Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Lustro, czyli druga strona. Szpital psychiatryczny od środka: "Byłem w piekle"

Jolanta Gromadzka
123rf
Byłem w piekle. Gdyby nie siły, które w końcu w sobie znalazłem, do końca życia spacerowałbym w kapciach po szpitalnym parku. Uratował mnie mój sceptycyzm i niewiara wobec metod stosowanych w psychiatrii. Reportaż z 1998 roku.

Skończyłem studia, programuję, piszę, gram, maluję, wróciłem nawet do kung-fu. Żyję. Lekarze wmawiali mi natomiast, że jestem ciężko chorym człowiekiem. A gdybym im uwierzył?

Pokonałem właśnie ostry życiowy zakręt i zdawało mi się, wychodziłem na prostą. Niespodziewanie przyszedł kryzys. Zbyt długo żyłem na psychiczny kredyt; łączyłem pracę z nauką. Stres, niedosypianie. Organizm odmówił posłuszeństwa. Nie miałem świadomości, że to się może zemścić.

O sobie: zawsze byłem dzieckiem, które krzyczy, gdy król jest nagi. Mówiono o mnie: osobowość obserwacyjno-kontrolna, „chodzący PC”, negocjator. Uwielbiam koty za to, że chodzą własnymi drogami. Zawsze lubiłem rozpracowywać zawiłe problemy i sytuacje. Uwielbiam demaskować nieprawdę, pozy, maski. Jeszcze rok temu myślałem: jestem dzieckiem gorszego Boga. W grudniu tamtego roku każdy szary świt i poranek był jak wyrok. Budziłem się i z przerażeniem stwierdzałem, że znowu muszę żyć. Wysiłek umysłowy stawał się męczarnią. O fizycznym nie mogło być mowy. Nie byłem w stanie podjąć żadnej decyzji. Nie opuszczało mnie uczucie zmęczenia i lęku. Byłem ciągle głodny i wciąż było mi zimno. Depresję - mówiłem sobie, to może mieć nawiedzony malarz, alkoholik, narkoman, stara panna i zmanierowane, znudzone życiem pacjentki Freuda.

Na prośbę matki, która widziała jak się męczę - poszedłem do psychiatry. Mówiłem: pozbieram się sam. Doktor twierdził, że sobie nie poradzę. W głębokiej depresji przeżyłem pół roku.

Przyszło lato. Lato leczy samo. Święty spokój, truskawki, muzyka, wieczorne bieganie po lotnisku sprawiły, że stanąłem na nogi. Doktor okazał się jednak gorliwym lekarzem. Tej nocy przypadkiem byłem w domu. Do mieszkania weszło dwóch sanitariuszy.

- Doktora pan zna? To proszę z nami.

- Czemu nie? - pomyślalem. Może coś ode mnie chce. Jutro sie wyjaśni.

Zdenerwowałem się w izbie przyjęć, gdzie pierwszy raz zetknąłem się ze szpitalem-instytucją. Siermiężny i radziecki kombinat Srebrzysko. O drugiej w nocy dyżurna lekarka chciała uzyskać od mojej roztrzęsionej matki odpowiedź na tak palące pytania, jak np. czy mam dziewczynę?

Drzwi bez klamek

Zaczynam czuć się nikim. Bezsilność i osamotnienie. Nadchodzi poranek. Ranki są najgorsze w depresji. Lęk jest nie do opisania.

- Pobudka! Wstawać! Myć się - krzyczy pielęgniarka.

Czekam, aż skończy, by w końcu zasnąć. Sen to jedyna forma ucieczki przed depresją.

Zszarpnięcie kołdry raz, potem jeszcze raz.

- Czy pani się nie zapomina - pytam cichutko, jak to w depresji.

- Nie, w przeciwieństwie do pana nie choruję na cyklofrenię! - siostra drze się na cały oddział.

Chce mi się wyć, ale po kilku dniach zaczynam rozumieć, że lepiej wsadzić zęby w tynk. W przeciwnym razie zostanie to zanotowane w zeszycie obserwacji pacjenta, a na drugi dzień- podniosą mu leki. Na rozmowę z lekarzem: co, jak, dlaczego - nie ma co liczyć. Pacjentów jest wielu. Psycholog jest, ale tylko tyle, że jest w pracy. Tak od gabinetu do gabinetu, trochę korytarzem, znów trochę w gabinecie, znów z gabinetu do gabinetu. A w ogóle, po co te rozmowy? Najważniejsze, by brał leki.

Pani psycholog na twarzy ma znudzenie - ci upierdliwi ludzie, których ona nie cierpi.

Płynie czas

Szósty tydzień pobytu. Są dwie grupy pacjentów, którym brak zainteresowania lekarza i psychologa nie przeszkadza: pierwsza to stare babcie, niekontaktujące i nieświadome tego, gdzie są. Taka babcia chodzi po oddziale, sika, gdzie stoi, na pytanie, gdzie jesteśmy odpowiada skierowanym w siną dal spojrzeniem. Druga grupa, to ci, co wolą tu niż tam. Są to różni przybysze z zakładów karnych i aresztów śledczych, których z różnych, śmiesznych powodów wysłano na „wczasy”. Pozostali pacjenci, którzy posiadają elementrane poczucie własnej godności i nie stracili wrażliwości, mają normalne domy, rodziny, wspomnienia, zawsze bedą źle znosili taki szpital. W trakcie leczenia depresji można się nabawić depresji.

Wieczór. Na salę wchodzi siostra Danuta.

- Grabowski, zastrzyk!

- Nie siostro, nie oj, już wszystko boli.

- Grabowski, zastrzyk! Ja nie będę tu stała!

- Ale ja już nie wytrzymam!

-Grabowski! ja nie mam ochoty dyskutować!

Cios znienacka, syk, wyszarpnięcie igły, odmaszerowanie. Tak po prostu, jak otwiera się konserwy.

Antoni Kępiński pisał, że leczenie psychiatryczne przynosi pozytywne skutki nawet w warunkach obozu koncentracyjnego. Najważniejsze jego zdaniem było prawidłowe do niego podejście. Liczył się człowiek.

Tomek ze Sztumu, Mariola, Genek, Gośka, Mariusz. Siedzimy w palarni. Leczyła mnie Madonna i Beata Kozidrak. Myślę, że wielu ludzi utożsamia się tak jak ja i odbiera w ten sposób muzykę, która jest o nich. Oczywiście, nie wolno o tym mówić psychiatrom, przedłużą ci pobyt co najmniej o 6 tygodni. Po paru dniach poprosiłem panią ordynator Sz. o przepustkę do miasta, w celu załatwienia kilku ważnych spraw. Zgodziła się. Mój stan zdrowia nie budził obaw. Wyszedłem i wróciłem. Poszedłem spać.

Był piękny, słoneczny dzień. Jestem gotów do wyjścia na spacer z grupą, a tu dowiaduję się, że nigdzie nie pójdę. Pytam- dlaczego? Dostaję odpowiedź - „bo nie”.

Ze złości kopię szpitalną szafkę, bo w domu też kopię szafkę, gdy się wkurzę.

Na oddziale alarm, co?, gdzie?

- Zaraz! Zaraz sobie z nim poradzimy. Gdzie jest jego karta? Zmienimy leki.

„Skuty”

Pani ordynator, która dzień wcześniej puściła mnie na przepustkę, dochodzi do wniosku, że jestem w stanie ostrej psychozy. Normalna emocjonalna reakcja i diagnoza - jestem ciężko chory. Dostałem tak potworne ilości leków, że po prostu zacząłem chodzić do tyłu. Byłem przerażony ich wpływem na mój organizm, ale nikt mnie nie słuchał. Leki, kołderka na głowę i spać. Po paru dniach poczułem się jak zimą. Po pigułkach wróciła depresja. Z czasem dowiedziałem się, że nie ja jeden reaguję tak na neuroleptyki. Pani ordynator powiedziała, że ma 20 lat doświadczenia. Bez wyjaśnienia, rozmowy, słowa otuchy. Najważniejsze byś brał leki, dużo leków. Psychotropowe koktaile w krótkim czasie zrobiły ze mnie zwierzątko. Zrobiłem się sztywny, skurczony, tupiący. Miałem tępy, szklany wzrok, woskową twarz. W slangu psychiatrycznym „byłem skuty”. Czułem zagrożenie i lęk. Nikt nie traktował mnie jak człowieka. Bałem się lekarzy.- Sławku, czy ty nie rozmumiesz, że jesteś chory? - mówiła pani doktor.

W końcu zrozumiałem na czym polega zdrowie według psychiatrów i czego ode mnie oczekują. Nazwałem to niedorozwojem umysłowym, ale wiedziałem, że muszę się na takie coś zdobyć. W przeciwnym razie nigdy mnie nie wypuszczą. Musisz być grzeczny, nie dyskutować, przytakiwać. Im szybciej się tego nauczysz, tym szybciej wyjdziesz. Nie było to takie trudne. Po codziennych porcjach leków, wiedziałem, że przypominam już debila, więc mam duże szanse na to, by uznali mnie za zdrowego. Byłem w skrajnej depresji, ale nie przyznawałem się, gdyż znów podwoiliby porcję leków. Nauczyłem się ich nie łykać. Poczułem się lepiej. Jeszcze trochę i uznają mnie za zdrowego.

Na początku października dostałem przepustkę na zajęcia. Odzyskałem wolność.

Niepokój

Końska kuracja rozbiła mnie wewnętrznie. Uczęszczałem na uczelnię, ale nie potrafiłem słuchać, czytać, pisać, ani nawet wysiedzieć spokojnie na krześle. Odczuwałem taki niepokój ruchowy, że musiałem wychodzić na korytarz i tupać. To było silniejsze ode mnie. Zwracało uwagę otoczenia. Ktoś powiedział, że nawet jak siedzę, to mam w oczach pięć kilogramów psychotropów. Musiałem wziąć urlop zdrowotny. Dziś wiem, że wystarczył wtedy zwykły lit i dobre słowo.

Pewnego dnia na ulicy poczułem nagle jak głowa mimo woli skręca mi się na bok. Nie mogłem jej wyprostować. Po chwili spostrzegłem, że nie panuję nad rękami. Zaczęły mi się same podnosić ku górze i wykręcać jak węże. Twarz zniekształcił mi grymas, z ust zaczęła płynąć ślina. Gdy poszedłem zapytać lekarzy, jak doprowadzić się do stanu używalności, zostałem zatrzymany. Jeszcze raz wszystko od nowa. Kombinat znów poddał mnie procesowi obróbki.

Nocny dyżur - na salę wbiega Danuta.

- Grabowski! zastrzyk

- Mnie już wszystko boli, nie chcę zastrzyku. ..

- Grabowski, ja nie mam ochoty tego słuchać.

- Siostro, jestem cały pokłuty, nie zgadzam się

- Ja nie będę tak stała.

Krok do tyłu, kopnięcie tzw. proste. Sławek zgina się w pół. Wbicie igły, wyszarpnięcie, odmaszerowanie. Dopiero wtedy Sławek zdążył krzyknąć.

Lekarz poprosił matkę do gabinetu.

- Państwo są z Chyloni, tam stoi moja tablica, są godziny, wie pani. No, jak pani chce, zapraszam.

Pacjenci nie lubili Rumcajsa. Potrafił „zwerbować” do swego gabinetu pacjentkę i pytać, kiedy był aostatni raz, z kim i co wtedy czuła. Narzekał, że rządzi nim baba. Marzył, żeby zostać ordynatorem. Do rządzenia i pacjentek to mu się po prostu trzęsły ręce. Trudno było tego nie zauważyć.

Wszystkiego najlepszego

Po pięciu miesiącach ordynator zauważyła, że ja ten szpital wyjątkowo źle znoszę. W tym czasie byłem już tępy, apatyczny, obojętny. Było mi wszystko jedno. Niczego już nie odczuwałem. Moja pozycja klucząca była mile widziana przez psychiatrów - uważali ją za dowód zdrowia. Z życzeniami wszystkiego najlepszego wypisano mnie ze szpitala. Kombinat zakończył swoją pracę nade mną i zostawił samego na styczniowym lodzie. Przeżyłeś to wszystko to znaczy że jesteś mocny. Będziesz żył.

Dopiero teraz nie miałem pojęcia, jak.

Wróciłem do domu. Nie wiedziałem jak żyć. Runęło wszystko, co sobie w życiu tak precyzyjnie budowałem. Tak czują się ludzie po kuracji psychotropowej. Miałem uczucie „wygnania z raju”. Mój mózg był jak dyskietka po sformatowaniu. Byłem niezdolny do odczuwania przyjemności, radości, zabawy, w każdej sprawie dostrzegałem tylko trudności. Po lekach skuty, szklany i woskowy. Ludzie odsunęli się ode mnie.

W październiku wróciłem na studia, nie żeby się uczyć, ale żeby pokręcić się wśród ludzi, Z powodu amitryptiliny nie byłem w stanie przepisać planu zajęć.

Procentowało moje dawne zainteresowanie fizyką. Depresja mnie jednak nie opuszczała. Zacząłem studiować psychiatrię. Musiałem znaleźć jakąś własną koncepcję leczenia. Leki przeciwdepresyjne wpędzały mnie w jeszcze gorszą depresję. Lektura podręczników psychiatrii dała mi bardzo dużo. W odróżnieniu od fizyki nic w niej nie było wiadomo. Zwykły schematyzm i doktryna.

Kolejny wrzesień. Na prośbę matki przyjąłem się na obserwację.

Jak zawsze:

- Proszę przygotować się do zastrzyku.

- Ale ja tylko na obserwację - wyjaśniam.

W pewnym momencie zrobiło się wokół mnie biało. Wszystkie pielęgniarki naraz rzuciły się na mnie, powaliły na podłogę i przykryły ciałami. Nie mogłem się przecież bić z kobietami. Dostałem więc ten zastrzyk na podłodze przez spodnie. Wiedziałem, że po takim zastrzyku bedę spał trzy dni, a potem przez kilka tygodni będę jak zamroczony.

* * *

Ordynator dr Sz. nie chciała rozmawiać z dziennikarzem, tłumacząc się obowiązkiem zachowania tajemnicy lekarskiej. Obowiązująca od 21 stycznia 1995 r. ustawa psychiatryczna była pierwszą próbą porządkowania spraw wstydliwych, zaniedbanych, lekceważonych, decydujących o godności człowieka chorego psychicznie.

Kolejna kontrola Najwyższej Izby Kontroli przeprowadzona w 49 szpitalach psychiatrycznych oraz 56 oddziałach tej specjalności w szpitalach ogólnych wykazała, że przynajmniej w co trzeciej placówce naruszano prawa pacjentów. Przetrzymywano w nich pacjentów wbrew ich woli. Nie powiadamiano sądu opiekuńczego o przyjęciu do szpitala osób z zaburzeniami psychicznymi bez ich zgody, mimo że istniały wątpliwości, czy są chore psychicznie. Przyjęto je tylko dlatego, że wydawało się, iż zagrażają życiu własnemu lub innych.

Istotne zastrzeżenia budziło stosowanie wobec pacjentów przymusu bezpośredniego m.in. w szpitalu w Gdańsku-Wrzeszczu. Najczęściej unieruchamiano pacjentów za pomocą pasów (skórzanych lub parcianych) oraz kaftanu bezpieczeństwa.

W Polsce do rzadkości należą procesy o odszkodowanie z tytułu działań ubocznych środków farmakologicznych podanych pacjentowi.

Zazwyczaj pacjent nie jest świadomy, jakie skutki uboczne może nieść zażywanie leków psychotropowych, a lekarz nie poczuwa się do obowiązku, by go o tym poinformować.

- Przyczyną tego stanu rzeczy jest zbytni paternalizm psychiatrów - twierdzi dr Jerzy P. W środowisku tym panuje bowiem przeświadczenie, że lekarz wie najlepiej, co i w jakich dawkach zaaplikować pacjentowi i za niego decyduje. Na Zachodzie obowiązkiem lekarza jest podanie pełnej, precyzyjnej informacji o diagnozie, metodach leczenia i prognozach, a wszystko po to, by pacjent sam mógł¸ sporządzić bilans zysków i strat.

Kraty w oknach szpitala mają zapewnić pacjentom bezpieczeństwo.

* Lato 1994 - Kasia, lat 23, będąc na przepustce wyskoczyła z okna wieżowca

* Kwiecień 1997 - na jednym z oddziałów Szpitala na Srebrzysku powiesił się pacjent

* Styczeń 1998 - Ola, okresowo pacjentka oddziału 19D wyskoczyła z 7 piętra

* Marian (muzyk z jednego z trójmiejskich teatrów ) zmarł po elektrowstrząsach.

Od autora: Mamy rok 2019. Co się od tamtego czasu w szpitalach psychiatrycznych zmieniło?

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Chcemy żyć wolniej - ciekawa analiza

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na dziennikbaltycki.pl Dziennik Bałtycki