Miłość w czasach zarazy

RedakcjaZaktualizowano 
Anton (pierwszy z lewej) z pracującymi u niego Polakami. Joanna - druga z prawej
O zakazanym romansie Polki wywiezionej do Rzeszy na roboty i o Żydówce, która podczas okupacji sowieckiej zakochała się w oficerze Armii Czerwonej, pisze Barbara Szczepuła

Joanna idzie ulicą Sapieżyńską w Stanisławowie i z nienawiścią patrzy na flagi ze swastykami powiewające na secesyjnych kamienicach. Mija zakład fotograficzny i serce jej się ściska, bo przypomina sobie Edzia, swojego ukochanego harcerzyka. Tak właśnie o nim myśli: "mój harcerzyk".

Zdjęcie Edzia w harcerskim mundurze wisiało przed wojną na wystawie. Często przystawała i wpatrywała się w podobiznę chłopca. Gdzie go znaleźć? Jak poznać? Kiedyś poszła z mamą na nieszpory i zobaczyła, że jej harcerzyk krząta się w komży przy ołtarzu. Zrobiło jej się gorąco, a potem zimno i znów gorąco. Nie mogła się skupić na modlitwie. Specjalnie zapisała się do kościelnego chóru, bo to stwarzało okazję do spotkania.

Śpiewała na chwałę Pana, ale myślała o Edziu i jego tylko wypatrywała, choć to pewnie grzech, ale nawet jeśli grzech, to lekki - uspokajała się. W ciągłym napięciu czekała na coś nowego, niezwykłego, wstydliwego... Spacery nad Bystrzycą, dotyk rąk, nieśmiałe pocałunki... A może w czasach zarazy trzeba żyć szybciej, bardziej intensywnie, czasu jest przecież tak mało - zastanawia się, idąc ulicą Sapieżyńską, ale jest już za późno. Sowieci aresztowali Edwarda w 1941 roku, kilka miesięcy przed wybuchem wojny radziecko-niemieckiej.

Mija farę, w której Henryk Sienkiewicz umieścił sławną scenę mszy pogrzebowej odprawianej za duszę pana Wołodyjowskiego. Boże, żegna się, czemu ja o pogrzebach rozmyślam, co za nieszczęsny kraj ta Polska, ciągle wojny i wojny. Już rok mija, jak aresztowano Edzia, i ciągle nie wiadomo, co się z nim dzieje. Matko Boska, ratuj go, ratuj... Wszystko poświęcił dla sprawy.
Joanna nie wie wprawdzie dokładnie, co robił, ale konspirował z kolegami i księdzem katechetą Józefem Zatorem. Miał swoje męskie tajemnice, jak to w czasie wojny, więc o szczegóły nie pytała. Teraz ludzie mówią, że za miastem, w Czarnym Lesie Niemcy zastrzelili kilkaset osób. Ale odkopali podobno też jakieś mogiły, w których leżą ofiary Sowietów. Czy może tam być Edzio?
- Która okupacja gorsza? Sowiecka czy niemiecka? - zastanawia się i nie potrafi wybrać.

Z jednej strony - zaginiony Edzio i szwagier Teodor wywieziony na Sybir, ale z drugiej - dwa lata miłości. Nie tylko jej i Edzia, ale także jej przyjaciółki Ludki, która pokochała sowieckiego oficera. Z Ludką siedziały w jednej ławce w gimnazjum, a potem razem przygotowały się do zawodu przedszkolanki. Ludka była Żydówką. Prześliczna, czarna, wysoka, elegancka. Zaraz po wkroczeniu Sowietów Ludka zakochała się w Ormianinie, oficerze Armii Czerwonej, który stacjonował w mieście. To była miłość szalona. Priekrasny jak Apollo Wazgien deklamował Ludce wiersze Puszkina i śpiewał romanse.

W czerwcu 1941 roku nie uciekł przed Niemcami, ale zdezerterował. Wpadł nagle wieczorem do Joanny i prosił o cywilne ubranie. Tato wygrzebał coś w szafie i odtąd Ormianin udawał Polaka, a nawet księdza, bo ukrył się u swoich rodaków, księży obrządku ormiańskiego. Wydawało się, że wszystko się uda, że przechytrzą los i obie armie - sowiecką i niemiecką - że będą mogli dalej patrzeć sobie w te czarne oczy i już nigdy się nie rozstaną, ale wtedy Ludkę Niemcy zamknęli w getcie.

Joannie udało się brzegiem rzeki przekraść na spotkanie z przyjaciółką.
- Jańcia, wyprowadź mnie - błagała Ludka. - Mam ciocię we Lwowie, ona ma męża Polaka. Na pewno mi pomogą. Udało się. Wsiadły do pociągu. Na stacji do przedziału wchodzi dwóch niemieckich oficerów. Patrzą na Ludkę. Nie mogą mieć wątpliwości, że jest Żydówką. Zagadują, pytają, dokąd jedzie. Ludka dobrze zna niemiecki, odpowiada, uśmiechając się, nawet zaczyna z nimi lekko flirtować...
Na dworcu we Lwowie - kontrola. Żandarmi zaczynają przepytywać dziewczęta, a wtedy ich znajomi oficerowie mówią: - Te panie są z nami... Żandarmi salutują i pozwalają im odejść.
Gdy docierają do wytwornej willi ciotki, jest już ciemno. Ciotka wcale się nie ucieszyła na widok Ludki. - Co ja z tobą zrobię?! Z takim wyglądem!

Joanna przypomina sobie, jak po powrocie do Stanisławowa poszła do ormiańskiego kościoła, by zawiadomić Wazgiena, że Ludka jest bezpieczna. Pomodliła się też przed cudami słynącym obrazem Matki Boskiej Łaskawej.
- Może teraz też zajdę do kościoła - myśli, bo przechodzi właśnie obok ormiańskiej świątyni, ale w tym momencie ktoś zaczyna biec, ktoś ją potrąca, niemiecka ciężarówka zatrzymuje się z piskiem opon tuż przed nią, wyskakują żandarmi, krzyki, gwizdy, tupot nóg... Łapanka.

***

Stoi w jakiejś dużej sali. Bauerzy oglądają wystraszonych Polaków, Ukraińców i Francuzów, jak ogląda się konie na jarmarku, szukają młodych i silnych. Biorą tych, którzy mogą im się przydać w gospodarstwie, pracować w obejściu i na polu, w miejsce Kurtów i Jürgenów, walczących na wszystkich możliwych frontach. Miejscowość nazywa się Gerolding. Blisko stąd do miasta Melk, a Melk leży niedaleko Wiednia. Wszystko nad pięknym modrym Dunajem.

Bauer z Hohenwarth, który ją wybiera, jest młody i przystojny. Starszy od niej o sześć, może siedem lat. Ma na imię Anton. - Żeby tylko nie posłał mnie do obory, boję się krów - myśli Joanna tak jakoś dziecinnie, bo w tych czasach najmniej groźne były poczciwe krasule. Droga pod górę jest kręta, malownicza, świerki przysypane śniegiem, gwiazdy błyszczą na niebie, widoczek jak z pocztówki.
- Dobrze, że mam narciarskie buty, na taki śnieg jak znalazł - pociesza się, posapując z głodu.
Wreszcie docierają do celu. Hohenwarth to ledwie trzy gospodarstwa. Dom Antona jest duży, gospodarstwo też. Anton prowadzi je razem z ojcem, siostra i szwagier pomagają im czasowo, czekając na robotników.

- Chcesz mleka czy stossuppe? - pyta Ressi, siostra Antona. Joannie podoba się słowo "stossuppe", bo domyśla się, że to zupa zrobiona ze stu składników. Więc mówi: - Stossuppe, bitte. Dostaje zaprawione mąką zsiadłe mleko z kminkiem. Na szczęście Ressi stawia też na stole półmisek kartofli w mundurkach. Pycha.

Najedzona po raz pierwszy od tygodni, kładzie się do łóżka w służbówce, przykrywa grubą pierzyną i myśli o tym, jak dziwnie się wszystko ułożyło. Tato w czasie wielkiej wojny, zwanej potem pierwszą światową, walczył jako poddany cesarza Franciszka Józefa, w austriackiej armii. Został ranny i gdzieś tu niedaleko, koło Grazu, w wojskowym szpitalu amputowano mu nogę. Po wojnie dostał od Austriaków odszkodowanie, za które kupił w Stanisławie nie tylko dom, w którym mieszkali, ale jeszcze dwa inne, które przeznaczył na wynajem, oraz dorożkę i konie.

Zatem tato, mimo braku nogi, godziwie zarabiał, jeżdżąc dorożką po mieście. A teraz ukochana córeczka Jańcia mieszka w domu austriackiego bauera i być może będzie musiała doić jego krowy.
Z krowami dali jej spokój, bo widać było, że miastowa. Ressi przedstawiła jej obowiązki: gotowanľie dla ludzi, dla świń, karmienie owiec, kur i indyków. A od wiosny - także praca w polu. Więc robiła ulubione danie gospodarzy - knedle z mięsem, gotowała zupy, kluski, kartofle, kapustę, smażyła naleśniki, no i obowiązkowo przygotowywała coś z selerów, bo Anton miał plantację tych roślin. Ressi nauczyła ją także piec chleb. Co dwa tygodnie, z 20 kilogramów mąki.
Wkrótce pojawili się nowi robotnicy. Ukrainka Stefa z dziesięcioletnią Marusią, Kazimierz ze Lwowa, Franek z podrzeszowskiej wsi i Wasyl, Rosjanin. Co wcześniej robił Wasyl i gdzie mieszkał, nikt nie wiedział, bo nigdy nic o sobie nie mówił. Był inteligentny, wykształcony, chętny do pracy. Szybko polubili się z gospodarzem, można nawet powiedzieć, że się zaprzyjaźnili. Anton, jak się okazało, też nie był chłopkiem roztropkiem, ale lekarzem weterynarii.

Przybyło pracowników, więc Ressi z mężem wróciła do siebie, zostawiając tu swojego syna, który stąd miał bliżej do szkoły. Piętnastoletni chłopak polubił Polaków, nawet czasem przypinał sobie literę "P" do ubrania. Wiosną zaczęła się robota w polu. Wojny się tu nie czuło, dom stał niemal samotny na wysokim wzgórzu. Gdyby nie to "P" na ubraniach, a nade wszystko nie tęsknota za domem, można by o wojnie właściwie zapomnieć.

Wieczorem, po pracy wszyscy zbierali się w altance, przychodzili też Polacy, którzy pracowali u bauerów w Schönbuchel i w Gerolding. Syn Ressi grał na harmonii, było wesoło. Byli młodzi, zaczęły tworzyć się pary. Wasyl pokochał Rosjankę Jekatierinę, która wkrótce urodziła mu syna. Polka pracująca w sąsiedniej wsi urodziła córeczkę, ale do ojcostwa nie chciał się przyznać żaden z dwóch podejrzewanych o to Polaków.

Anton, do którego mówią teraz familiarnie - Toni, ma w Wiedniu narzeczoną. Śliczna i elegancka, przyjeżdża do Hohenwarth od czasu do czasu. Widząc Joannę w starej, spranej spódnicy, podrzuca jej czasem coś z ubrania, a to sukienkę, a to białe podkolanówki, a nawet kapelusz. Kapelusz! Przymierzyła go przed lustrem, ale kiedy właściwie miałaby go wkładać? Idąc z wiadrami do chlewa czy z podwieczorkiem w pole, czy pomagając wrzucać siano do stodoły? W tych nowych sukienkach i białych podkolanówkach wygląda już w każdym razie zupełnie inaczej. A prawdziwą jej ozdobą są piękne warkocze. Długie i ciężkie. Toni zaczyna prawić jej komplementy. Narzeczona przyjeżdża coraz rzadziej.
Jest już rok 1943. Anton otrzymuje powołanie do wojska. Nie chce iść na wojnę, więc jego ojciec urządza we wsi przedstawienie. Opowiada wszystkim, że syn go wyrzucił, po czym wyjeżdża do córki. Toniego nie mogą już zmobilizować, bo kto zajmie się gospodarstwem i będzie dostarczał żywność dla dzielnych niemieckich żołnierzy?

Czasem do pomocy w polu przychodzi młoda Żydówka. Z obozu - mówi się krótko. Obóz jest niedaleko. Joanna, idąc czasem do Melku, mija wysokie ogrodzenie z kolczastego drutu i zawsze jest jej jakoś nieprzyjemnie, choć nie wie, co się dzieje za drutami. Żydówka, podobno z Węgier, delikatna inteligentka, bardzo wychudzona, nic nie mówi. Stara się pilnie pracować przy kartoflach, a potem je dużo i łapczywie. - Daj jej coś na drogę - mówi Toni do Joanny. Zawija więc w papier chleb i gotowane ziemniaki i myśli o Ludce. Dobrze, że się uratowała. Może tej się też uda.

***

Kopali kartofle pod lasem. Jakiś ptak zerwał się z krzykiem i poleciał w dolinę. Joanna odwróciła się, by śledzić jego lot, i zobaczyła idącego polem młodego człowieka. - Jezusie Mario - fatamorgana? Najprawdziwszy polski harcerz w krótkich spodenkach i chuście na szyi.
- Uciekłem z transportu. Wzięli nas z powstania...
- Z jakiego powstania? Nic o żadnym powstaniu nie słyszeli.
Harcerz obserwował ich z zarośli od trzech dni, nim zdecydował się wyjść i poprosić o pomoc. Joanna biegnie do Toniego: musimy mu pomóc. I "Harcerz", bo tak już go nazywali, przebrany w cywilne ubranie, zostaje z nimi do końca wojny.

***

Wreszcie Joanna spostrzega to, co powinna zauważyć już dawno. Toni jest w niej zakochany. W nocy otwiera drzwi łączące ich pokoje, a ona nie protestuje...
Szatkując kapustę na obiad, analizuje swoje uczucie. Owszem, podoba jej się, lubi go, może nawet kocha, ale to nie jest taki zawrót głowy jak z Edziem. Anton jest sympatyczny, delikatny… Co noc otwierają te drzwi, ona rozpuszcza swoje długie włosy i już nie jest żadną robotnicą rolną, nie ma wojny, ciężkiej pracy w polu, teraz jest królową...
Kochaną i podziwianą. Muszą uważać, by nikt nie zauważył i nie doniósł. Dziewczynie goli się w takich przypadkach głowę.
Tony planuje, że po wojnie wezmą ślub. - Dobrze - zgadza się - ale najpierw pojadę do rodziców. Wysyła do Stanisławowa kartki, które wyglądają jak pozdrowienia z wakacji. "Zwiedzam okolice na rowerze, prawda, że jest tu pięknie? Jak w bajce. Ciągle o was myślę. Wasza Jańcia".

***

Koniec wojny wygląda inaczej niż sobie wyobrażali. Sowieccy żołnierze demolują dom i obejście. W piwnicy rzucają się na wino, piją na umór, potem rozbijają dębowe beczki i riesling zalewa całe pomieszczenie. Zabierają krowy i maszyny rolnicze, zabijają świnie i indyczki, niszczą meble, strzelają, gonią kobiety...

Anton uchodzi z życiem, chowając się w ziemiance w lesie. Wasyl znika. Franek i "Harcerz" wyjeżdżają, Kazik szykuje się do wyjazdu. Joanna kręci się nerwowo po obejściu.
- Nie jedź - prosi Toni.
- Wrócę - obiecuje.

***

Jedzie, ale właściwie nie wie dokąd, bo jej miasto jest teraz w ZSRR i ludzie uciekają stamtąd na Zachód. W połowie września po wielu przygodach dociera do Lublina. Tam dostaje wiadomość, że ojciec nie chciał zostawić swoich domów. Z rodzicami została Halka z dziećmi, bo czekała na powrót męża z Sybiru, i Stefa, której męża zabili Niemcy. Pozostałe siostry i brat mieszkają już w Polsce. Wisia czeka na nią w Gdańsku.

***

Nie wróciła do Toniego, bo nie mogła już wyjechać z kraju. Czekał na nią siedem lat, ożenił się dopiero, gdy ona wyszła za mąż. Zobaczyła się z nim po latach, gdy pojechała z mężem na urlop do Austrii. Dyskretnie, ze względu na jego żonę i jej męża, wspominali lata wojny, polską Wigilię, którą przygotowała... Kiedy przy choince, wokół dużego stołu siedzieli: Wasyl, Stefa z Marusią, Kazimierz, Franek... Wasyla Rosjanie rozstrzelali. Co stało się ze Stefą, Frankiem, Kazikiem? Pogubili się w powojennej zawierusze.

***

Pod koniec lat czterdziestych spotkała na ulicy w Gdańsku ciotkę Ludki, tę ze Lwowa.
- Nie żyje - powiedziała ciotka. - Ktoś doniósł, że przechowujemy Żydówkę, wysłałam ją zatem do rodziny w Kijowie. Wiozła ją moja znajoma. W pociągu na jej oczach jakiś Niemiec Ludkę zastrzelił...

***

Stanisławów Joanna mogła odwiedzić dopiero w roku 1956. Potem jeździła tam jeszcze wiele razy. W poszukiwaniu swojej młodości, jak mówi. Na ślad Edzia, tego jej ślicznego harcerzyka, nie natrafiła nigdy.

polecane: FLESZ: Niebawem zmiana czasu, jedna z ostatnich

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie