Maja Włoszczowska przed MŚ: Nogi i głowa są mocne

Artur Bogacki
Artur Bogacki
Zaktualizowano 
Maja Włoszczowska reprezentuje Kross Racing Team
Maja Włoszczowska reprezentuje Kross Racing Team Kross
Maja Włoszczowska w sobotę powalczy o medal mistrzostw świata w kolarstwie górskim.

- W sobotę wystartuje Pani w mistrzostwach świata w czeskim Novym Mescie. Liczyła Pani, który to już występ w takich zawodach?
- Nie, ale od 2000 roku ominęły mnie chyba tylko jedne mistrzostwa, gdy miałam kontuzję. Wychodzi więc, że te będą szesnaste. Pytanie, czy liczyć Canberrę (2009 r. - przyp.), gdzie ostatecznie też nie wystartowałam, bo na treningu wylądowałam na twarzy.

- A ile było medali?
- Prawdę mówiąc, to nie liczyłam. Tak na szybko - z seniorskich był złoty i cztery srebrne.

- Przed zbliżającymi się mistrzostwami świata wraca Pani do tych najbardziej udanych czempionatów?
- Teraz raczej myślę o swoich ostatnich startach na tej trasie. Na przykład w 2013 roku byłam tutaj druga, generalnie wracam do tych najlepszych zawodów. Zwłaszcza, że ta trasa jest specyficzna, nie pode mnie. Ja predysponowana jestem raczej do dłuższych podjazdów, a tu trasa jest bardziej interwałowa. Jednak ten przykład sprzed trzech lat pokazuje mi, że jeśli jestem silna, to potrafię pojechać dobrze. Warto też prześledzić, jak przebiegały tu wyścigi. Często było tak, że do końca zawodnicy walczyli w grupkach. Trzeba wiedzieć, gdzie najlepiej zaatakować, a gdzie łatwo popełnić błąd.

- Mówi Pani, że jeśli jest siła, to jest dobry wynik. Teraz jest ta moc?
- Powiem w sobotę (śmiech). Jestem w stanie określić swoją aktualną formę w stosunku do moich możliwości, ale nie wiem, w jakiej dyspozycji są inne zawodniczki. Ja zdecydowanie stawiam w tym roku na igrzyska olimpijskie. Wprawdzie nie jestem teraz słaba, ale to jeszcze nie jest szczyt moich możliwości. Wiem, że sporo dziewczyn przygotowywało się do tych zawodów przez treningi na dużej wysokości, a to znaczy, że mistrzostwa świata traktują przynajmniej na równi z igrzyskami i mogą być mocne. Ja oczywiście nastawiam się na walkę. Nie wyznaczam sobie żadnych celów wynikowych, chcę pojechać na sto procent tego, co w tej chwili mam w nogach i w głowie. Mam nadzieję, że to da dobry rezultat.

- W tym momencie większym atutem są nogi czy głowa?
- Jeszcze niedawno myślałam, że głowa, ale pozytywnie zaskoczył mnie występ w mistrzostwach Polski na szosie. Skończyłam je na czwartym miejscu, a kto wie, czy przy większym doświadczeniu w takich wyścigach, nie udałoby się być wyżej. Poziom naszych zawodniczek w kolarstwie szosowym jest wysoki, do tego na mistrzostwach Polski one walczyły o kwalifikacje olimpijskie, szykowały się na ten wyścig. Po moim wyniku myślę, że z nogami też jest ok. Wiem również, że są jeszcze rezerwy.

- Pytanie o „głowę” jest o tyle zasadne, że w tym roku dla Pani najważniejsze są igrzyska olimpijskie. Czy w mistrzostwach świata pojedzie Pani na maksimum, czy może trochę mniej będzie ryzykować? Przecież cztery lata temu przez kontuzję, odniesioną tuż przed igrzyskami, nie wystartowała Pani w Londynie.
- We wtorek miałam pierwszy trening na trasie i jeśli chodzi o trudne zjazdy, to czułam się na nich bardzo pewnie. Nie mam problemów z prędkością, nie czuję, że nawet jadąc szybko, cokolwiek bym ryzykowała. Chociaż wiadomo, że w trakcie wyścigu, na zmęczeniu, łatwiej jest o błąd i można sobie zrobić krzywdę. Jest jednak na trasie jeden element, który dla mnie jest ryzykowny. Chodzi o dwie duże muldy pod rząd, z jednej trzeba przeskoczyć na drugą. Młodsze dziewczyny na treningu tak próbowały je pokonać, jedna złamała nadgarstek, druga wylądowała na twarzy tak poważnie, że dostała drgawek i helikopter zabrał ją do szpitala. Ten element trasy na pewno przemyślę dobrze. Jeżeli nie będę się czuła na siłach, to raczej sobie odpuszczę, kosztem straty dwóch-trzech sekund na każdej rundzie. To sporo, ale w tym roku mam inny ważny cel.

- Te dwie-trzy sekundy na okrążeniu mają aż takie znacznie?
- Jest sześć rund, razem daje to kilkanaście sekund. Trzeba też wziąć pod uwagę, że jeśli ktoś odskoczy, to trudno go dogonić. Jest to zwłaszcza istotne, gdy jedzie się w grupie. Do tego w innym miejscu straci się kolejne dwie sekundy, w innym trzy następne. Na rundzie zrobi się to, powiedzmy, 10 sekund, czyli na mecie będzie to minuta. A z tego może być dziesięć miejsc różnicy. Mocnych dziewczyn jest bardzo dużo, moim zdaniem przynajmniej 10-15 zawodniczek.

- To dużo. Stawka faktycznie jest tak wyrównana?
- Trzeba pamiętać, że to jest rok olimpijski. Inne sezony niektórzy odpuszczają, a na ten każdy się spręża.

- Kto może walczyć o złoty medal mistrzostw świata?
- Myślę, że Jolanda Neff, która w tym sezonie wygrała jeden Puchar Świata, w którym wystartowała, i wszystkie inne wyścigi, w których wzięła udział. Zwyciężyła też w niedawnych mistrzostwach świata w maratonie, więc widać, że jest w formie. W tych zawodach jechała z Dunką Anniką Langvad, aktualną liderką Pucharu Świata, która też na pewno jest bardzo silna. Myślę, że na tej trasie bardzo, bardzo groźna będzie Kanadyjka Catharine Pendrel, która dwukrotnie była mistrzynią świata. Według mnie te trzy zawodniczki są najmocniejsze, ale inne też będą groźne. Jest Norweżka Gunn Rita Dahle, Kanadyjka Emily Batty. Po problemach zdrowotnych wróciła Rosjanka Irina Kalentiewa, która w miniony weekend też wygrała jakiś wyścig i teraz może zaskoczyć. Faworytką gospodarzy jest Katerina Nash, która potrafiła wygrać wyścig Pucharu Świata. Ona będzie mieć za sobą doping publiczności, ale ja również, bo wiem, że dużo Polaków przyjedzie. Z Questa, naszej rodzinnej firmy, są zorganizowane dwa autobusy kibiców. Kto wie, czy nie będę miała lepszego dopingu niż Nash. Do tego Kross (w tym teamie jeździ teraz Włoszczowska – przyp.) jest sponsorem mistrzostw, więc też przyciągnie polskich widzów.

- Wspomniała Pani, że nie nastawia się na konkretny wynik. Może jednak jest jakiś plan minimum, po którym start będzie można ocenić pozytywnie?
- Nie ma. Kiedyś zastanawiałam się nad tym. Szukając jeszcze rezerw - aby przed igrzyskami zrobić wszystko, co mogę, żeby być tam dobra - współpracowałam ostatnio z psychologiem sportu. Chciałam się nauczyć technik relaksacyjnych czy motywacyjnych, których jeszcze nie znam. Rozmawiałyśmy właśnie o celach i doszłam do wniosku, że stawianie sobie celu minimum jest bardzo złe w moim przypadku. Bo jak już go osiągnę, to podświadomość nie pozwoli mi jechać dalej. Wiadomo, że maksimum to zwycięstwo, ale nie chcę sama na sobie wywierać presji. Patrząc na moją karierę, najlepsze wyniki miałam wtedy, gdy po prostu chciałam dać z siebie wszystko i każdy metr trasy przejechać jak najlepiej, gdy byłam skupiona na walce o każdą pozycję, niezależnie od tego, czy jest to piętnasta, jedenasta, czy pierwsza albo druga.

- Wyścig w mistrzostwach świata ma Pani w sobotę. Czyli od niedzieli na poważnie ruszy „Operacja Rio”?
- Ale ona trwa już od dłuższego czasu, ten wyścig jest jej elementem. W głowie cały czas mam Rio. Nawet wykonując trening przed mistrzostwami świata, jego część była pod kątem igrzysk, choć przed najbliższymi zawodami nie było to najlepsze. Musiałam jednak tak postąpić, aby ta bazowa praca olimpijska nie została przerwana. Potem mam jeszcze jeden Puchar Świata i mistrzostwa Polski. Później zaczyna się BPS, czyli bezpośrednie przygotowanie startowe, na nie lecę do Kolumbii. A stamtąd już do Brazylii.

polecane: Komentarze ze sztabów wyborczych po ogłoszeniu wyników sondażowych

Wideo

Materiał oryginalny: Maja Włoszczowska przed MŚ: Nogi i głowa są mocne - Gazeta Krakowska

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie