reklama

Majdan bez pomarańczy

Irena ŁaszynZaktualizowano 
Pomnik Matki Ojczyzny postawiony w roku 1981 miał przysłonić Kijowsko-Peczerską Ławrę. Konstrukcja ma 108 metrów, a w środku Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej Irena Łaszyn
Pięć lat po pomarańczowej rewolucji Kijów znów rozstawia namioty. Złości się na kryzys, Juszczenkę i Lady Ju. Rzecz o protestach, złotych kopułach, czarnych hummerach i pierogach z wiśniami.

Najlepsi złodzieje są na dworcu Kijów Pasażerski. Tam, gdzie przyjeżdżają najwięksi frajerzy. Tacy, co to natychmiast po opuszczeniu pociągu wymieniają zachodnią walutę na hrywny, chowają pieniądze do kieszeni w spodniach, wdają się w pogawędki z uprzejmymi tubylcami, zadzierają głowy do góry, podziwiając wypucowane ściany i sklepienia. I jeszcze powiedzą "przepraszam", gdy nieoczekiwanie zrobi się tłok i zaczną na kogoś (a może ktoś na nich?) wpadać. Złodzieje nie muszą się więc specjalnie wysilać, by opróżnić kieszenie w bojówkach frajera. Zanim dojdzie taki do stacji metra, nie ma już swojej wymiany, nie ma powrotnego biletu na pociąg do Polski i nie ma 1,70 hrywny na żeton.

Dobrze, gdy ma zaskórniaki. Bo jeśli ktoś zadowoli się najtańszą kwaterą, nie będzie jadać w lokalach i korzystać z nadmiernych uciech, tydzień w Kijowie spędzi za bezcen. Pod warunkiem, że woli cerkwie i sobory od kawiarnianych ogródków, wysoki (i niemiłosiernie zaśmiecony) brzeg Dniepru od rejsu na "kijowskie morze", darmowe koncerty na Majdanie Nezałeżnosti od opery. A zaskórniaki są zagraniczne i wynoszą kilkaset złotych.

Hrywna leci bowiem na łeb, na szyję. Jeszcze wczoraj dawało się 8,2 za dolara, dziś trzeba dać 8,6. Ceny w ciągu kilku miesięcy podskoczyły blisko o 20 proc. Płace spadły o ponad 11 proc. A i tak większość Ukraińców nie dostaje pensji. Oficjalnie zaległości wobec pracowników wynoszą 1,6 mld hrywien, nieoficjalnie - 3,5 mld. Kraj się burzy, protestuje i wiecuje. Wiesz, co to brak pieniędzy i chcesz pokrzyczeć na władzę? - dołącz do którejś z grup. Niemal każdego dnia spotkasz kogoś z transparentem.

Jeśli nie chcesz protestować, możesz żebrać albo kraść. Ale uważaj: Trzy miesiące temu przepisy się zaostrzyły. Już za cudzą kaczkę czy komórkę można dostać trzy lata więzienia. Państwo wydało wojnę drobnym złodziejaszkom.

Niestety, najwyraźniej zapomniało o tych z wyższej półki. No i o tych z dworca.

Największy szpan z polityką w tle

jest na Chreszczatyku, głównej arterii miasta. Ulicą suną limuzyny, mercedesy i hummery z przyciemnianymi szybami. Parkują nonszalancko na chodnikach, tuż przed markowymi sklepami, w których zwykły T-shirt kosztuje ok. 100 dolarów. Tyle co najniższa pensja. Jeśli w ogóle jest. Z samochodów wysiadają długonogie dziewczyny w mini i botkach za kolana, obowiązkowo na kilkunastocentymetrowych obcasach. Wchodzą do środka, biorą naręcze ciuchów, wychodzą i wsiadają do swych czarnych połyskliwych wozów, kierowanych przez młodzieńców w czarnych garniturach i czarnych okularach.

Czarny to ulubiony kolor kijowskiej ulicy. Pomarańczowy jest de mode. Nawet na majdanie, który pięć lat temu pokochał tę barwę, podobnie jak Wiktora Juszczenkę. Dziś Kijów znowu mówi po rosyjsku, a Juszczenki nie chce. Gazety donoszą, że popiera go raptem 4-7 procent obywateli. Zdecydowanie mniej niż Lady Ju, jak nazywają tu skłóconą z panem prezydentem panią premier. W planowanych na styczeń wyborach prezydenckich to Julia Tymoszenko ma większe szanse na wygraną, choć zdaniem niektórych zbytnio sprzyja Moskwie i prowadzi pokrętne interesy. Ona na takie słowa się oburza, a już na pewno odżegnuje od konszachtów z "regionałami", czyli prorosyjską partią Wiktora Janukowycza, który pięć lat temu przegrał, a teraz ma poparcie większe niż tamta dwójka razem wzięta.
Chyba że naród się zbiesi i postawi na nikomu nieznaną kołchoźnicę o potężnym biuście, która reprezentuje Selianską Ukrainę i nazywa się Lidia Wona. Wona to po ukraińsku "ona". A to słowo jest odniesieniem do kampanii Lady Ju i widniejących na plakatach napisów "Ona pracuje", połączone z pochwałą pani premier i rządu. Zdaniem ludu, Lidia Wona wygra, bo już w nie takich chlewach robiła porządek.

Walka zapowiada się ostra. Zwłaszcza że obóz patriotyczny nie chce złączyć sił. Po pomarańczowej rewolucji nie ma śladu. Własne kandydatury wystawiają więc często nieznane nikomu persony.

Najwięcej flag i sztandarów

można spotkać w parku Maryjskim, tuż przy gmachu Rady Najwyższej Ukrainy, a więc parlamentu. Ogólnokrajową akcję pod hasłem "Zwróćcie nasze płace" zorganizowało NFPU, czyli Narodowe Forum Związków Zawodowych Ukrainy. Związkowcy, reprezentujący 153 zakłady, rozstawili namioty, oplakatowali okoliczne drzewa i wywiesili transparenty. "Kto pracuje, musi jeść" - przypominają. Mówią o zwolnieniach i niewypłaconych pensjach. O wszechobecnej biedzie, która dotknęła 70 proc. społeczeństwa. O tym, że na jedno miejsce pracy czeka dziewięć osób.

I o tym, że trzeba na nowo określić minimum socjalne. Bo ono teraz wynosi 681 hrywien, choć powinno 1500. Zarobki są najniższe w Europie. Robotnik dostaje dwa dolary na godzinę. A w Zurychu - 23. I jak się nie burzyć?

Przed Pałacem Prezydenckim turyści pstrykają zdjęcia. Można sfotografować się z niebiesko-żółtą flagą i z tabliczką "Prezydent Ukrainy". Można sfotografować słynny Dom z Chimerami autorstwa architekta Władysława Horodeckiego, z kamiennymi wizerunkami słoni, nosorożców, krokodyli i innych zwierząt. Można - pobliską budowę. To 22-piętrowy apartamentowiec, w którym metr kwadratowy osiąga 18 tys. dolarów. Pewnie dlatego, że miejsce prestiżowe, vis-á-vis siedziby prezydenta, a w środku wszelkie udogodnienia. Nawet basen. Jeden z portali internetowych niepokoi się tylko o bezpieczeństwo głowy państwa. No bo jeśli ktoś zaplanuje zamach? "Czy można zabić wszystkich zabójców?" - pyta dramatycznie.

Tuż za płotem, pod czujnym okiem strażnika, stoi staruszka z plakatem na piersi i plakatem na plecach. "Juszczenko to złodziej" - głosi napis po rosyjsku. Ale szczegółów kobieta wyjawić nie chce. "To sprawa między mną a prezydentem" - ucina rozmowę.

Najpiękniejsze cerkwie wyleciały w powietrze,

ale potem powstały, jak Feniks z popiołów. Sobór Sofijski, wzorowany na bizantyńskiej świątyni Hagia Sofia, też sowieci chcieli w latach 30. XX wieku wyburzyć, podobnie jak inne świątynie. Ale gdy już mnichów i duchownych zesłali na Wyspę Sołowiecką na Morzu Białym, sobór - za namową bardziej światłych ludzi - zamienili w muzeum, dzięki czemu przetrwał. Po raz drugi zamierzyli się na tysiącletnią Sofię w roku 1941, usiłując ją zaminować i wysadzić, uratował ją jednak dyrektor muzeum. A może uczyniła to modląca się Bogurodzica Oranta, otoczona boskim światłem? Ta XI-wieczna mozaika stała się jednym z symboli Kijowa, a sobór wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Najbardziej złote są kopuły soboru św. Michała Archanioła, który bolszewicy wysadzili w powietrze roku 1937, a który w latach 1998-2000, po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę, został odbudowany.

Podobnie jak sobór Zaśnięcia Matki Boskiej z Kijowsko-Peczerskiej Ławry, wysadzony przez sowieckich saperów podczas wojny. Ławra jest najważniejszym i największym sanktuarium prawosławnym na Ukrainie, zajmuje 27 hektarów. Zmierzają do niej wierni z całego kraju, by się modlić, a potem, z zapaloną świecą zejść do pieczar, w których spoczywają ciała 120 mnichów i relikwie świętych. Tym świętym szczątkom trzeba się pokłonić, dotykając czołem szyby sarkofagu i prosząc o łaski.

Najwyższy kijowski pomnik to ważąca 530 ton monumentalna figura Matki Ojczyzny, postawiona w czasach komunizmu w sąsiedztwie ławry, na wzgórzu nad Dnieprem. Tak sprytnie, by mogła przysłonić monastyr. Tę 108-metrową statuę z nierdzewnej stali odsłaniał w roku 1981 sam Leonid Breżniew, sekretarz generalny KPZR. Jest tak wielka, że każdy ją wypatrzy.
Pomnik Założycieli Miasta, czyli braci Kija, Szczeka, Chorywa i ich siostry Łebid, który stanął nad Dnieprem rok później, trudno odszukać. Tylko nowożeńcy trafiają tu bezbłędnie, by zrobić sobie szczęśliwe zdjęcie. A potem pojechać do parku Chreszczatego, gdzie jest most Pocałunków, by zawiesić kłódkę na barierce. Kłódka jest symbolem wiecznej miłości. Wiesza ją każda młoda para. A jeśli kłódki nie ma, zawiązuje cokolwiek, choćby foliowy woreczek.

Największy na świecie

zegar kwiatowy znajduje się w Kijowie, na majdanie, czyli placu Niepodległości. Ma 19,5 metra średnicy i został wykonany z 50 tysięcy roślin. Powstał pod koniec sierpnia, z okazji 18 rocznicy uzyskania niepodległości i miał wyznaczać czas od wiosny do jesieni. Mechanizm sprezentował ukraińskiej stolicy szkocki Edynburg.

Niestety. "Z powodu nieodpowiedzialnych działań niektórych obywateli", jak poinformowała prasa, delikatny mechanizm przestał działać. Już podczas pierwszego weekendu. Wskazówki pojechały do naprawy, a mer Kijowa Leonid Czernowecki obiecał, że niebawem ustawi obok zegara elektroniczną tablicę. Będzie ona odliczać dni przed mistrzostwami Euro 2012.

Mer zwany jest przez kijowian Lonią Kosmos, bo pomysły ma osobliwe. Ostatnio wymyślił, na przykład, by obywatel za rozmowę z urzędnikiem płacił. Rozmowę z sobą, czyli merem, wycenił na 100 tysięcy dolarów. Nie, nie - żadna to propozycja korupcyjna. Byłyby to pieniądze "na budżet".
Najpiękniejszą ulicą jest brukowany Andrijewskij Uzwis, schodzący zakolami w dół. To taki kijowski Montmartre, na którym kupisz obraz za 400 dolarów i ręcznie malowany grzebyk za 50 hrywien. To mekka artystów, restauratorów i bezdomnych psów. Psy spotkasz w Kijowie na każdym placu i na każdej ulicy. Są stare, obolałe i bez życia. Nie słyszałam, by któryś szczekał, nie widziałam, by merdał ogonem. Kijowski "bezprizornyj", obojętnie - pies czy człowiek - już się nie buntuje. Ale psy z Andrijewskiego Uzwisu mają lepiej niż inne sobaki: Mogą obcować ze sztuką, a przy okazji jadać frykasy, które podrzucają im artyści.
Pod trzynastką jest tu Muzeum Michaiła Bułhakowa, a pod jedenastką była rzeźba tłustego kota Behemota, jednego z bohaterów "Mistrza i Małgorzaty". Kota już nie ma, choć opowiadają o nim przewodniki; zabrali go Ormianie, poprzedni właściciele budynku.
Najwięcej śmieci pływa w Dnieprze tuż przy nabrzeżu. Najbardziej przepełnione kosze stoją przy Złotych Wrotach i pomniku Jarosława Mądrego. Najwięcej pustych butelek po piwie znajdziesz na majdanie. Na Ukrainie nie ma zakazu spożywania napojów w miejscu publicznym. I nie ma skupu surowców wtórnych.

Podobnie jak schronisk dla bezpańskich zwierząt.

Najlepsze pierogi

są na placu Kontraktowym. Na Podole. Takiej rzemieślniczo-handlowej dzielnicy, w której - jak śpiewają kijowianie - są wiadomości interesujące prasę oraz miejsca zabytkowe. Pierogi robi się z drożdżowego ciasta, wypełnia kartoszką, kapustą, serem. Piecze. To nie są warenyki, które - jak sama nazwa wskazuje - gotuje się w wodzie. I które Polacy, gdy farsz jest ziemniaczany, określają jako ruskie. Warenyki to warenyki, a pierogi to pierogi. Na szczęście, jedne i drugie można nadziać wiśniami, jabłkami i malinami. Szpinakiem lub kaszą gryczaną, zwaną hreczką.

Bywają wersje ekskluzywne, wersje barowe i wersje plebejskie. Na te pierwsze zapraszają równie ekskluzywne dziewczyny w strojach narodowych, które stoją w drzwiach lokali, oferujących oprócz ukraińskich potraw japońskie sushi, drugie można zamówić w sieci barów "Puzata Chata", do kupna tych trzecich zachęcają poczciwe babuszki z kraciastymi torbami. Babuszki siedzą na schodach prowadzących do metra. A oprócz gorących pierogów i warenyków mają gotowane raki i krewetki. W foliowych woreczkach, prosto z torby w biało-niebieską kratę. Ich specjały kosztują dziesięć razy mniej niż ekskluzywne, równowartość dwóch - trzech złotych. A gdy zbliża się milicjant, to babuszki, zanim umkną, jeszcze oddadzą za bezcen kolby gotowanej kukurydzy z woreczkiem soli.

- Nie wiem, gdzie ty je spotykałaś - dziwi się współpasażer powrotnego pociągu. Tyle razy byłem w Kijowie, a babuszek nie widziałem.

- A jeździłeś metrem? Spacerowałeś po parkach? Zaglądałeś w podziemia? Chodziłeś po bazarze koło stacji Lebidska?

Pociąg wtacza się na stację Szepietówka. Ktoś nachalnie puka w okno. Na peronie - babuszki.

Dziesiątki babuszek. A każda ma torbę w biało-niebieską kratę, warenyki, placki ziemniaczane, czerwone raki, soczyste gruszki i poziomki prosto z lasu. Ci, którzy już jechali tym pociągiem i otwierali okno, wiedzą, że przed Szepietówką trzeba uzbroić się w papierową tackę i plastikowy widelec. Ci, którzy nie jechali i nie otwierali, wyciągają pierogi z woreczka rękami i oblizują palce.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie