Lucyna Legut: My, akotrzy, bywamy śmieszni do łez

Gabriela Pewińska
Lucyna Legut  w spektaklu "Kto się boi  Virginii Woolf", teatr Wybrzeże 1965
Lucyna Legut w spektaklu "Kto się boi Virginii Woolf", teatr Wybrzeże 1965 Tadeusz Link/Ze zbiorów MNG
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Lucyna Legut, aktorka, zmarła kilka dni temu w wieku 85 lat. Słynęła z ogromnego poczucia humoru. Rozśmieszała nas anegdotami z życia teatru Wybrzeże. Oto niektóre z nich.

Gdy sobie wspominam dawne życie teatralne, to wydaje mi się, że składało się ono wyłącznie z bankietów - opowiadała artystka.

- Piło się tęgo, zagryzając kiszonym ogórkiem. Pamiętam, gdy w czasie jednego z bankietów Jaga Gibczyńska utrudziła w tańcu stopy, zdecydowaliśmy, aby je wymoczyła, dla ulgi, w rondelku, w którym bufetowa teatralna Michasia odgrzewała dla nas parówki.

Nad ranem poszliśmy trzeźwieć na molo, gdzie rybacy już siedzieli z wędkami. Jeden z nich otworzył pudełko z przynętą i, żartowniś, zaproponował nam poczęstunek. Jaga dorwała się do tych glist, aż wściekły rybak wyrwał jej pudełko z ręki, aby mu nie zjadła całej przynęty. Po każdym spektaklu Kira Pepłowska, ja i Leszek Ostrowski wpadaliśmy na pięćdziesiątkę do knajpy Pod Kielichem. Ostrowski, szalenie oszczędny, przynosił na zakąskę ugotowane w domu jajko i tylko dowiadywał się, czy sól jest za darmo. Po jednym z bankietów Wiśka Polanowska poczuła się śpiąca, a że było chłodno, to postanowiła się czymś przykryć - przykryła się rowerem, który akurat znalazł się pod ręką.

Bywały też wspaniałe bankiety w prywatnym domu u Aliny Makowieckiej, która nie była aktorką, ale miłośniczką teatru i aktorów. Piło się wtedy "talerzówkę", czyli bimber, który mąż Aliny szykował dla nas i trzeba było czekać, aż skroplony alkohol skapnie z talerza. Po jednym z takich bankietów poszłam spać do wielkiej aktorki Wandzi Stanisławskiej. Rano budzę się i widzę, że Wandzia froteruje podłogę. Miała na sobie tylko czarną halkę i kapelusz z szerokim rondem. Była szalenie schludna i lubiła porządek.

Legut o Krzysztofie Babickim

Świetny reżyser! Za moich czasów najbardziej lubił duże sztuki, z ogromną obsadą, co niestety, powoduje częste trzęsienia ziemi w teatrze, bo przecież w takiej sztuce kobyle nie może wszystko iść gładko, w każdym razie na próbach. A Babicki był nerwusem. Odbywały się końcowe próby do "Trojlusa i Kressydy". W klubie teatralnym wszyscy czekali, w kostiumach, na swoje wejścia. Nagle wszystkich wezwano na scenę. Reżyser Babicki szalał, bo premierę mieliśmy na karku, a tu ciągle wszystko było nie tak, jak on sobie wymarzył. A to muzyka szła za głośno albo za szybko, to znów elektryk spóźnił się o sekundę ze światłem. Staszek Michalski za późno oparł głowę na poręczy krzesła, a Nowacki za wcześnie zadął w trąbę. Scenograf Ania Rachel ukradkiem opuściła miejsce na widowni i uciekła za kulisy. Wiadomo, że jeżeli Babicki nie będzie miał już komu przegryźć gardła, zabierze się za scenografa. I rzeczywiście... Kiedy weszła przepiękna Dorota Kolak, w karminowej sukni, z przeźroczystym pojemnikiem, w którym miał być żywy wąż, okazało się, że węża nie ma. Zaskroniec dostał bowiem zapalenia płuc i do dyspozycji był tylko boa dusiciel, który w żadnym wypadku nie zmieściłby się w pojemniku. Reżyser wezwał panią scenograf. Aniu! - krzyczał. - Nic mnie nie obchodzi, czy wąż jest na łożu śmierci, czy nie! Wąż musi być i koniec! Podczas gdy w reżyserze gasło życie, aktorzy urządzali sobie kpiny. Ktoś pytał: Czy ten wąż należy do ZASP? Bo jeżeli nie, to proszę nie umieszczać mojego nazwiska na afiszu! Nie będę grał z amatorem!

Legut o jękach reżysera

Jako reżyser Tadeusz Minc nigdy nie był zadowolony ze swojej pracy. Zdarzało się, że jednego dnia zachwycał się grą aktora, a drugiego dnia łapał się za głowę i zwinięty w krześle, jęczał: "Przecież to zupełna bzdura, co pan robi! Pan wie, jak by tę rolę zagrał Wołłejko? Ale pan? Nie! Szkoda czasu! No, niech pan gra! Niech pan gra i tak z tego nic nie wyjdzie! W co ja się wplątałem? Przecież tu nikt nie rozumie tego, co mówię! W tekście jest wszystko powiedziane! Po co jeszcze grać? Wystarczyłoby powiedzieć sam tekst. A nawet po co mówić? Niech by publiczność przeczytała sobie tekst i na tym koniec!". Minc mówił absolutnie wszystko, co mu w danej chwili przychodziło do głowy. Zdziwiłby się, gdyby mu zarzucono, że jest brutalny. Ale zanim by pojął swoje zdziwienie, już by zapomniał, że był zdziwiony.

Legut o zielonookim amancie

Jerzy Ernz. Był przepięknym czarnowłosym młodzieńcem, w dodatku miał przepastne zielone oczy. Graliśmy razem w bulwarowej sztuce pt. "Nina". Szastał po scenie boskim ciałem i chińskim szlafrokiem. Zakochałam się w nim bez pamięci. Do konsumpcji nie doszło z powodu flanelowej nocnej koszuli. Byliśmy w moim domu. Romantyczny nastrojowy wieczór. Niestety, on na widok koszuli dostał ataku śmiechu. Minęło już 40 lat od tamtej nocy. Ciągle się przyjaźnimy. Właśnie niedawno znalazłam fragment pamiętnej koszuli i z okazji Dnia Teatru wysłałam mu w liście jej wycięty kwadracik - drobna pepitka biało-różowa, a na tym kwiecisty rzucik.

Legut o miłości do aktorów

Kolejny aktor amancicho. - Edward Ożana. Znałam dziewczynę, która tak go kochała, że wiedząc, iż go nie zdobędzie, wyemigrowała do USA, by mniej cierpieć. Mimo to co kilka lat przyjeżdżała do Polski, wlokąc ze sobą ogromny na te czasy samochód, aby mu zaimponować. Zamówiła sobie u mnie portret, aby podczas pozowania mówić tylko o Ożanie. Zaimponowała mi ta jej miłość. W USA pracowała w fabryce konserw. Godzinami pakowała szproty w blaszane pudełka, aby móc zarobić na tę podróż do Polski, dzięki której mogłaby choć przez chwilę zobaczyć ukochanego.

Legut o ślubie z Maciejem Nowakiem

Ślub z Nowakiem? Nic wtedy śmiesznego się w teatrze nie działo, to postanowiłam coś z tym zrobić... Kiedyś jako aktorka tej sceny co rusz robiłam jakieś dowcipy. Dyrektor Maciej Nowak... Właściwie to nawet mogłabym z nim na serio związać swoje życie, gdyby tak dużo nie jadł! Nie starczyłoby na niego mojej emerytury! Ale miewał bardzo szalone pomysły, a ja lubię ludzi z fantazją. Wzięłam z nim ślub, całkiem osobisty, którego sama nam udzieliłam. Małżeństwo nie zostało skonsumowane, więc bez kłopotu udzieliłam nam rozwodu.

Legut o sercu, które pęka

Jeżeli widz przychodzi do teatru na komedię, chce się za swoje pieniądze pośmiać i nic go nie obchodzi, jeśli akurat przed chwilą aktorowi pękło serce z jakiejś tam przyczyny. I nikt z nas, aktorów, nie ma o to pretensji do widza. Mnie też pewnego razu pękło serce. A było to tak: w odległych czasach, których najstarsi ludzie wolą nie pamiętać, gdy bywało głodno, chłodno, nawet bezalkoholowo, mieszkałam, z moim ówczesnym ukochanym, w wynajętym pokoju. Jedynym luksusem była nasza miłość. On miał wyjściowe dwie białe nylonowe koszule i jedną marynarkę; drobna pepitka i ze skórzanymi łatami na łokciach. Jakie miał spodnie, dziwne, ale nie pamiętam (może wolałam go bez spodni). Pewnego razu zauważyliśmy na wystawie w komisie męskie ubranie - istne cudo! Szary błękit. Model zagraniczny. Nic, tylko mdleć z zachwytu! Cena, niestety, jak na kieszeń milionera. Oszalała z zachwytu, postanowiłam zdobyć majątek i kupić ukochanemu to ubranie. Pieniądze zgodziła się pożyczyć mi pani Zosi Molska, przedwojenna aktorka, z którą pracowałam w teatrze. Miałam oddawać pieniądze w ratach przez 10 miesięcy. Bez żadnych procentów! Był to cud! Kupiliśmy ubranie, ale że było ciut za duże, oddałam je do krawca, z którym się przyjaźniła moja garderobiana Ania.

Gdy ubranie było gotowe, Ania przyniosła je do teatru i powiesiła w mojej garderobie na krześle. Tego dnia miałam grać szalenie zabawną komedyjkę. Wcześniej teatr był wynajęty przez zespół studentów z Gdańska. Właśnie się pakowali i wyjeżdżali autokarem, gdy tymczasem Ania flirtowała w ramionach strażaka, który miał obowiązek bywać w teatrze na wypadek pożaru.

Weszłam do teatru, gdy Ania, ciągle zwisając z ramion strażaka, oznajmiła mi, że przyniosła ubranie mojego ukochanego i że wisi ono w mojej garderobie. Przez chwilę byłam najszczęśliwszym człowiekiem na całym wielkim świecie. Przez chwilę, bo okazało się, że ubrania na tym krześle nie było! Na żadnym z krzeseł! Nie unosiło się w powietrzu! Nie leżało na podłodze! Nie było śladu po ubraniu. Wezwałam garderobianą, która doszła do prostego wniosku: studenci rąbnęli garnitur! Najpierw mi odjęło mowę, a potem nie płakałam, ale ryczałam! Ten wymarzony garnitur, mojego najbardziej ukochanego chłopaka, diabli wzięli! Serce mi pękło na milion kawałeczków!

To był pierwszy i ostatni raz gdy tak, do szaleństwa, rozpaczałam. A potem musiałam się ubrać, umalować, wyjść na scenę i bawić publiczność. Byłam bardzo zabawna. Jeżeli jeszcze ktoś z ówczesnych widzów żyje, może zaświadczyć. My, aktorzy, czasem bywamy śmieszni aż do łez.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie