Marcin Oroń: Kiedyś chciałem zbawić świat. Dziś wiem, że to niemożliwe

rozmawiała Gabriela Pewińska
- Lata temu zacząłem grać jako DJ i zbierać płyty. Mam pokaźne zbiory winyli z całego świata - mówi Marcin Oroń mixtone
Mówi, że jego największe pasje to muzyka i pomoc innym. Z Marcinem Oroniem, znanym jako DJ FALA MESSENGER, rozmawia Gabriela Pewińska.

„Ważne, by być w sercach ludzi, a nie na plakacie” - to Pana motto.

Tak, ta myśl po prostu do mnie pasuje. Charakteryzuje ideały, które wpojono mi, gdy byłem w harcerstwie. Mój drużynowy Marek Kaczanowski nauczył mnie, że trzeba pomagać innym. Nie powinno się natomiast, niejako w zamian, liczyć na nagrodę, pochwały i sławę z tego tytułu. To jest oczywiście miłe, ale nie najważniejsze. Moje życie to dwie pasje: muzyka i działalność społeczna. One mnie prowadzą, wyznaczają drogę. Od wielu lat staram się czynić dobro dla innych.

Skąd u Pana ta potrzeba?

Czułem to od zawsze. Pochodzę z rozbitej rodziny. Ojca nie znałem. Mama zmarła, gdy miałem 13 lat. Dzięki Bogu zajęła się mną babcia. A potem, jako zbuntowany nastolatek, miałem wybór: ulica albo harcerstwo. Wybrałem harcerstwo. Jestem instruktorem ZHP w stopniu przewodnika, od 20 lat działam w 7 Gdańskiej Integracyjnej Drużynie Harcerskiej „KEJA”, gdzie razem z ludźmi niepełnosprawnymi intelektualnie jeździmy na obozy, zimowiska, zdobyliśmy nawet Koronę Gór Polski, działamy społecznie. To właśnie harcerstwo, poprzez festiwale, przeglądy, manewry, rajdy, obozy, które organizowaliśmy, nauczyło mnie życia. Tu spotkałem ludzi, którzy mnie ukształtowali.

Miał Pan szczęście. Los mógł Pana skierować na inną drogę.

Nie wierzę w przypadki. Wciąż dziękuję Bogu, że spotkałem w swoim życiu tylu dobrych ludzi. Życie mocno mnie doświadczyło, ale dostałem szansę. Co ważne, nie odtrąciłem jej. Jeśli ktoś chciał mi pomóc - ufałem mu. Teraz ja rewanżuję się pomocą.

Między innymi wspiera Pan Fundację Hospicyjną.

To dla mnie zaszczyt. W pewnym sensie spłacam dług. Kiedy moja mama chorowała na nowotwór, pamiętam, jak do domu przychodzili lekarze i pielęgniarki z hospicjum, by ulżyć jej w cierpieniu. Gdy dorosłem, wydawało mi się naturalne, że mogę się odwdzięczyć za okazane wtedy serce, czy to prowadząc licytację na rzecz hospicjum, czy jako DJ, kierując imprezami typu Hip-Hopowy Mikołaj.

Wdzięczność... ona Panem kieruje?

Raczej misja. Wiara. Chrześcijańskie ideały, którymi kieruje się harcerstwo. Według prawa harcerskiego, harcerze są dla siebie braćmi. Wśród moich przyjaciół wielu jest ludzi zaangażowanych w stowarzyszenia czy fundacje pomocy innym. Nie wyobrażam sobie, by siedzieć z założonymi rękoma i nic nie robić. Ja wybrałem muzykę. Jestem DJ-em, selektorem, wodzirejem, konferansjerem, organizatorem imprez charytatywnych oraz wydarzeń muzycznych i tanecznych. To jest całe moje życie. Grałem kilka razy na finale Odysei Umysłu oraz na wielu turniejach tańca hip-hop i dancehall. Organizowałem Wspólny Mianownik, Hip-Hopowego Mikołaja, DJ Days, a także Real Roots, czyli after party po Festiwalu Gdańsk Dźwiga Muzę. Mimo to długo czułem się zagubiony. Czegoś w tym wszystkim brakowało…

Kiedy nastąpił przełom?

Któregoś dnia przyszedł do mnie z wizytą duszpasterską ksiądz Wiesław z parafii świętego Ignacego Loyoli w Gdańsku. Spytał, czym się zajmuję. Odparłem: „A ma ksiądz dużo czasu?”. Powiedział, że może mieć. W telegraficznym skrócie opowiedziałem o tym, co robię. Wrócił wieczorem, już po zakończeniu kolędy, by porozmawiać dłużej. Zaproponował występ dla kandydatów do bierzmowania. Moi przyjaciele Edzio (rap) i Elf (beatbox) zgodzili się ze mną wystąpić. Tak to się zaczęło. Potem zorganizowałem koncert TAU, a w ostatnią Niedzielę Palmową graliśmy dla młodych w auli im. Jana Pawła II. Zaprosił nas ksiądz Krzysztof Nowak, organizator Światowych Dni Młodzieży na Pomorzu. Przed nami Odyseja Umysłu i Wieczór Modlitwy Młodych, gdzie będziemy rapowali, skreczowali, beatboksowali dla tysiąca ludzi. A w lipcu Światowe Dni Młodzieży.

Nigdy nie odmawiał Pan pomocy?

Kiedyś nigdy. Ale bardzo cierpiała na tym moja rodzina, żona i synek. Nagle okazało się, że mam czas dla wszystkich, tylko nie dla najbliższych. Druga sprawa to sytuacje, gdy podczas imprez wszyscy dostawali pieniądze, tylko nie ja. To była bolesna lekcja. Uważam, że w działalności na rzecz innych muszą być czyste zasady. Albo zarabiamy wszyscy, albo nikt. Już nie mam oporów, by mówić o tym wprost. Trzymam się słów mojego drużynowego: „Nie można pomóc wszystkim”. Kiedyś chciałem zbawić cały świat! Dziś wiem, że to niemożliwe. Lepiej robić porządnie kilka rzeczy niż mnóstwo - po łebkach. Gdy chcemy być wszędzie - nie ma nas nigdzie. Poza tym trzeba najpierw zacząć zmiany od siebie. To trudne, ale cały czas staram się to czynić.

Wyznacza Pan sobie jakieś granice działania na rzecz innych?

Fundacja Integracyjna „FALA”, którą zakładam z grupą znajomych, będzie nowym otwarciem. Projekt zakłada działalność muzyczną i charytatywną oraz ewangelizację poprzez rap, muzykę i taniec. Te granice, o których pani mówi... Uczę się tego. Jeśli jadę na urlop, to staram się wyłączać telefon. Nie jest to łatwe, na szczęście mam cudowną żonę, która mnie wspiera. Pomaga mi podejmować właściwe decyzje. Do wszystkiego podchodzę bardzo emocjonalnie. Śmieję się, że Pan Bóg posyła mnie na trudne odcinki.

Wszystko, co zrobił Pan w życiu - był Pan nauczycielem, ratownikiem przedmedycznym, instruktorem ZHP - ma cechę wspólną - służyć innym.

Mój pseudonim FALA wziął się z harcerstwa. Tak na mnie mówili, gdy jeszcze miałem afro na głowie. Moje życie to też są przypływy i odpływy. Bazą było harcerstwo. Lata temu zacząłem grać jako DJ i zbierać płyty. Mam pokaźne zbiory winyli z całego świata, ale znam takich, którzy mają ich kilkadziesiąt tysięcy, na przykład Druh Sławek, legenda polskiego hip-hopu. Przez kilka lat uczyłem młodzież podstaw DJingu w Scenie Muzycznej Gdańsk. Uświadamiałem im, dlaczego płyta winylowa, będąca dla nich artefaktem, jest tak ważna. Staram się też w tych rozmowach z młodymi zmieniać fałszywy wizerunek hip-hopu. Że to nie „ziomki stojące pod blokiem, palące marihuanę”, ale muzyka, taniec, sztuka uprawiana na całym świecie. Jej przedstawicielami są tacy ludzie jak TAU, najbardziej znany raper chrześcijański w Polsce. Dla mnie hip-hop to droga na dobrej fali.

Dobra energia?

Mój pełny pseudonim to DJ FALA MESSENGER. Chodzi o „message”, pozytywny przekaz. Początki hip-hopu to lata 70. XX wieku. Biedne dzielnice USA, gdzie narodziły się graffiti, beatbox, DJing, rap, breakdance. Młodzi mieli dzięki temu alternatywę. Mamy wolny czas, energię, wykorzystajmy to w ciekawy sposób. Pojedynek na rymy, figury, skrecze, zamiast bić się, czy strzelać do siebie. Muzyka w ogóle jest dobrą energią. Bardzo pomocna, by uczyć ludzi, także tego jak być prawdziwym człowiekiem.

Niedawno hucznie obchodził Pan 35 urodziny. Z tej okazji zorganizował Pan koncert, na którym główną gwiazdą był TAU. Czego Pan sobie życzył?

Nawet nie miałem czasu o tym pomyśleć… Ale chciałbym wciąż płynąć na dobrej fali, pamiętając, żeby robić swoje. Tyle.

O czym Pan marzy?

Żeby wszyscy byli szczęśliwi (śmiech). Może tak: żebym mógł zawsze pomagać innym, a jeśli ja kiedyś będę w potrzebie, żebym otrzymał pomoc od dobrych ludzi. Spotkałem ich wielu na swojej drodze.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Karolina

Wspaniały człowiek!! życzę powodzenia i wielu naśladowców ;)

Dodaj ogłoszenie