Margareta Kanefke - piękna córka rybaka z Jelitkowa

Barbara Szczepuła
- Wujas Kanefke był rybakiem z krwi i kości - Dieter przy łodzi rybackiej swojego wuja. Lata 60.
- Wujas Kanefke był rybakiem z krwi i kości - Dieter przy łodzi rybackiej swojego wuja. Lata 60. Fot. Archiwum prywatne
Udostępnij:
O Margarecie Kanefce, pięknej córce rybaka z Jelitkowa, o ojcu Dietera Rosenberga, odnalezionym po latach...

Gerd Rosenberg, żołnierz Luftwaffe, pojawił się w Glettkau (Jelitkowie) w czterdziestym roku. Może z lotniska w Langfuhr, gdzie stacjonowała jego jednostka, przyjechał na popołudniową kawę do Kurhausu, pełnego młodych kobiet w lekkich kwiecistych sukniach? A może na plażę? Może więc było tak, że Gerd z kolegami siedział na białym piasku, wśród suszących się sieci rybackich, i patrzył na zatokę, ale nie na okręty Kriegsmarine na redzie, lecz na kąpiące się dziewczyny. Jedna z nich szczególnie przyciągnęła jego wzrok.

Na imię miała Margareta i była córką rybaka Gustawa Kanefke, ale dla Gerda była Afrodytą wyłaniającą się z morskiej piany. Jasne włosy przylegały do twarzy, mokry kostium kąpielowy uwydatniał jej świetną figurę. Śmiała się radośnie do swoich towarzyszek, przeskakując fale. Nie wiemy, czy pisarz sztabowy z Luftwaffe widział kiedyś reprodukcję obrazu "Narodziny Wenus", na którym Sandro Botticelli namalował piękną, nagą kobietę, płynącą w wielkiej muszli ku brzegowi, ale nawet jeśli nie widział, zobaczył teraz. Żadnej muszli oczywiście nie było, ale to dobrze, bo muszle, zdaniem rybaków, przynoszą nieszczęście i nigdy, przenigdy w domu rybaka nie znajdzie się nawet najmniejszej muszelki

Czytaj także: Dziewczynka na plaży

Niebawem Gerd i Margareta wzięli ślub, choć się nie obyło bez trudności. Kanefkowie byli katolikami, pochodzący z Hamburga Rosenberg ewangelikiem. Był jednak tak zakochany, że zmienił wyznanie i ceremonia zaślubin odbyła się w oliwskiej katedrze. W Glettkau była wprawdzie kaplica pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła (Piotr, jak wiadomo, był rybakiem), zbudowana w latach 20., staraniem tutejszych rybaków, w tym oczywiście Kanefków, ale większe uroczystości odbywały się w Oliwie.

Dieter urodził się w 1943 roku, a więc po bitwie pod Stalingradem, gdy Niemcy zaczęli już słabnąć i przegrywać wojnę, i wkrótce jego ojciec wysłany został na front. Dziś nikt już nie przypomina sobie, na który, pewne jest tylko, że nie na wschodni. A tam, na froncie wschodnim, właśnie walczyli czterej synowie Gustawa Kanefke.

Czytaj także: Siostra biskupa szoruje podłogi

W Glettkau, w małym domu rybackim, przy ulicy Dorfstrasse, został tylko piąty syn, Karol, którego jako jedynego żywiciela rodziny do wojska nie wcielono. No i Margareta, po mężu Rosenberg.
Mieszkali w dwóch izbach z Karolem, jego żoną Janiną i ich o 10 lat od Dietera starszym synem Hubertem. Pielęgnowanym przez Dietera Rosenberga wspomnieniem jest scena, gdy stoi z babką pod szpitalem zakaźnym w Oliwie (właściwie była to szkoła zamieniona na szpital), a babcia podnosi go i pokazuje umierającej mamie. Nie mógł tego pamiętać, ale Gertruda często wspominała o tym ostatnim widzeniu z córką, więc wydaje mu się, że ma je w oczach. To był rok 1944, Margareta i jej ojciec wkrótce zmarli na tyfus. Dieter został z babką, Gertrudą Kanefke.

***
Wojna się skończyła, ale żaden z braci Kanefków nie wrócił do Glettkau. Nie wrócił też Gerd Rosenberg. Babka Gertruda stawała na wydmach i patrzyła w morze, jakby się spodziewała, że synowie i zięć stamtąd przypłyną. Jej oczy szarzały coraz bardziej i wreszcie nabrały koloru wody w zatoce. Od wylanych łez.

Słała listy do Czerwonego Krzyża i otrzymywała stamtąd same złe wieści. Wszyscy synowie polegli, a co się stało z zięciem - nie wiadomo. I mogła już tylko powtarzać za Hiobem: "bodajby przepadł dzień, w którym się urodziłam, bodajby ogarnęła go ciemność i cień śmierci, i położyła się na nim gradowa chmura, i zatrwożyły go zaćmienia słońca (…) Po co światło człowiekowi, który nie wie, dokąd iść, którego Bóg zewsząd osaczył?".

Wkrótce pod domy rybaków przy ulicy Dorfstrasse, którą nazwano Bałtycką, zaczęły podjeżdżać ciężarówki.

Wysiedlano Niemców.
- Wywożą, gdzieś na zachód wywożą, mein Gott, co teraz będzie - przekazywali sobie z ust do ust straszną nowinę mieszkańcy Jelitkowa.

- Dobrze, że nie na wschód - dodawali ci, którzy spotkali się bezpośrednio z Armią Czerwoną.
Jakże to tak, opuszczać rodzinne strony i jechać w nieznane? Czy tam, gdzie nas rzucą, będzie morze? Jeśli nie, to jak zarobimy na życie, skoro z dziada pradziada łowimy ryby?
Żołnierze wyciągali z domów starców, kobiety, dzieci i ładowali na samochody. Przyszła też kolej na Gertrudę Kanefke z małym Dieterem.
- Szybko, szybko, nie ociągać się.

Gertruda płacze, ale się nie odzywa, bo nie zna polskiego, płacze też Dieter, który ma na piersiach tabliczkę z imieniem i nazwiskiem, więc już pakują ich na wóz, a wtedy zdesperowana ciotka Janina Kanefke, żona wuja Karola, która pochodzi z Kornego koło Kościerzyny, krzyczy trochę po polsku, trochę po kaszubsku: - To Polacy! Dituś, mów pacierz po polsku, mów pacierz, Dituś, przecież umiesz… I wtedy chłopiec, którego ciotka od pewnego czasu uczyła po polsku "Ojcze nasz" na wszelki wypadek, tak jak wcześniej Żydówki uczyły swoje dzieci pacierza z obawy przed Niemcami, zaczyna szeptać: Ojsze nas, którysz jeszt…
- Widzicie, że to Polacy! - woła ciotka i wtedy pojawia się milicjant z posterunku w Jelitkowie, porządny człowiek, patrzy na starą kobietę i malutkiego chłopczyka i mówi: - Ja ich znam. To Polacy. Zostawcie ich.

Na pytanie, czy Kanefkowie byli Polakami, czy Niemcami, odpowiedź brzmi: byli hiesige (tutejsi). Życie upływało im w Glettkau. Tu się rodzili, łowili ryby, żenili się, płodzili dzieci i umierali. Nie wyjeżdżali stąd, bo po co? Najwyżej do Oliwy. W dzień powszedni na targ, by sprzedać rybę (tak robiła babcia Gertruda przed wojną), w niedzielę i święta na mszę do katedry. Czasem do krewnych do Brzeźna, do Sopotu albo na Kaszuby. A teraz wywożono ich w nieznane, by zrobić miejsce dla ludzi zza Buga, też wyrzuconych ze swoich domów, chat i przysiółków, którzy pchali się drzwiami i oknami do skromnych rybackich domów, bo chcieli znaleźć jakieś miejsce do życia. A domy były stare, parterowe, z wysokimi dachami, wrastały z roku na rok coraz głębiej w ziemię, jakby chciały schronić się przed wiatrem wiejącym od morza. W dwuizbowych mieszkaniach musiały się zmieścić liczne, wielopokoleniowe rodziny. I jakoś się mieściły.

Dieter pamięta sąsiada K., który chodził po domach i zabierał rybakom różne rzeczy. Im na przykład zabrał narty, a narty te nie służyły wcale, jak dziś, do rekreacji. Przypinało się je do butów, na plecy zarzucało kosz z rybami i jazda… Gdy babcia zobaczyła przez okno, że K. nadchodzi, a cioci akurat nie było w domu, chowała się z Dieterem za szafą i nie otwierała drzwi.

***
Karolowi, choć nie znał ani słowa po polsku, udało się zostać w Jelitkowie, bo miał żonę Kaszubkę, tę właśnie, która uratowała przed wywózką jego matkę i Dietera.
- Wujas Kanefke był rybakiem z krwi i kości - opowiada mi Dieter. Siedzimy w ogródku przed domem przy Bałtyckiej, obserwując plażowiczów rozgrzanych słońcem. Elżbieta, żona Dietera, smaży flądry, bo rodzina zejdzie się na imieninowy obiad. Z siedem kilogramów musi usmażyć, albo i więcej.

- O morzu i o rybach wujas wiedział wszystko - ciągnie Dieter, popijając kawę w cieniu gruszy. - Skąd wiedział? Od swojego ojca, a on od swojego, i tak od pokoleń. Wiedział, gdzie i o jakiej porze pojawi się ławica śledzi, gdzie są flądry, a gdzie dorsze. Kiedy płynąć w stronę Sobieszewa, kiedy w morze. Niby każdy rybak to wie, ale on wiedział lepiej. Wszyscy chcieli z nim pracować, żeby poznać jego sekrety, ale nikomu się to nie udało. Tajemnice połowu ryb przekazuje się tylko najbliższej rodzinie. Karol codziennie słuchał prognozy pogody dla rybaków nadawanej przez radio. Słuchał niemieckiej stacji, bo polskiego nie znał i nigdy się nie nauczył, choć przeżył w PRL przeszło 30 lat. Zmarł w 1976 roku. Pływał z rybakiem T., którego znał sprzed wojny, więc problemu językowego nie było. Potem łowił ryby z synem.
Msza święta w kościele odprawiana była po łacinie, więc też nieznajomość polskiego nie była dolegliwa. Gorzej było po Soborze Watykańskim II, gdy wprowadzono do liturgii języki narodowe, ale i to musiał jakoś przeżyć.

Karol Kanefke nie ruszał się właściwie poza Jelitkowo. Kiedyś pojechał do Władysławowa po nową łódź, kiedyś do Brzeźna do znajomego, który przerabiał mu silnik samochodowy na silnik do łodzi. No i pewnego dnia musiał zacząć chodzić codziennie do Sopotu, bo władze, chcąc mieć rybaków na oku, kazały im trzymać łodzie właśnie na plaży w Sopocie.
Sprzedaż ryb i kontakty z urzędami załatwiali żona i syn. A on robił to, do czego był stworzony - łowił.
Interesowało go tylko morze.

Dieter Rosenberg widzi go, jak podczas sztormu stoi z papierosem w ustach na wydmie i patrzy w wody zatoki. Godzinami. Tak jakby mu ciągle tego morza było mało, jakby nie mógł się nim nigdy nasycić, jakby stale je pragnął podziwiać, czuć jego potęgę.
Widzi też zniszczone wyciąganiem ciężkich sieci ręce wuja. Widzi jego osmaganą wiatrem i pomarszczoną twarz.
Gdy z wieczora wuj nastawiał swojego telefunkena, w domu musiała panować absolutna cisza. Jeśli prognoza pogody była pomyślna, wstawał o drugiej w nocy, wkładał wysokie gumowe buty, golf z owczej wełny, który zrobiła mu żona na drutach, gumową zudwestkę i kapelusz. Janina przygotowywała mu coś ciepłego do zjedzenia i żegnany cichym "z Panem Bogiem", wychodził na plażę i spychał łódkę na wodę.

Gdy nie mógł sobie z łodzią poradzić, Janina budziła chłopca: leć, pomóż wujowi, patrz, jak oni się tam męczą - narzekała, bo dopóki mąż nie odpłynął, nie spuszczała go z oczu.
Gdy nie wracał o określonej godzinie, gdy nagle wiatr się zerwał, nadszedł sztorm, biegała od okna do drzwi, odmawiając różaniec, wybiegała na wydmy i oczy wypatrywała, szukając choćby drobnego punku na horyzoncie. - Weź lornetkę - prosiła Dietera, szybciej coś zobaczysz.
Razem patrzyli w morze.

Dwudziestego drugiego kwietnia zawsze uroczyście obchodzono urodziny Janiny Kanefkowej. Karol łowił dla niej śledzie. Któregoś roku trafił na taką ławicę, tyle ryb wyciągnął, że o mało łodzi nie zatopił.
Wózkiem zrobionym domowym sposobem, który miał koła z wuefemki, Dieter woził ryby do centrali rybnej, a ciotka pilnowała, by wagowy nie oszukiwał. Dieter pamięta też, że babcia Gertruda sprzedawała ryby w przydomowym ogródku. Te dla stałych klientów, pozawijane w gazety, leżały od rana w skrzynce i - ponieważ ciągle żyły - podskakiwały od czasu do czasu.

Największy tłok był zawsze w piątki, bo większość kobiet przyrządzała tego dnia ryby na obiad.
Dieter razem z ciotką rozplątywał sieci, rozwieszał je na plaży, żeby wyschły, naprawiał. Ciotka była dobra, nie może powiedzieć złego słowa, wychowywała go przecież po śmierci babci Gertrudy, ale czasem straszyła: jak jeszcze raz mi to zrobisz, to oddam cię do domu dziecka. Nie było większej groźby, ten dom dziecka śnił mu się po nocach i budził się wtedy zlany potem.

Marzył, że kiedyś ojciec odnajdzie go i zabierze do siebie, ale ojciec się nie odezwał. Po latach Dieter dowiedział się, że kilka lat po wojnie Gerd Rosenberg napisał do teściowej list. Prosił o akt zgonu żony. Babcia wysłała z dokumentem zdjęcie Dietera w nowym, eleganckim sweterku. Ale Gerd już więcej się nie odezwał.

- Pewnie się ożenił po raz wtóry - mówiła ciocia Janka, ale Dieter nie wierzył, że ojciec żyje. Gdyby żył, na pewno by po niego przyjechał.

***
Było ciepłe popołudnie, Dieter rozwieszał na plaży sieci, gdy nagle zawołał go wuj Karol: - Leć, bo twoja siostra przyjechała.
Siostra?
Obok ciotki Janki siedziała ładna, wysoka dziewczyna. - Bärbel Rosenberg - przedstawiła się. - Jesteś moim przyrodnim bratem.

Bärbel była enerdowską sportsmenką i przyjechała do Polski na zawody. Już wcześniej znalazła jakieś dokumenty ojca i wypytała go o poprzednie małżeństwo i syna. No i teraz przyjechała. Jest. Siedzi. Patrzy. Mówi, że ojciec żyje. Mieszka w Hovelbergu w DDR. Zaś Dieter ma trzy siostry: Bärbel, Krystynę i Heike. I brata Franza.
Dieter wzruszył się, choć już był z niego stary chłop, po wojsku. Szykował się do ślubu. Bo żeby tak jednego dnia cała liczna rodzina się odnalazła!
Po roku zjawił się ojciec.

Uściskali się. Ojciec opowiadał, że w 1944 roku zdezerterował i uciekł do Amerykanów. Miał już dość wojny. Dowiedział się, że Margaret nie żyje (och, jaka ona była śliczna - wzdychał, widać było, że ją kochał), i ułożył sobie życie z inną kobietą. Zamieszkał w Saksonii i zaczął robić partyjną karierę.
- Kommunismus must siegt - powtarzał chłopom, których kolektywizował, bo uważał, że to odpowiednia droga rozwoju dla Niemiec i całej Europy. Ba, dla całego świata. Ciemni niemieccy chłopi gonili go z widłami, ale partyjni koledzy doceniali wysiłki Gerda, więc szybko awansował. Doszedł do stanowiska sekretarza powiatowego.
Polubił swoje nowe wcielenie.

- Mercedes to jest scheisse-auto - tłumaczył żonie Dietera, Elżbiecie - a trabant: superauto.
Właśnie trabantem przyjechał.

O swoim synu Franzu milczał, bo ten zrobił mu straszne świństwo. Uciekł do RFN przez zieloną granicę! Do kapitalistów! Tego Dieter dowiedział się od sióstr.
Dieter słuchał i słuchał, ale nigdy nie zapytał ojca o to, co go naprawdę interesowało: Dlaczego przez tyle lat się do niego nie odezwał?

Nie opowiedział też ojcu o tym, że w marcu 1968, gdy był laborantem na Politechnice Gdańskiej (krótka przerwa w życiorysie rybaka zatrudnionego w Dalmorze), został aresztowany razem z kolegami studentami. Wiedział, że ojcu to by się nie spodobało. Sprzeciw wobec polityki partii i rządu?! Co za głupie fanaberie?!

Nie był już zresztą sam. Miał młodą żonę i synów. Ożenił się z Elżbietą, której rodziców wiatr historii przygnał tu ze wschodu i którzy na łące, gdzie stoi dziś hotel Posejdon, hodowali krowy i świnki.
W pokoleniu urodzonym podczas wojny i po wojnie nie było już niechęci między tutejszymi a przybyszami.
Soki się wymieszały.

***
Gerd Rosenberg aż do końca pozostał wierny partii. Zmarł w domu starców w Hovenbergu, nie rozumiejąc, co się dzieje, dlaczego właściwie mur berliński został zburzony i czemu rozkochani w socjalizmie enerdowcy uznali nagle trabanta za scheisse-auto.

[email protected]

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

b
bacha
Jak dziwnie układają się ludzkie losy,
jestem mieszkanką Żabianki i często spaceruję w tych okolicach,
zastanawiałam się właśnie nad tym jak żyli mieszkańcy w tych
malutkich domkach,i ta opisana historia bardzo mi się podobała,
bo pokazała nam codzienne życie rybaków ich trud pracy,wzajemne kontakty
sąsiedzkie i dalsze losy opisanej rodziny,na pewno podobne problemy
dotyczą wielu rodzin...
serdecznie dziękuję autorce tego artykułu .....pozdrawiam...bacha
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie