reklama

Mec. Roman Nowosielski: Na braku wiedzy prawniczej byłych właścicieli żerują cwaniacy [ROZMOWA]

Rozmawiała: Dorota Abramowicz Zaktualizowano 
Ujawniona dzika reprywatyzacja w Warszawie obudziła ostatnio skrajne emocje, takie jak te na nadzwyczajnej sesji Rady Warszawy Fot. michał dyjuk
Z mec. Romanem Nowosielskim o reprywatyzacjach i zawiłościach z nimi związanych, rozmawia Dorota Abramowicz.

Pana kancelaria specjalizuje się w sprawach związanych z reprywatyzacją...

Prowadzimy wiele spraw reprywatyzacyjnych, ale reprezentujemy jedynie osoby, którym majątek odebrano, i ich spadkobierców. Nigdy nabywców roszczeń. Nie przyjmujemy takich spraw, uważając, że jeśli ktoś raz został okradziony, to wystarczy. Na braku wiedzy prawniczej byłych właścicieli żerują cwaniacy.

Coraz więcej dowiadujemy się o aferach związanych z przekazywaniem w Warszawie gruntów i kamienic nie tylko spadkobiercom prywatnych właścicieli, ale także reprezentującym ich kuratorom. Gdzie popełniono błąd?

Błędem jest, że tak długo trwają postępowania tak zwane reprywatyzacyjne, czyli odzyskiwanie przez byłych właścicieli oraz przez ich spadkobierców własności, której zostali pozbawieni. Uczyniły to władze komunistyczne na zasadzie konfiskaty majątku. Zarówno konstytucja z 1921 roku, czyli tak zwana konstytucja marcowa, jak i konstytucja z 1935 roku, czyli konstytucja kwietniowa, przewidywały możliwość pozbawienia własności w postaci konfiskaty mienia tylko za najpoważniejsze przestępstwa. Dla komunistów przestępstwem było posiadanie własności. Niestety, w Polsce nie ma do tej pory ustawy reprywatyzacyjnej, a cała reprywatyzacja odbywa się w trybie postępowania sądowego i administracyjnego.

Ani razu przez ostatnich 26 lat nie próbowano unormować tej sytuacji ustawą?

Była jedna taka próba, podjął ją premier Jerzy Buzek. Ustawę uchwalono. Niestety, weto wniesione przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego okazało się skuteczne.

Czym było uzasadnione weto prezydenta?

W ustawie były błędy związanie z dziedziczeniem. Nic jednak nie stało na przeszkodzie, by ustawę najpierw uchwalić, a potem poprawić. Kłótnie w AWS spowodowały, że to się nie udało. W konsekwencji wszystkie osoby walczące o swoje prawa są skazane na długie, kosztowne postępowania. A to otwiera furtkę dla osób, które zgłaszają się do nich z ofertą „pomocy”. Przedstawiają się jako dobroczyńcy, którzy za kilka procent nabędą roszczenia - jak twierdzą - prawie nie do odzyskania. Tłumaczą, że bardzo ryzykują, bo ostatecznie mogą nic za to nie dostać. Osoby starsze, zdegustowane faktem, że w wolnej Polsce nie mogą odzyskać swojej własności, dają się na to nabrać.

Nabywcy rzeczywiście ryzykują?

Skądże, to bardzo dobry interes, jeśli ma się odpowiednią wiedzę. Do jej zdobycia trzeba było zaangażować osoby z samego „środka” procesu reprywatyzacyjnego, czyli organów administracyjnych. W stolicy jest to Wydział Spraw Dekretowych Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Tam były informacje, kto co utracił i gdzie byli właściciele mogą aktualnie żyć. Często były to zresztą osoby narodowości żydowskiej, zamordowane przez Niemców. I zdarzało się, że odtwarzano dokumenty świadczące, że dana osoba żyje...

Nikogo nie dziwiło, że były właściciel liczy ponad 120 lat?

To jest odrębna ważna kwestia. Sędziowie powinni byli wykazać o wiele większy dystans i krytycyzm w tych sprawach. Zasada jest taka - jeżeli widząc datę urodzenia, mamy podstawę przypuszczać, że dana osoba nie żyje, to w ogóle nie ustanawiamy dla niej kuratora. Prowadzi się wówczas postępowanie o uznanie za zmarłego. To zupełnie inny tryb postępowania. Bezrefleksyjne działanie sędziów spowodowało, że pojawiają się kuratorzy procesowi, którymi są najczęściej sami zainteresowani nabyciem praw do nieruchomości lub gruntów. Organ administracji otrzymuje wykonalne postanowienie sądowe, że ten ktoś jest kuratorem danej osoby, i z tym nie dyskutuje.

Nawet jeśli przeczy to zdrowemu rozsądkowi?

Jest to decyzja sądu. Ewentualną dyskusję mogłyby podjąć tylko i wyłącznie organy prokuratury, która wbrew utartym opiniom, ma prawo również inicjować i brać udział w każdym postępowaniu o charakterze cywilnym lub administracyjnym. Gdyby prokuratura podjęła takie działania wcześniej, mogłoby się okazać, że ci kuratorzy nie byliby ustanowieni i nie mogliby działać.

Po co w ogóle ustanawia się kuratora?

Ma on działać w imieniu osoby, którą zastępuje, by postępowanie mogło się w ogóle toczyć. Ja też jestem w niejednej sprawie kuratorem, ale sądy i organy administracji rozliczają mnie nadzwyczaj szczegółowo, co robię, by odnaleźć mandanta, czyli inaczej - mocodawcę, o którym nie wiadomo, czy żyje i gdzie mieszka. Czasem trwa to nawet rok. Przy czym ja tylko go reprezentuję. Kurator działa w interesie tego, kogo nie ma, czyli może odzyskać majątek pana Kowalskiego, ale nie może zbywać jego własności. Jest ustanowiony tylko na czas dla osoby, której miejsca pobytu nie znamy, by reprezentować jej prawa.

Pan nie może sprzedawać własności mandanta, a warszawscy prawnicy mogli?

Tu jest pewna inercja w postępowaniu. Nad tym powinien mieć kontrolę sąd, którego zgoda potrzebna jest, by kurator mógł własnością Kowalskiego dysponować. Jeśli więc coś się niepokojącego działo, to na styku władzy administracyjnej i sądowniczej. I tym powinna dużo wcześniej zainteresować się prokuratura, by zbadać, co się dzieje z kuratorami, czy realizują te roszczenia, czy też nie.

I co dalej dzieje się z tymi sprawami?

Największym problemem w Warszawie jest dziś nieistniejący numer Chmielna 70, należący przed wojną do obywatela Danii. Po wojnie w latach 40. XX wieku państwo ludowe zawierało umowy z krajami, których obywatele mieli przed wojną mienie zagrabione później w Polsce. Wypłacano im odszkodowania, a państwa te, czyli Kanada, Dania, Stany Zjednoczone, Francja, następnie rozliczały się ze swoimi obywatelami. Naczelny Sąd Administracyjny potwierdził, że te roszczenia zostały przez Polskę zaspokojone. I wygasały, co oznaczało, że nie można było z tym samym roszczeniem przyjść później. Popełniono jednak podstawowy błąd - nie wpisano tej informacji do ksiąg wieczystych. Przez to zaniechanie - bo przecież komuna nie liczyła się z tym, że kiedyś upadnie - w dokumentach bardzo wielu nieruchomości, których właścicielami byli obywatele obcych państw, brak jest wpisu, że dostali oni odszkodowanie. Tak właśnie było z Chmielną 70, gdzie do księgi wieczystej nie wpisano, że roszczenie obywatela Danii zostało zaspokojone.

Jak to się stało, że nie zauważyli tego urzędnicy i sędziowie?

To pokłosie braku - z winy zaniechań państwa komunistycznego - łatwo dostępnego rejestru, jakie roszczenia zostały zaspokojone. W mętnej wodzie łatwo łapać ryby, więc odziedziczony po PRL bałagan wykorzystywany bywał przez osoby nie do końca uczciwe. A od nich majątek odkupiły kolejne osoby, nierzadko w dobrej wierze, bo w księgach wieczystych nadal widnieje przysłowiowy pan Nielsen.

Nie można było tego zweryfikować?

Mogły jechać do jego rodziny, spytać, czy coś dostała za majątek pozostawiony w Polsce. A jeśli usłyszały: nie? Dziś już mogę wystąpić do Ministerstwa Finansów z pytaniem, czy panu X lub jego spadkobiercom wypłacono odszkodowanie. Jednak dopiero od kilku lat gotowy jest rejestr roszczeń zaspokojonych w ramach umów odszkodowawczych. Wcześniej nawet nie było dostępu do informacji publicznej. Dlatego każdy taki przypadek trzeba oceniać indywidualnie.

Czy nowi właściciele mogą stracić zakupiony majątek?

Kolejność była taka: najpierw była decyzja administracyjna, że nieruchomość należy zwrócić, a potem był zawierany akt notarialny ustanowienia użytkowania wieczystego. Póki decyzja administracyjna jest w obrocie, korzysta ona z tak zwanego domniemania zgodności z prawem. Można ją z tego obrotu wyeliminować tylko w dwóch przypadkach: jeśli zostanie stwierdzona jej nieważność w przypadku rażącego naruszenia prawa oraz poprzez wznowienie postępowania. Tu przesłanką jest brak pełnej wiedzy o sprawie w momencie wydania decyzji. I na wznowienie postępowania prawodawca dał dwa miesiące od wydania decyzji. Jeśli więc osoby, które nabyły nieruchomość, nie sprzedały jej, to można stwierdzić nieważność aktu notarialnego. Musi to jednak każdorazowo ocenić sąd.

Jak ocenia Pan projekt tak zwanej dużej ustawy reprywatyzacyjnej, złożony w ostatnich dniach w Sejmie przez klub PO?

Jako bardzo socjalistyczny, niedoceniający prawa własności. Ta ustawa jest w poważnej mierze niesprawiedliwa, ponieważ tam, gdzie nie można własności zwrócić w naturze, przewiduje zwrot jedynie do 20 procent wartości zabranego majątku. Czyli tak jak w przypadku Zabużan. Zapomina się jednak, że w przeciwieństwie do mienia pozostawionego za granicą, to, co zostało na terenach obecnej Polski, jest już własnością polską. Po drugie, osoba, która ma odzyskać grunt, musi zwrócić wszystkie nakłady, które zostały na niego poniesione. Dotychczasowy użytkownik nie zwraca jednak korzyści, jakie korzystając z cudzej własności, osiągnął. Projekt PO ma jeden dobry punkt - przewiduje ustalenie rocznego terminu od momentu uchwalenia ustawy na „ujawnienie się wszystkich roszczeń jeszcze niezgłoszonych”.

Czy po ponad 70 latach jest sens zwracania majątków utraconych po wojnie?

Mienie, które jest dziś własnością Skarbu Państwa, powstało wskutek zagarnięcia własności prywatnej na zasadzie konfiskaty mienia. Ci ludzie byli przestępcami, bo coś mieli. Jeśli dziś w sposób uczciwy nie załatwimy kwestii reprywatyzacji, to następnym pokoleniom damy czytelny sygnał, że mogą zostać tak samo okradzeni. To już wejdzie w pewien zwyczaj prawny, czyli uzus. Mamy dziś sygnały, że społeczeństwo zaczyna się wreszcie budzić. Zaraz po 1989 roku było wśród Polaków duże poparcie dla reprywatyzacji. Potem dramatycznie spadło. Dzisiaj ponad 55 procent uważa, że reprywatyzacja jest konieczna. Dlaczego tak jest? Po pierwsze, ludzie już coś mają. Dorobili się. Poza tym Polacy widzą kosztowne programy socjalne partii rządzącej. Trzeba będzie te środki gdzieś znaleźć, i coraz więcej osób obawia się, że przedstawiciele władzy zwrócą się do nich.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie