powiedzieć - wydarzyło się w cieniu czerwonej gwiazdy?
Tak, to był bardzo widoczny element. Na przedłużeniu mojej ulicy był zakład mechaniczny, który naprawiał wszystkie te wojskowe samochody. To wydawało mi się wtedy normalne - szedłem do szkoły, a po ulicach chodzili obcy żołnierze, albo jeździli tymi swoimi wielkimi autami. Dopiero na studiach w Krakowie zorientowałem się, że to było wyjątkowe, bo byłem przekonany, że tak jest wszędzie, w całej Polsce (śmiech).

„Bikini blue” wchodzi do kin 21 kwietnia, dokładnie w dzień Pana 40 urodzin. Pewna część facetów w tym wieku przechodzi kryzys wieku średniego i zaczyna im odbijać. Jak Panu odbija?
Poprzednie urodziny spędziłem właśnie na planie „Bikini blue” w Wielkiej Brytanii. Żyję projektami, robotą, rodziną, dziećmi. Przestałem rejestrować swoją metrykę; przestało mnie to obchodzić. Bo co mi to da? To nie jest ucieczka przed upływającym czasem, bo uprawiając ten zawód cieszę się z każdej zmarszczki i nie mam z tym problemu ,po prostu przestało to być takie istotne. Dla niektórych zatrzymać młodość staje się misją życia. Ja żyję wyzwaniami.

Sprawia Pan sobie sam jakieś prezenty?
Tak, ale nie w urodziny. Chińczycy mają tak, że kiedy im źle, to robią sobie prezent.

A Pan co wtedy robi?
Inwestuję w sprzęty malarskie, bo bardzo dużo rysuję.

Będzie wystawa?
Nie. Nie jestem zwolennikiem tego, że skoro komuś dobrze idzie w jednej dziedzinie, to w trzech następnych też spróbuje zabłysnąć. Kiedy osiągnę poziom taki, że faktycznie można to pokazać, to czemu nie? Ale skoro wiem, że takiego poziomu nie reprezentuję, to nie ma tematu.

Wideo

Materiał oryginalny: "Na Zachodzie kręci się inaczej" - Tomasz Kot o najnowszym filmie - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie