Mieszkali w przyczepie kempingowej z dziećmi i 24 psami. Nikt nie zareagował [zdjecia]

Maria Sowisło
Nowy wątek w sprawie 24 psów przetrzymywanych w przyczepie kempingowej w gminie Bytów, z którymi mieszkała rodzina z dwójką dzieci. Przez kilka miesięcy wynajmowali domy na terenie gminy Koczała, a potem gminy Studzienice. Nigdzie ich dobrze nie wspominają. Wszyscy wiedzieli o dzieciach, ale nikt z tym nic nie zrobił. Udało nam się skontaktować z obywatelami Czech.

Pierwszy raz rodzina Czechów na Pomorzu pojawiła się w Starznie w czerwcu 2019 roku. Wynajęli w tej małej wsi w gminie Koczała dom. Przez pewien czas, jak wynika z relacji mieszkańców, ponad 20 psów biegało po posesji. Sąsiedzi jednak skarżyli się na ciągłe ujadanie. W końcu sprawą zainteresowała się policja oraz inspektorzy Miasteckiego Stowarzyszenia „Bezdomny Kundelek”.

Interwencja w asyście policji i przedstawiciela urzędu gminy była trudna. Wszystkie psy były w domu. Zanim tam weszliśmy, musieliśmy poczekać dwie godziny, żeby właściciele psów pozamykali je w klatkach. Kontaktowaliśmy się tez telefonicznie z adwokatem tych państwa. Kontakt był utrudniony, bo rozmawiali tylko w języku czeskim i angielskim – wspomina Kamil Gocan z „Bezdomnego Kundelka”. - Kiedy w końcu weszliśmy do domu, rzeczywiście psy były zamknięte w czystych klatkach. W domu jednak panował nieporządek. Było czuć i widać odchody.

- Dzieci też widzieliśmy ale nie wyglądały na zaniedbane. W ich pokoju było w miarę czysto.

Nie zauważyliśmy też rażących zaniedbań psów. Mieli poprawić kilka rzeczy. Umówiliśmy się, że za trzy dni wrócimy. Przyjechaliśmy ale tych państwa już tam nie było

– dodaje Kamil Gocan i zaznacza, że wszystkie wyżły weimarskie miały paszporty, a ich właściciele dokumenty potwierdzające prowadzenie hodowli. - Były w języku angielskim. Z policją stwierdziliśmy, że wszystko wygląda legalnie – dodaje Gocan.

Czytaj także

Właściciele domu, którzy wynajęli całą nieruchomość rodzinie z Czech, opowiadają że budynek był kompletnie zdewastowany.

- Mieliśmy wystawione ogłoszenie, że wynajmiemy dom. Zgłosili się oni. Tłumaczyli, że mają jednego psa, który jest przewodnikiem. Nie przypuszczaliśmy, że nagle pojawi się tam ze 30 psów. Trudno opisać co przeżyliśmy. Wszędzie na podłogach były odchody psów. Wszystkie meble były poobgryzane. Zresztą podłoga była przesiąknięta odchodami – wspomina kobieta, której ojciec wynajął Czechom dom w Starznie.

Podczas wrześniowej kontroli w Starznie obecny był urzędnik z Koczały. Jak wynika z wyjaśnień wójta Jerzego Bajowskiego, dzieci tam nie było. Przynajmniej pracownik urzędu ich nie widział. - Nie mieliśmy wiedzy, że są tam dzieci. Tematem kontroli nie było realizowanie obowiązku szkolnego przez dzieci lub ich zaniedbanie – zaznacza Bajowski.

W związku z warunkami, w jakich trzymane były psy, interwencji policji w gminie Koczała było kilka. Mundurowi dziećmi zajęli się tylko raz. - Było tam kilka interwencji w związku z warunkami w jakich przebywają psy. Otrzymaliśmy też zgłoszenie związane z dziećmi.

Policjanci na miejscu nie potwierdzili, by dzieciom działa się krzywda.

Nie sprawdzaliśmy, czy dzieci realizują obowiązek szkolny. Sami z siebie nie sprawdzamy takich rzeczy, bo przekracza to nasze kompetencje

– mówi Sławomir Gradek, rzecznik prasowy człuchowskich policjantów.

Wiele wskazuje na to, że we wrześniu rodzina z psami wyprowadziła się do gminy Studzienice. Tutaj interwencji policjanci nie odnotowali żadnej.

- Wynajęli dom. Wszyscy się dziwili skąd tam nagle tyle psów się wzięło. Tłumaczyliśmy sobie, że pewnie letniacy przyjechali. Potem zniknęli – mówi mieszkaniec Koźlic.

Z tej miejscowości Czesi wyprowadzili się do Sierzna w gminie Bytów. To właśnie tutaj odbyła się interwencja Animalsów i powiatowego lekarza weterynarza Piotra Rybaka.

W środę 29 stycznia trzymałem zgłoszenie z policji. Zwierzęta były przetrzymywane w złych warunkach. Na zbyt małej powierzchni było zbyt dużo zwierząt. Klatki były za małe, za niskie, a wykorzystany do ich budowy materiał mógł narażać psy na uraz. O sytuacji poinformowałem gospodarza terenu oraz burmistrza Bytowa, na ręce którego złożyłem wniosek o odebranie zwierząt

– mówi Piotr Rybak, który zaznacza, że na miejsce wrócił tego samego dnia z urzędnikami.

Pewne było to, że psy nie mogą być dalej trzymane w takich warunkach. Że mają być stamtąd zabrane, to była rzecz oczywista. Moim zdaniem sukcesem było, że zmiana miejsca bytowania tych psów nastąpiła po 10 godzinach od interwencji

– dodaje Rybak.

Psy zostały umieszczone w hotelu dla zwierząt przez… właścicieli. Burmistrz Bytowa Ryszard Sylka nie wszczął postępowania administracyjnego, którego celem byłoby odebranie zwierząt.

- Nie wszczynaliśmy takiego postępowania, bo psów na tym terenie już nie było kiedy pojechaliśmy rozpoznać sprawę – kwituje Sylka. - To jest sprawa między tym panem, hotelem i powiatowym weterynarzem. Psy przekazane zostały dobrowolnie do schroniska w powiecie człuchowskim – stwierdza burmistrz Bytowa i zarzeka się, że o dzieciach mieszkających w przyczepie kempingowej z rodzicami i 24 psami, nic nie wiedział. Nie wszczął też postępowania administracyjnego zmierzającego do odebrania zwierząt.

W sprawie bulwersuje to, że właściciele nieruchomości w Sierznie utrzymują, że powiadomili Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Bytowie o wynajmie terenu rodzinie z Czech i mają obawy o dzieci.

- Byłam osobiście w ośrodku w listopadzie. Usłyszałam, że to są obcokrajowcy i ośrodek nie ma funduszy na takie rzeczy

– wspomina Joanna Kuchta.

- Mi chodziło tylko o te dzieci – dodaje pani Joanna, a jej mąż Daniel nie kryje oburzenia. - Kilka razy zgłaszałem to na policję. Nic nie zrobili. Zainteresowali się dopiero teraz. Nie dziećmi, a psami. Na wszystko mam potwierdzenie w telefonie – mówi. - Te dzieci nigdzie się nie uczyły. Nigdzie nie wyjeżdżały. Tylko tutaj były w tej przyczepie z psami. W końcu żona postanowiła, że raz w tygodniu będą się u nas kąpać – wspomina pan Daniel.

Tymczasem bytowscy policjanci utrzymują, że nie mają sobie nic do zarzucenia.

- Dokładnie 4 listopada policjanci byli na terenie tej posesji. Interwencja związana była z tym, że na terenie posesji kręcą się jacyś ludzie. Policjanci pojechali tam. Na miejscu był bus i obywatele Czech i osiem psów. Z uzyskanych informacji wynikało, że wracali z Anglii do Czech i popsuł im się samochód. Po chwili na posesję przyjechał drugi samochód z przyczepą. Właściciel posesji udostępnił im plac, żeby mogli przenocować i naprawić auto. Policjanci nie widzieli podstaw by wykonywać dalsze czynności – mówi rzecznik prasowy bytowskich policjantów**Michał Gawroński**. - W połowie listopada dzielnicowy na terenie posesji ponownie wykonywał zlecone czynności dotyczącej zupełnie innej sprawy. Zauważył, że nadal są tam obywatele Czech z dziećmi. Usłyszał, że naprawa samochodu może potrwać dłużej, że rodzina wynajęła na terenie tej posesji pomieszczenie, a właściciel udostępnia im też łazienkę.

Dzielnicowy poinformował wówczas ośrodek pomocy społecznej.

Po pewnym czasie dzielnicowy ponownie wykonywał tam czynności do innej sprawy, ale zainteresował się dziećmi. Choć były zadbane i czyste, ich obecność nie dawała mu jednak spokoju, więc pewnego dnia wieczorem podjechał po raz kolejny na tę posesję. Dzieci były w baraku ogrzewanym, w łóżkach, w kołdrach i uczyły się. Rodzice przekazali mu, że uczą się w domu i jeżdżą tylko zdawać egzaminy. Dopiero później, pod koniec stycznia, dzielnicowy otrzymuje informacje, że na terenie tej posesji przetrzymywane są psy i może dochodzić do znęcania się nad nimi, więc poprosiliśmy o pomoc powiatowego lekarza weterynarii – wylicza Gawroński.

Tymczasem dyrektor bytowskiego MOPS-u Joanna Główczewska zarzeka się, że żadnego oficjalnego powiadomienia o dzieciach przebywających na terenie posesji w Sierznie, nie miała. - Rozmawiałam z pracownikiem, który pracuje na tym terenie. Twierdzi, że nie miała takich informacji.

- Oficjalnego pisma z policji w tej sprawie też nie mieliśmy – mówi Główczewska i dodaje, że sytuacja jest dla niej trudna. - Nie wiem, jak mam skomentować słowa policji, że dzielnicowy nas informował o dzieciach. Tak naprawdę dowiedziałam się o nich 30 stycznia, po interwencji związanej z psami – dodaje Główczewska. W rozmowie z nami przyznała też, że czasami pracownicy MOPS-u nie otrzymują oficjalnych pism z policji, a podczas rozmów. - Teraz to jest słowo przeciwko słowu - kwituje Główczewska.

Obecnie obywatele Czech nie przebywają w Sierznie. Danielowi Kuchcie powiedzieli, że jadą szukać innego miejsca dla siebie. Psy są w hotelu.

- Wczoraj (3 lutego 2020 – przyp. red.) złożyłam na policji zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa polegającego na znęcaniu się nad zwierzętami – mówi przedstawiciel człuchowskiego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Udało nam się skontaktować z obywatelami Czech. Chcieliśmy porozmawiać na temat psów, dzieci i warunków w jakich żyli. - Dziękuję, nie – usłyszeliśmy od ojca dwójki nastolatków, który zakończył połączenie. Ponowne próby nawiązania rozmowy nie powiodły się.

POLECAMY NA STREFIE AGRO:

FLESZ: Koronawirus torpeduje gospodarkę, traci także Polska

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Nikt nie stara się dojść do sedna ich sytuacji, dlaczego tak żyją? Dlaczego nie są w swoim kraju? Skąd taki cygański sposób na życie. Ukrywają się ? Nie wyglądają na meneli i biednych,

Znają czeski i angielski a nasi interweniujący ???

Żeby rozwiązać problem trzeba poznać przyczynę.

Spacyfikować, wypie*dolić, zabrać, ukarać...to zadanie władzy i to robi.

Bo nic innego nie potrafi.....

h
hycel

pieski i kotki przerabiam na pyszny smalec !! palce lizać !! niebo w gębie !!

Dodaj ogłoszenie