MŚ 2014. Wielki finał! Na końcu i tak zawsze muszą wygrać Niemcy

Cezary Kowalski
Po demolce 7:1 z Brazylią słynne słowa Linekera o piłkarzach Niemiec odżyły. Niemcy wydali fortunę na szkolenie młodzieży, grają u nich dzieci emigrantów i zmienili toporny styl na finezyjny.

W latach osiemdziesiątych poprzedniego stulecia słynny angielski napastnik Gary Lineker żartobliwie powiedział, że "piłka nożna to taka gra, w której 22 facetów biega po boisku, a na końcu i tak zawsze wygrywają Niemcy". Rok temu te słowa zyskały wymiar całkiem poważny, kiedy do finału Ligi Mistrzów sposobiły się Borussia Dortmund i Bayern Monachium. Zwiastowano wówczas germańską dominację w futbolu na wiele lat. Co prawda miniony sezon dla niemieckich klubów nie był już tak dobry, ale w żaden sposób nie zmieniło to tendencji. Występ reprezentacji Joachima Loewa na mundialu, spektakularny awans do finału z przytupem, a przede wszystkim styl i liczba młodych, świetnych zawodników, tylko to potwierdzają. Nawet jeśli w niedzielę w Rio Niemcy nie pokonają Argentyńczyków i nie zdobędą mistrzostwa świata, nie wpłynie to na pozytywną ocenę tego, co dzieje się w świecie piłki u naszego zachodniego sąsiada. Nie wygrają teraz, to wygrają Euro za dwa lata albo mundial za cztery. Bez względu na wynik jednego meczu można powiedzieć, że futbol w Niemczech rozkwita. Hula na całego.
Aby uświadomić sobie, skąd taki boom akurat teraz, warto cofnąć się o dwadzieścia cztery lata. To właśnie wtedy podczas mundialu we Włoszech w 1990 r. Niemcy po raz ostatni sięgnęli po mistrzostwo świata. Drużyna pod wodzą Franza Beckenbauera, który miał do dyspozycji m.in. Lothara Matthaeusa, Juergena Klinsmanna czy Rudiego Voellera, wygrała w mało efektownym stylu. Z Argentyną zresztą. Było z nią dokładnie tak, jakie mamy potoczne wyobrażenie o Niemcach jako takich. Może nie byli porywający, finezyjni, ale do bólu konsekwentni, solidni i niezwykle zdyscyplinowani. Cztery lata później już z Bertim Vogtsem w roli selekcjonera dotarli do ćwierćfinału mistrzostw świata w USA, a w 1996 zdobyli mistrzostwo Europy i jeszcze w 1998 dostali się do grona najlepszych ośmiu zespołów na świecie we Francji. To już był jednak łabędzi śpiew. Zmierzch futbolu, o określonym, wcale nie wyrafinowanym stylu, ale jednocześnie marce, która nie pozwalała schodzić poniżej pewnego poziomu. Gwiazdy się postarzały, młodych nie było widać. Trenerzy o wielkich nazwiskach nie byli w stanie zaproponować czegoś ożywczego. Czarę goryczy przelał występ na Euro 2000 w Holandii i Belgii, gdzie Niemcy nie osiągnęli nic i zostali upokorzeni przez Portugalczyków, którzy ograli ich 3:0.

Właśnie ten moment był przełomowy. Niemiecka federacja, ale nie tylko ona, zrozumiała, że czas na systemowe działania. I nie chodziło jedynie o jakąś rewolucję personalną, postawienie na tego lub innego trenera. Ale o reformę od podstaw. Od zakrojonego na szeroką skalę szkolenia młodzieży, na które do dziś wydaje się miliony euro, stworzenie centrów treningowych przy klubach przez unowocześnienie infrastruktury, wybudowanie kilkudziesięciu stadionów, kilkuset obiektów treningowych po działania czysto biznesowe. Od początku Niemcy mieli bowiem przekonanie, że piłka to biznes. I to ogromny. Kilkunastoletnie zabiegi w tej kwestii sprawiły, że liczba widzów na meczu Bundesligi ze średniej 17 tysięcy wzrosła do obecnych 44 tysięcy, co jest absolutnym rekordem światowym. Średnia widzów na meczach angielskiej Premiership, która uchodzi za najlepsza i najlepiej opłacana, jest obecnie mniejsza.

Ogromne znaczenie miało oddanie futbolu w krajowym wydaniu prywatnym stacjom telewizyjnym. RTL czy Sat 1, prezentując przez lata takie piłkarskie kultowe programy, jak "Ran" czy "Anpfiff", budowały markę tej dyscypliny. Zrobiły z niej prawdziwy show. Doskonale zrozumiały jej istotę, czyli emocje, jakie potrafi wyzwolić. Stacje komercyjne nadały tym emocjom odpowiednią dynamikę. Ludzie to kupili. Widząc, jakie zwykłe niby rozgrywki ligowe znajdują odbicie w mediach, wciągali się w temat. Zaczęli chodzić na mecze całymi rodzinami. Pójść na mecz Bundesligi jest po prostu w Niemczech w modzie. Dzięki temu zaplanowany model biznesowy funkcjonowania klubów, który zakładał, że na budżet klubu składają się mniej więcej po równo wpływy z marketingu, sprzedaży praw telewizyjnych i tzw. match days, zaczął działać. Dla porównania: w Polsce dla żadnego klubu ekstraklasy wpływy z biletów nie są w stanie być aż tak znaczącą pozycją w budżecie.

Do tego nikt w niemieckim futbolu nie żyje ponad stan. Budżety są urealnione. Nie ma takiej możliwości jak we Włoszech, Francji, Anglii, a zwłaszcza w Hiszpanii, aby jakikolwiek klub mógł być zadłużony. W związku z tym nie ściągano do Niemiec zawodników, którzy mogliby dostać porównywalne gaże z tym, co proponowano gdzie indziej. Zyskiwali na tym niemieccy zawodnicy, który z zasady mają miejsce w wyjściowym składzie swojej drużyny, chyba że obcokrajowiec jest dwa razy lepszy (w naszych klubach jest odwrotnie. Obcokrajowcy traktowani są i opłacani zdecydowanie lepiej niż wychowankowie). Dzięki sztywnej polityce finansowej i ostrym, respektowanym przez wszystkich systemem licencyjnym kluby są zdrowymi organizmami, rozwijają się harmonijnie. Wyjątkiem w kwestii przyjętych norm finansowych jest ostatnio Bayern Monachium. Dziś klub z Bawarii, nazywany FC Hollywood, zbliżył się już do Realu, Barcelony czy Manchesterów, płacą zawodnikom 8-11 milionów euro rocznie. I do tego jest w stanie wyłożyć za transfer nawet 40 milionów euro.

Robią to jednak mądrze. Najpierw stanęli na nogi, później zaczęli wydawać. Borussia Dortmund, która jest równorzędnym rywalem na boisku, finansowo nie może się równać z Bayernem. Dyrektor sportowy klubu z Dortmundu Michael Zorc mówi otwarcie, że wydatki na zawodników u niego to jedna trzecia tego, co proponuje krezus z Monachium. I zapewne głównie dlatego nie byli w stanie zatrzymać Roberta Lewandowskiego. Na taki boom w niemieckim futbolu ma bardzo duży wpływ także ogólnoświatowy kryzys. Tak się składa, że Niemcy są taką prawdziwą zieloną wyspą, której problemy nie dotykają aż w tak dużym stopniu jak choćby Hiszpanię czy Włochy. Koncerny motoryzacyjne czy farmaceutyczne, które mają się w Niemczech bardzo dobrze, wydają nieprawdopodobne pieniądze na futbol.

W Niemczech panuje przekonanie, że piłka nożna jest czymś naprawdę bardzo poważnym. Status kogokolwiek związanego z piłką nożną w Niemczech jest nie mniejszy niż gwiazd rocka czy polityków. Piłkarze, trenerzy, prezesi klubów są niezwykle szanowani. Trenerów rozlicza się po trzech latach pracy, nikt nikim nie pomiata po byle porażce. Spokój w pracy, kultura to też są elementy, które rozwijają tę dyscyplinę. Niemcy w większości klubów mają tak wypracowane schematy gry, że nawet te piękne bramki nie są dziełem zbiegu okoliczności, ale efektem dziesiątek powtórzeń podczas treningów. To nie jest już toporny futbol jak dziesięć lat temu, ale połączenie dyscypliny i szybkości w defensywie z finezyjną grą w ataku. Oni zwyczajnie przez te lata uczyli się, robili systematyczne postępy.

Do tego dobór zawodników. Tu niewypały transferowe zdarzają się rzadko. Jak już Niemcy kogoś chcą, to znaczy, że go prześwietlili na wszystkie możliwe sposoby. Nie ma znanego z polskich boisk tzw. zagranicznego szrotu, czyli zawodników wcale nie lepszych od rodzimych, ale za to znacznie tańszych. Nie ma też takiego szaleństwa w zakupach gwiazd jak w Anglii choćby, gdzie stworzono najlepszą ligę na świecie, ale kosztem angielskich zawodników i, co było widać podczas mundialu - reprezentacji. Pamiętam, jak przed laty Artur Wichniarek, zwany w Bielefeld królem Arturem, tłumaczył, że aby grać w ataku w pierwszym składzie, nie może być równie dobry jak Niemiec. Wtedy nie ma żadnych szans, musi być dużo lepszy. Zżymał się na taką sytuację i uważał za niesprawiedliwą, ale Niemcy tylko się uśmiechali. Wiedzieli, że dbają o własny interes. W niemieckiej piłce od lat istnieje niepisana, ale respektowana umowa, aby promować swoich. Nawet jak im nie idzie, to ciągnie się ich za uszy. I właśnie m.in. dzięki takiemu piłkarskiemu patriotyzmowi ci twardzi, ale też ostatnio finezyjni faceci, staną w wielkim finale przeciwko Messiemu i spółce.

Wideo

Materiał oryginalny: MŚ 2014. Wielki finał! Na końcu i tak zawsze muszą wygrać Niemcy - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie