Michał Kochańczyk - kim jest człowiek, który skrytykował kitesurfera z Gdańska?

Irena Łaszyn
Wspinał się w Tatrach, Pamirze, Andach i Himalajach, przemierzał pustynie, lodowce i równikowe lasy, a ostatnio walczył z wenezuelskim smokiem. Twierdzi, że go pokonał, choć nie wdrapał się na szczyt Tramen Tepui. Wierzchołek zdobył tylko Marek Arcimowicz, alpinista fotograf, wraz z dwójką wenezuelskich wspinaczy, Carlosem i Alberto. Michał Kochańczyk, kierownik wyprawy, wspierał ich z grani szczytowej.

- Tramen, w języku Indian Pemon, oznacza smoka - objaśnia Kochańczyk. - To groźny przeciwnik.
Była to jego czwarta wyprawa do Wenezueli. Pierwszy raz wybrał się tu w 2002 roku. Wrócił na tarczy, bo - jak się okazuje - nawet doświadczony podróżnik może zostać wpuszczony w maliny. Płaskowyże tepui, czyli niedostępne góry stołowe w środkowym odcinku rzeki Orinoko, które miał z młodymi naukowcami zdobywać, po prostu nie istniały. Mapy okazały się niedokładne, a motolotnia, którą ze sobą targali - kompletnie niepotrzebna.

Za drugim razem, w 2009 roku, udało się dotrzeć do płaskowyżu u stóp tepui Tramen, na styku Wenezueli, Gujany i Brazylii. Z pomocą indiańskich przewodników z wioski Warpata przedzierali się przez bagienne łąki i strome zbocza porośnięte selwą, żeby zrobić rozeznanie. Sądzili, że następnym razem, gdy przywiozą sprzęt wspinaczkowy, to pokonają te kilkusetmetrowe, pionowe, piaskowcowe ściany, wejdą na wierzchołek, na którym nigdy nie stanęła ludzka stopa, zobaczą endemiczne rośliny i stworzenia. Takie, które nigdzie indziej nie występują. Może nawet odkryją nowe gatunki?
Trzecia wyprawa odbyła się w marcu 2011 roku. Lał deszcz, zwarte krzaki i gałęzie broniły dostępu, zdeterminowani machali maczetami, godzinami wycinając kilkusetmetrową ścieżkę przez nieprzebrany las, dlatego zabrakło czasu. Zawrócili, by w styczniu 2012 roku, bogatsi o doświadczenia, wyruszyć raz jeszcze, na kilka tygodni.

Czytaj także: Podróżnik z Gdańska domaga się kontroli w Urzędzie Miasta

Do Polski wrócili z końcem lutego.
- Ależ dostaliśmy w tym roku w kość! - przyznaje Michał Kochańczyk. - To była szkoła dla twardzieli. Marzliśmy, mokliśmy, taplaliśmy się w błocie jak tapiry, tygodniami przedzieraliśmy się przez gęsty las, splątane korzenie, nieraz po pociętych krzakach, dwa metry nad ziemią, a nieraz zapadając się w torfowo-mułowe podłoże aż po pas. Dźwigaliśmy dużo sprzętu, prawie nie spaliśmy, a potem niektórzy ryzykowali życiem. Atak szczytowy udał się w ostatniej chwili, gdy już nie było większej nadziei. Wcześniej Marek odpadł od ściany i z ukruszonym blokiem skalnym zleciał sześć-siedem metrów w dół. Na szczęście, nic się nie stało.
Szczytowanie, jak to nazywają, to tylko wisienka na torcie. Kilkuminutowe uwieńczenie wieloletnich starań. Ktoś, kto się wspinał na ośmiotysięczniki w Himalajach i wytyczał nową drogę na Fitz Roya w Patagonii, najlepiej o tym wie. Tygodniami wisisz na ścianie, walczysz z górą i z własną słabością, by na parę minut postawić nogę na wierzchołku, zrobić zdjęcie i zacząć schodzić.

- A co z tymi endemitami na wenezuelskich tepui? Spotkałeś jakiegoś tamtejszego dinozaura?
- Iza Stachowicz, biolog z Krakowa, wypatrzyła endemiczny gatunek żaby. Zapakowała ją do formaliny. Gdy w Caracas pokazała ją potem pewnej pani profesor, specjalistce od płazów, ta bardzo się ożywiła. Żaba jest badana.
- A właściwie, to dlaczego nie zakładałeś poręczy i nie wchodziłeś na ten szczyt?
- Nie było takiej potrzeby. Młodzi sami sobie poradzili. Poza tym, trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć: pas. Człowiek zna swoje możliwości. Wiele razy byłem w takiej sytuacji. Może dlatego - żyję, a paru moich kolegów - nie.
- Machałeś maczetą, przedzierając się przez te chaszcze?
- Wszyscy machali, nie tylko Indianie, których wynajęliśmy. Oni też mieli dość, musieliśmy ich wspierać, a nawet im gotować. Zdobywanie szczytu w tak trudnych warunkach to skomplikowane logistyczne przedsięwzięcie.
Nie zawsze był taki rozsądny. Nie zawsze też zależało to od niego samego. Czasem decydował przypadek, ślepy los. Choćby wyprawa na Nanga Parbat. Nie zdobył tej góry, ale przeżył, wrócił do domu. Jego przyjaciel, Piotr Kalmus, zginął w lawinie.
- Ja też tych lawin trochę przeszedłem - wspomina. - Czasami w zupełnie idiotycznych okolicznościach. Pamiętam: Wiszę w uprzęży, na linie, mam biegunkę, usiłuję coś z tym zrobić. A tu - lawina. Tak mnie sponiewierała, że już nawet papier toaletowy był niepotrzebny…
A ileż razy oberwał spadającymi kamieniami! Ileż razy sam spadał. Nie zapomni: Miał 21 lat, wspinał się w masywie Spiglasowego Wierchu w Tatrach i nagle - bach, zaczął koziołkować w dół, jakieś 40 metrów. Przez moment pomyślał: I to już? To już koniec? Przeżył ten upadek, w ostatniej chwili przed przepaścią wbił się w jakąś jamę śnieżną. Nie zniechęcił się. Cztery lata później wspinał się na wschodniej ścianie Mnicha, miał gorączkę, czuł się fatalnie, tracił siły. Tuż przy nim uderzył piorun. Ależ dostał wtedy kopa! Błyskawicznie pognał w górę, do dziś nie wie, jak tego dokonał.

Czytaj także: Kitesurfer z Gdańska wreszcie odnaleziony

Czasami myśli, że to nie tylko kwestia szczęścia. To coś więcej. Ktoś potężniejszy nad nim czuwa.
- Kiedyś, w Nigrze, o mały włos nie stanąłem na zielonej mambie, bardzo jadowitej, na którą nie ma antidotum - opowiada. - Innym razem, podczas postoju w górzystym terenie Etiopii, ciężarówka, w której siedziałem, zaczęła się niespodziewanie staczać z drogi i gdyby nie malutki występ skalny, zleciałbym w kilkusetmetrową przepaść.
Albo ta tragiczna wyprawa na Mount Everest, w 1989 roku, w której miał uczestniczyć i którą przygotowywał dwa lata. Nie uczestniczył, bo w dniu wyjazdu trafił na stół operacyjny. Czy to był palec Boży? Pięciu kolegów zabrała lawina. Ocalał tylko gdańszczanin Andrzej Marciniak, który dwadzieścia lat później zginął podczas wspinaczki na Pośredniej Grani w słowackich Tatrach. Ktoś potem powiedział, że góry się o niego upomniały.
Michał nie wie, czy to dotyczy wszystkich, czy każdy musi spłacić ten dług. Wie, że życie jest bardzo kruche. Ale to dar.
Zamyśla się. To on koordynował akcję poszukiwawczą Celiny Mróz i Jarka Frąckiewicza. Okazało się, że kajakarzy zamordowali Indianie.

Obieżyświat, poliglota, ciekawy ludzi i ich spraw. Przyjaciel znanych i nieznanych. Z Andrzejem Urbańczykiem przepłynął na drewnianej tratwie Bałtyk, z Katarzyną Dowbor wędrował po Spitsbergenie, z Danutą Wałęsową bywa u niepełnosprawnych dzieci.
Równie dobrze się czuje w glinianej afrykańskiej chacie, jak w domu biznesmena. Twierdzi, że wędrując po różnych krajach i kontynentach, postrzega świat w sposób kreatywny. W Indiach zbierał pieprz i herbatę, w Kamerunie - kawę, a na Alasce zakładał ogródki kwiatowe. W Zambii próbował gotowanych myszy, w Etiopii - jąder kozła, w Wenezueli - mrówek. Ale raczej to nie były tzw. mrówki 24, które spotkali podczas wyprawy na Tramen Tepui i których ukąszenie powoduje ból porównywalny z postrzałem karabinowym, odczuwalny co najmniej przez dobę.
W domu, gdy już do niego dotrze, gotuje gar rosołu, którym można nakarmić wielu przyjaciół. Ma ich kilkuset. Tak przynajmniej wynika z liczby gości na urządzanych na leśnej polanie urodzinach. Przy składaniu życzeń trzeba stać w długiej kolejce. Niektórzy żartują, że do Kochańczyka przychodzi więcej osób niż swego czasu do prezydenta Wałęsy. Nie wiadomo, czy to zasługa gospodarza czy magia gitary i ognia z ogniska.
Mieszka w Oliwie. A właściwie to jego mieszkanie żyje własnym życiem. Garnki, kijki, buty, mapy, książki, koce, butelki, kasety, części garderoby, dzwonki, rowery, słoiki z kawą i herbatą z całego świata. Niektórzy określają to elegancko: Przygoda wychyla się z każdego kąta. Tyle że wolnych kątów już tu dawno zabrakło.
Na pewno nie ma miejsca dla kobiety. One są zaborcze.

Czytaj także: Płynął przez Morze Czerwone i...

- Ale na pewno nie bardziej niż góry, dlatego z nimi przegrały - uśmiecha się Michał.
Centralne miejsce, w pełnej przygód kuchni, zajmuje wielki drewniany stół z szufladami. Przywiózł go z zaprzyjaźnionego schroniska w Morskim Oku. Jak? Normalnie: Najpierw maluchem na dworzec w Zakopanem, potem pociągiem do Gdańska. Oprócz drewnianego stołu przywiózł drewniane zydle.
Gdy przyjeżdżają przyjaciele, tak jak teraz, z okazji Kolosów, stół się lekko odsuwa, żeby zrobić miejsce na podłodze. Jak się ma tylu przyjaciół, to cztery pokoje okazują się za ciasne.

Jest członkiem rady, takiego ciała doradczego Kolosów. No bo któż bardziej niż on zna się na podróżach?
- A ty dostałeś jakąś statuetkę?
- No coś ty! Podróżowanie jest jak kochanie. Czy za to można dostawać nagrody?
Ma 62 lata, nadal jednak szuka tego, czego nie ma i czego nie widział. Zastrzega, że - wbrew pozorom - nie szuka przygód. Przecież to podróż jest przygodą.
Jego kochaniem.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

E
Emeryt z Gdańska

Ma rację uważając, że marnotrawi się pieniądze z miejskiej kasy. Mozna je lepiej wydać, jeśli już trzeba - mądrzej. Promocja miasta nie musi być kosztowna, tylko skuteczna. Gdańsk ma wiele atrybutów, o których się nie mówi i pisze. Osoby z otoczenia p. prezydenta Adamowicza przyzwyczajone są do sztampy i "intelektualnego lenistwa". Stąd ta afera z kitesurferem (zapewne znajomym kogoś z UM). Szkoda, że Gdańsk tak głupio kompromituje się...

m
maria

Myślę,że przez wiele lat p.Kochańczyk zdobywał szczyty i był dobry! Teraz , odważył się skrytykować Jana Lisewskiego i...naraził się....wielu nieudacznikom !
Nie ma znaczenia czego nie zrobił Kochańczyk,ale...BARDZO WAZNE JEST CO, "ZROBIL" LISEWSKI !!! Otóż Lisewski ośmieszył Gdansk i powinien dostać ani 1 złotówki !

Z
Zielonadolina

Osobowości takie jak Pan Michał działające jak instytucje zawsze warte są wsparcia i wymagają docenienia. Są wielkimi prezentami dla Nas. Należny im się szacunek i uznanie, bo to nasze skarby chodzące po chodnikach. Nie wypada Ich porównywać do osób zamkniętych w mercedesach klasy S na których kupno całe życie poświęcili.

M
MartaS.

Żadają aby sponsorować ich kosztowne hobby, a jak nie to obrażeni są. A dlaczego nie zapracują sami na swoje hobby. To w ich wykonaniu taką żebranina.

t
tylko dla wybranych

to raczej kierunek nie ciekawy.Zawsze wszystkich nowo poznanych ludzi namiawiam na przyjazd do Gdańska.Najsympatyczniejszym rozdaje przewodniki kupowane za łwsne pieniedze.!!Moze powinienem sie zgosic po dotacje?Ale pewnie 10 zł bym niedostał ani nawet kupionych przewodników.Bo niejejstem kolesiem POlityków.5tys niewiecej to by mozna było przełknąć ale 40 tysiecy????

m
meer

w 100% Pan Michal Kochanczyk ma racje! Dla gdanszczan,ktorzy chca, moga,staraja sie o dotacje z URZEDU MIASTA GDANSKA na promocje miasta nie dostaja nic!!!!.Tacy wspaniali sportowcy zeglarze jak GDANSZCZANIE Zbigniew Gutkowski,Roman Paszke promuja Sopot , w Gdansku nawet miejsca postoju dla ich jachtow nie ma.A moze trzeba miec nepotyczne powiazania z wladcami,rajcami miasta.Promocja miasta wyglada tak,ze w Europie w Amerykach ,Australii,Azji znaja nie Gdansk a Danzig.Floty handlowej brak,przemysl stoczniowy zniszczony,port handlowy pusty.PROMOCJA miasta w wydaniu UD,UW,KLD AWS,PO tak wyglada PC,PIS to nic lepszego.Lechia "zdobywczym krokiem"zmierza promowac miasto w zapleczu exstra ligi na nowym stadionie tak jak to zrobila w prezencie miastu Arka.

Dodaj ogłoszenie