Marynarski bal na dnie morza

Kmdr Eugeniusz Koczorowski
rys. Eugeniusz Koczorowski
Motywacją zorganizowania balu, o którym będzie się "pamiętać latami", była nieustanna rywalizacja pomiędzy podchorążymi OSMW, czyli Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej a słuchaczami PSM-ki, tj. Państwowej Szkoły Morskiej.

Państwowej Szkoły Morskiej. Nas, podchorążych, przygotowywano do służby na okrętach w obronie Ojczyzny, natomiast słuchaczy PSM-ki do pracy na statkach handlowych. Stąd wzięło się niezbyt eleganckie (przyznaję po latach) określenie "kaszaki", którym z racji przewożonej na statkach drobnicy, ochrzciliśmy cywilnych konkurentów; różnić nas miały wykonywane w przyszłości zawody, ale na czas nauki stawaliśmy w szranki sportowe, konkurując również w podbojach serc niewieścich, a nawet w... organizacji balów.

Kawalerowie jak z żurnala

Bywało różnie, ale tego fatalnego roku 1949 nie dość, że przegraliśmy w szóstkach (rywalizowaliśmy jak Cambridge i Oxford w regatach łodzi wiosłowych), to w dodatku zwycięscy wymyślili sobie przygotowanie Balu Morskiegoi zaproszenie w swej "łaskawości" pokonanych, czyli nas, aby do woli sycić się wygraną. Owszem, przyjęliśmy zaproszenie (bo czemu nie?), chociaż nasi przeciwnicy nie zdawali sobie sprawy, czym to naprawdę grozi. Najwyraźniej zapomnieli o mundurze, za którym "panny za mundurem sznurem", a zwłaszcza za mundurem marynarskim kroju oficerskiego. Niektórzy z nas naszywali sobie na rękawy kurtek dodatkowo nieco szersze paski, oznaczające kolejny rocznik. Gdy nie było w pobliżu przełożonych, tytułowaliśmy się "porucznikami", szczególnie w obecności panien, u których znajdowało to uznanie.

W ten właśnie sposób pojawiliśmy się na balu, my, podchorążowie Marynarki Wojennej w "oficerskich" mundurach z dodatkowo z rozszerzonymi u dołu spodniami (mieliśmy takie wycięte z tektur "rozszerzacze", którymi formowaliśmy dół spodni, oczywiście nieregulaminowo, ale za to nader efektownie). Fotografa przy tym nie było, ale nawet gdyby był, to na pewno nie zrobiłby tych wszystkich ujęć, nie objąłby oczu panien, które nas, podchorążych OSMW, omdlewająco omiatały wzrokiem, dając zarazem jednoznaczną zachętę, aby zaprosić je do tańca.

Trudno zatem się dziwić, że już w pierwszych minutach rozpoczynającego się balu dochodziło do tzw. incydentów i nieporozumień, które kończyły się jednoznaczną zachętą: "Wyjdź na zewnątrz! Czekam !" Próżno koledzy odwodzili. Próżno błagały panny. Na szczęście do konfrontacji dochodziło poza budynkiem, w ogrodzie. Wygląd powracających na salę balową przeciwników dawał do zrozumienia, kto przegrany, a kto zwycięzca. Panny, jak to zawsze bywa, wybierały zwycięzcę. Dodajmy, najczęściej podchorążych OSMW.

Taki to właśnie był "Bal Morski 1949". Nie porażał wystojem sali, atmosferą, no i w ogóle. Po prostu był, jakich wiele.

Kto wymyśla, ten robi

Rok później przyszła nasza kolej na zorganizowanie zabawy. Padło hasło, że musimy zrobić "bal nad bale" - taki, który rzuciłby na kolana naszych rywali. Długo, oj bardzo długo nad nim deliberowaliśmy. W te dyskusje włączyli się równiez kursanci - oficerowie OSMW. Wreszcie padła propozycja (mojego autorstwa), że powinniśmy zrobić "Bal na dnie morza"!

Niestety, jak to zwykle bywa, ten, który rzuca projekt staje się jego wykonawcą. Oczywiście nie sam, bo przydano mi całą grupę co bardziej uzdolnionych artystycznie podchorążych, którzy po zajęciach włączali się do pracy. Mnie zaś wyróżniono zaszczytem, (a bodajże karą), zwolnienia z zajęć na okres półtora miesiąca. Koledzy zazdrościli, tylko czego tu zazdrościć, skoro i tak musiałem odrobić absencję na zajęciach...

Jeszcze bal się nie zaczął, a już było o nim głośno. To zobowiązywało i mobilizowało. Komendant OSMW przeznaczył odpowiedni fundusz na zakup tektury, brystolu, pędzli, farb, pergaminu i wszystkiego, co było nieodzowne do zrealizowania scenerii "Balu na dnie morza". Od białego rana (jeszcze daleko było do gimnastyki i do śniadania) ślęczałem nad szkicami rzucanymi na papier do pakowania. Na podium scenicznym zaprojektowałem, a jakże!, Neptuna, który na rydwanie ciągnionym przez koniki morskie, wówczas zwielokrotnione do rumaków morskich, otoczony syrenami i delfinami wytaczał się z czeluści muszli.

Był to akcent główny scenerii, ale przecież nie zasadniczy. Pod sufitem auli rozpięliśmy ogromną sieć rybacką, pod którą z barwnie kraszonej papieroplastyki szczerzyły zęby aligatory, piranie, ryby-diabły i inne morskie potwory. Znalazło się też miejsce dla naszej rodzimej fauny w postaci fląder, dorszy, cert, (kto pamięta, jaka to była pyszna ryba?). Nie zabrakło też przerażającego głowonoga - kałamarnicy.

Z kolei na ścianach można też było dostrzec karykatury naszych wykładowców, wspaniale wkomponowane. W jednym z rogów sali znaleźli się piraci, których przerażający widok ekscytował zauroczonych gości.

O właśnie! Prawie o nich zapomnieliśmy! Otóż podchorążowie OSMW zaprosili na bal wszystkie okoliczne żeńskie licea! Panny przybyły gremialnie pod "eskortą" swoich nauczycielek. I to one wchodząc na salę balową wydawały okrzyki w rodzaju: Ach! Och!
Oto nam właśnie chodziło.

Batyskaf Piccarda, z którego okna wydawano piwo i lemoniadę, może nie aż tak zaprzątał umysły dziewcząt, co dobra orkiestra, a zwłaszcza śpiewający zespół podchorążych. Jedno i drugie wprowadzało nastrój do tańca. Oczywiście, zaprosiliśmy naszych rywali z PSM-ki. Nie, nie! Żadnych burd, bo przecież podchorąży, przyszły oficer, to jednak dżentelmen. Przyjęliśmy ich godnie, po przyjacielsku, akcentując jednak, że nie mają żądnych szans, gdy chodzi o zaproszone przez nas panny. Byliśmy na swoim terenie.

Miłość w gabinecie pełnym gwiazd

Wreszcie zaczął się bal. Obecna na nim kadra oficerska poprosiła przybyłe ze swoimi wychowankami panie dyrektorki i nauczycielki do rozpoczynającego zabawę poloneza, a następnie do mazura. No, no! Tego my, podchorążowie, się nie spodziewaliśmy. Podziwiając, próbowaliśmy wraz z wybranymi pannami, naśladować starszych, ale nie zawsze to wychodziło. Gdy wreszcie zmęczona kadra zasiadła przy stołach, opanowaliśmy parkiet. Boogie-woogie, tango, walc, no i jeszcze fokstrot. Prosiliśmy do tańca najpiękniejsze panny, zabierając je sprzed nosa rywalom z PSM-ki. "Bal na dnie Morza" był przecież NASZYM balem! Większość tych cudnych dziewcząt stała się w przyszłości naszymi małżonkami. Między innymi i ja znalazłem swoją połowicę Danutę.

Poza tańcami w sali było też zwiedzanie gabinetów naukowych. Niektóre z nich, zwłaszcza nawigacyjny i astronomiczny były wprost oblegane. W tym ostatnim cała ściana wymalowana była na niebiesko, do tego widniały na niej wszystkie najważniejsze konstelacje gwiezdne, które zresztą objaśnialiśmy zaproszonym pannom i ich "eskorcie".

Czyż może być coś piękniejszego aniżeli zakochanie się wśród gwiazd?!

To był bal! "Bal na dnie morza", który zaowocował nie tylko małżeństwami, lecz także swoistym mitem, legendą, która trwała przez kolejne lata, a być może wśród tych, którzy na nim byli, trwa do dnia dzisiejszego...?

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie