Miał szansę na zagraniczną karierę, ale w kluczowym momencie zrobił unik i postawił na rodzinę. Przyjaciele wspominają boksera Jana Dydaka

Robert Gębuś
Robert Gębuś
Jan Dydak był jednym z najlepszych pięściarzy, jacy walczyli dla Pomorza SKB Energa Czarni Słupsk
Miał doskonałą technikę, a na polskich ringach nie miał sobie równych. 27 marca 2021 roku przypada druga rocznica śmierci Jana Dydaka, fenomenalnego polskiego pięściarza. Przypominamy ostatnią rozmowę pięściarza w "Dzienniku Bałtyckim" w 2012 roku i wspomnienia Dariusza Michalczewskiego oraz Kazimierza Adacha, którzy przyjaźnili się z Janem Dydakiem.

Jan Dydak miał 19 lat, kiedy pokonał w finale mistrzostw Polski dwukrotnego medalistę olimpijskiego i 4-krotnego mistrza Polski Kazimierza Szczerbę. Rok później podczas igrzysk olimpijskich w Seulu w wadze półśredniej wywalczył brąz. Dołożył do tego krążek tej samej barwy na mistrzostwach Europy w Goeteborgu. Trzy razy zdobywał mistrzostwo Polski w kategoriach półśredniej i lekkośredniej, a po udanych dla niego igrzyskach był o krok od podpisania zawodowego kontraktu w Stanach Zjednoczonych. Dwukrotnie wygrywał turniej Feliksa Stamma i cztery razy został wybrany na najlepszego polskiego pięściarza czasopisma „Boks”. Sporo, jak na boksera, który jako senior walczył zaledwie przez pięć lat, kończąc swoją karierę w wieku lat 23.

Styl walki Dydaka wpadł w oko Olbrychskiemu

Z pięściarzem, uznawanym za diament polskiego boksu, spotkałem się w 2012 roku w hali Czarnych Słupsk przy ul. Ogrodowej. Towarzyszył mu Kazimierz Adach, prezes klubu. Dydak tryskał humorem. Popalał e-papierosa.
- Pomaga rzucić - mówi. - I mogę z nim chodzić po sali treningowej.
- Zacząłem trenować w wieku 13 lat, na Śląsku, w Jastrzębiu. Był stan wojenny. Mieszkałem u ciotki. Jak masz 14-15 lat i widzisz wokół ludzi z karabinami, to albo idziesz na boisko i walisz bramki, albo…
- ...przeciwników w ringu - dopowiadam.
- No właśnie - przytakiwał.

W 1987 roku pojechał na pierwsze mistrzostwa Polski seniorów do Krakowa. Na „dzień dobry” wywalczył złoto w kategorii półśredniej. Tam doszło do symbolicznej wymiany pokoleń. - Ja, Darek Michalczewski i Andrzej Gołota zaatakowaliśmy pokolenie „dziadków” które dotąd rządziło polskim boksem - wspominał. - Pamiętam, że po moim zwycięstwie nad Kazimierzem Szczerbą, Daniel Olbrychski, wielki kibic boksu i fan czarodzieja ringu Leszka Drogosza, powiedział: „Podoba mi się boks tego faceta”.

Komplement był jak najbardziej na miejscu. W tym samym roku Dydak zmienił klub i przeniósł się do Słupska. Do Czarnych trafił również Dariusz Michalczewski.

Po mistrzostwach Polski Dydakowi odnowiła się kontuzja prawej ręki. „Złapał” ją jeszcze w czasach juniorskich. Zbliżały się igrzyska, a Dydak był pewniakiem w kadrze. Mimo urazu pojechał do Seulu. Kadrę prowadził wówczas Andrzej Gmitruk. - Uczył się na nas trenerki - uważa Dydak. - Podpatrywał nasze treningi, potem sam je powtarzał. Kiedyś przyszedł do sauny, żeby podpatrzyć, jak robimy wagę. Siedział z nami tak długo, aż zemdlał.

Mimo kontuzji Dydak wygrał w Seulu eliminacje z Josem Garcią (Wenezuela) i Humberto Arandą (Kostaryka). W ćwierćfinale pokonał 4:1 Adewila Adgebusiego (Nigeria). Imponował prawym prostym, ale z powodu kontuzji do walki o finał z Robertem Wangilą z Kenii już nie przystąpił. Wangila zdobył tytuł mistrza olimpijskiego, a wokół Jana Dydaka po powrocie z Seulu zrobiło się głośno. - Podpisałem kontrakt zawodowy w Stanach. Wszystko było praktycznie dograne - mówił. - Kontrakt opiewał na ładnych parę tysięcy dolarów. Ostatecznie zdecydowałem się jednak zostać, ze względu na rodzinę. Kontrakt na pamiątkę trzymam do dziś.

Postawił na rodzinę

Na krajowych ringach Dydak nie miał przeciwników. Rywale rezygnowali albo przed walką, albo w pierwszej rundzie. - Czasem jeszcze przed walką przychodzili i mówili: „Wiesz Janek, ja tam mam już swoje lata…” - wspomina Dydak.

W 1991 roku w Goeteborgu wywalczył brązowy medal i, kiedy kadra przygotowywała się do igrzysk olimpijskich w Barcelonie, Jan Dydak niespodziewanie przerwał karierę. - Miałem przesyt boksu. Non stop pracowałem. Toczyłem po 50 walk w sezonie. Do tego kolejne kontuzje. Zdecydowałem się zakończyć karierę - mówił.

Postawił na życie rodzinne. Miał dwie córki, jedna z nich grała w siatkówkę w Czarnych Słupsk. Dydak wspomina wizytę jej chłopaka u nich w domu. - Jak wchodziłem, to ten chłopak się strasznie spinał, praktycznie stawał na baczność. Kiedyś chciałem go trochę ośmielić. Akurat trafił na obiad, a że był taki wymoczkowaty, to mu nalałem zupy, podstawiłem miskę pod nos, zachęcam żeby jadł i mówię: „no, zamiataj chłopie!”. A on nagle zrywa się z krzesła, chwyta miotłę i zaczyna mi kuchnię zamiatać!

Jan Dydak miał w głowie ogromne archiwum anegdot o polskich bokserach. Opowiadał, jak Mirosław Knapik obcałowywał we śnie jego szyję podczas lotu samolotem z kadrą, bo przyśniła mu się żona, i jak rozwiał nadzieje Andrzeja Gołoty na olimpijską rentę. Naśladował przy tym styl mówienia Gołoty, kiedy dzwonił do niego z pytaniami, co ma w tej sprawie zrobić. - Musisz mieć medal - podpowiada Dydak.
-Nnnno mmmam - odpowiada Gołota.
- Musisz mieć skończone 40 lat - wylicza Dydak.
- Mmam - potwierdza Gołota.
- No i musisz być niekarany...- dodaje Dydak.
- Ooo, kkku..a! Jutro mam sssprawę w Ssopocie! - odpowiada Gołota.

Odszedł świetny bokser, jeszcze lepszy człowiek

Jan Dydak odszedł po ciężkiej chorobie 27 marca 2019 roku. Przyjaciele wspominają, że wraz z nim klub nie tylko zyskał świetnego boksera, ale też dobrego ducha. Miał podejście do ludzi, dystans nie tylko w ringu i błyskotliwe poczucie humoru. - Był duszą towarzystwa. Bez niego nie było imprezy - wspomina Jana Dydaka Kazimierz Adach, prezes SKB Energa Czarni Słupsk, który dodaje, że Dydak potrafił przyłożyć się do roboty, czasem aż za bardzo.- Był przetrenowany w kadrze, a także i u nas. Po igrzyskach w Seulu wypalił się. Sam też to przechodziłem i wiem, co to oznacza. Też miałem po igrzyskach dość boksu.

Po zdobyciu mistrzostwa Polski przez Czarnych Słupsk w 1990 roku odcięto finansowanie zespołu. - To był praktycznie koniec seniorskiego boksu w Słupsku. Młodzi poszli do innych klubów, szukali innej życiowej drogi, a Jasiu postanowił zakończyć karierę. Miał rodzinę, córki, poświęcił się im - mówi Adach. - Przy sporcie jednak pozostał.

W 2005 roku zajął się trenerką w SKB Energa Czarni Słupsk. Trenował dzieciaki w klubie, ale też dorosłych. Wszyscy, którzy go pamiętają wiedzą, że nie da się zapełnić pustki, która pozostała po nim w bokserskiej hali przy ulicy Ogrodowej w Słupsku. - Był bardzo optymistycznym człowiekiem. Pamiętam, jak pojechaliśmy do Gardna, nad jezioro. Przywieźliśmy całe siatki ryb. Jasiek je u mnie smażył, wędził... - opowiada Kazimierz Adach, który ujawnia jeszcze inną, poza sportem, wielką pasję Jana Dydaka. - On kochał rodzinne życie i był świetnym kucharzem. Jego żona, Teresa pracowała, a on w domu gotował obiadki.
Bliscy Jana Dydaka podkreślają, że miał wielkie serce. - Nikogo nie zostawił w potrzebie. Pomógł każdemu, komu mógł - mówi Adach.

Przyjaciele o Janie Dydaku

Mówi się, że nie ma przyjaciół bliższych i dalszych, przyjacielem się jest, albo nie. Z pewnością dla Jana Dydaka był nim Dariusz Michalczewski. Przyjaźnili się od spartakiady młodzieży w 1984 roku do końca życia Janka. W ringu czasem rywale, w życiu zawsze przyjaciele. - Spotkaliśmy się na spartakiadzie młodzieży w 1984 roku w ćwierćfinale. Pamiętam, że spartakiadę otwierał Jaruzelski - wspomina Michalczewski. - Janek przegrał tam ze mną 1:4, po wyrównanej walce. Ja odpadłem później, w półfinale. Od tamtego czasu zaczęliśmy być kolegami, potem przyjaciółmi.

Potem razem trafili do wojska. Tam przeszli próbę charakterów. - W wojsku stoczyliśmy kilkaset walk. Chcieli nas złamać, żebyśmy podpisali umowy z Gwardią Warszawa. Janek był też charakterny, ale bardziej ugodowy, a ja to od razu bym napier... - nie przebiera w słowach Michalczewski. - Kiedy byliśmy w wojsku, w Koszalinie - Gmiński, Banasiak, Dydak i ja - to jak się kąpaliśmy i ja byłem na czatach, to nikt nam wody nie wyłączył. Bali się, bo wiedzieli jaki jestem, że od razu walę w zęby. Kiedy oni się kąpali beze mnie, wyłączali im wodę po trzy razy.

To była ta różnica: Michalczewski przez swoją karierę szedł tak jak walczył w ringu - do przodu, jak czołg, po swoje, za ciosem. Natomiast Dydak był świetnym bokserem, ale kiedy stanął przed wyborem, zrobił w karierze unik i postawił na rodzinę. - Miał szansę na karierę zawodową w USA, ale się nie zdecydował. Nie mam pojęcia, co trzeba mieć, żeby ją zrobić... Ja byłem kilerem. Chciałem mieć najpierw marki, potem euro - przyznaje Dariusz Michalczewski. - Janek postawił na dom i rodzinę. Był wesoły, niekonfliktowy, a do tego świetnie boksował. Miał piękną technikę. Na imprezach był duszą towarzystwa, ale zawsze grzeczny, uśmiechnięty. Ja byłem bardziej głośny.

Michalczewski wspomina, że w rękawicach czy bez, to ręce Dydak miał „złote”. - Miał „złotą rączkę” i zawsze służył pomocą. Pamiętam, jak Janek pomagał mi zabudowywać wannę w mieszkaniu w Słupsku. W domu wszystko potrafił zrobić, nie to co ja. Moja mama zawsze mówiła, że mam dwie lewe ręce, ale jedną za to bardzo dobrą - żartuje Michalczewski i dodaje już z powagą: To był bardzo fajny facet, mieliśmy stały kontakt. Bardzo szkoda, że go już nie ma wśród nas. Brakuje go.

Najtrudniejszym przeciwnikiem Jana Dydaka okazał się nowotwór. Pięściarz długo z nim walczył, a w tej batalii pomagali mu jego przyjaciele. Kiedy Jan Dydak się rozchorował, Dariusz Michalczewski załatwił mu leczenie w Niemczech. Jego bliscy podkreślają, że ta terapia przedłużyła mu życie. - Zorganizowałem mu leczenie w Hamburgu u specjalistów. Otrzymałem tam pomoc dla Janka, bo brałem wcześniej udział w akcjach charytatywnych w Niemczech. To mu ulżyło w cierpieniu - mówi Michalczewski.

Jan Dydak zostanie pośmiertnie odznaczony

W 2018 roku przed meczem Polska - Szwecja w Słupsku Jan Dydak dostał od klubu Energa Czarni Słupsk topór i tarczę, które miały symbolizować jego walkę z rakiem. Ten przeciwnik okazał się jednak za trudny. Pięściarz przegrał z nowotworem 27 marca 2019 roku. Po jego śmierci poseł Piotr Müller wystąpił do prezydenta RP Andrzeja Dudy z wnioskiem o pośmiertne nadanie mu Orderu Odrodzenia Polski. Ostatni medal dla Janka został mu przyznany i czeka na wręczenie.

W sobotę, 27 marca miał odbyć się I Memoriał Jana Dydaka, a rywalem ekipy SKB Energa Czarni Słupsk miał być ASB KS Hetman Zamość. Ze względu na pandemię koronawirusa zawody zostały jednak odwołane.

"Studio Kadra" po meczu Polska - Hiszpania

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie