Limit intelektualnej uczciwości

Piotr Dominiak
Piotr Dominiak
Piotr Dominiak
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Iluż to polityków i naukowców trąbi naokoło, że najcenniejszym zasobem każdej współczesnej gospodarki są ludzie. Ludzie rozumiani nie jako siła robocza, jak to ujmowała teoria ekonomii od ponad 200 lat, ale jako kapitał intelektualny. To on właśnie ma decydować, która gospodarka i które społeczeństwo znajdą się na czele cywilizacyjnego wyścigu. Jak się przyjrzymy temu, co dzieje się w świecie, to trudno odmówić słuszności takiemu poglądowi. Przynajmniej na szczeblu makro. Bo już jak zejdzie się nieco niżej, pojawiają się wątpliwości.

Kapitał intelektualny jest trudny do precyzyjnego zdefiniowania. Z jego pomiarem jest jeszcze gorzej. Z intelektu rodzi się wiedza, pomysły, idee itd. Jest niematerialny, a na dodatek ma jeszcze jedną paskudną cechę - zazwyczaj trudno jednoznacznie określić jego właściciela. A jeśli nawet potrafimy to zrobić, powstaje kwestia ochrony jego własności.

Za kradzieże/przywłaszczanie zasobów materialnych grożą dotkliwe konsekwencje prawne. Ich sprawcy są nie tylko ścigani i karani przez aparat sprawiedliwości, ale także piętnuje ich społeczeństwo. Z zasobami niematerialnymi rzecz ma się odmiennie. Prokuratury i sądy bywają często bezradne, bo zapisy prawa i jego praktyka nie nadążają za życiem. A i spontaniczna dezaprobata społeczna jest tu mniejsza, bo "przedmiotu kradzieży nie widać".

Ileż to indywidualnych karier zbudowano na kradzieży pomysłów, przywłaszczaniu praw do wynalazków itp. W szerszej perspektywie znamy przecież drogę na światowe szczyty gospodarki japońskiej, czy teraz - chińskiej. Brak poszanowania prawa cudzej własności intelektualnej leżał u podstaw ich spektakularnych awansów. Poszkodowani właściciele wynalazków, patentów, licencji zżymali się, ale na tym koniec. Japonia i Chiny potrafiły z tego procederu zrobić użytek. Stopniowo dodawały do przywłaszczonego kapitału swój własny. W indywidualnych przypadkach pewnie czasem zdarza się podobnie, ale chyba częściej rzeczy mają się odmiennie.

Coraz częściej osoba kradnie cudzą własność intelektualną nie po to, by związany z nią kapitał pomnożyć. Chodzi raczej o związane z intelektem symbole - m.in. tytuły zawodowe i stopnie naukowe. Dziesięciorga imion baron (von und zu) Guttenberg, przedstawiciel szlacheckiego rodu o wielowiekowej tradycji, mąż potomkini kanclerza Bismarcka, "pożyczył" sobie troszkę cudzego intelektu w "swej" pracy doktorskiej. Pies z kulawą nogą by tego nie wykrył, gdyby nie internet. Tłumaczył się jak nasi studenci: że nie miał czasu, notatki mu się poprzewracały na biurku i myślał, że to on wymyślił, a nie kto inny. Odebrano mu doktorat, a polityczny skandal z tym związany dopiero się rozwija. Ale nawet w tak praworządnym kraju jak Niemcy wcale nierzadkie są głosy, że w gruncie rzeczy nic wielkiego się nie stało. Zerżnął, bo zerżnął z cudzych publikacji, ale przecież nie wszystko. Coś dodał od siebie, więc dlaczego zaraz pozbawiać go stanowiska ministra. Gdyby baron podprowadził w hipermarkecie kilo szynki, żądanie wywalenia go na pysk byłoby zapewne powszechne. A tak poważnie - po co mu był potrzebny doktorat? Ma forsę, piękną żonę. Aha, potrzebował jeszcze stempelka "dr" jako symbolu nosiciela kapitału intelektualnego.

Całkiem często spotykam się ze strony studentów z żądaniem ścisłego określenia limitu dopuszczalnych zapożyczeń (czyli kradzieży) w pracach dyplomowych: czy 10% może być? a dlaczego nie 20%? Odpowiedź, że uczciwości nie mierzy się procentami, nie chcą jakoś akceptować. Woleliby wiedzieć, że dopiero 50% splagiatowanej pracy oznacza jej dyskwalifikację, 30% pozwala na otrzymanie oceny najwyżej dobrej, a przy 10% to już należy się piątka. Podobnego zdania wydaje się być spora część profesury. Dr Marek Wroński najzacieklej walczący w Polsce z plagiatami w środowisku naukowym nie ma łatwego życia.

Wideo

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

j
juzek
Kosińskiemu zarzucano plagiat pow. "Nikodem Dyzma", a wg mnie w "Wystarczy być" jest to tylko inspiracja.
K
Krytyk
w której doktorat kilograma szynki nie jest wart i dlatego ścigać tego przestępstwa nie warto?
Wiadomo przecież, że obecnie mamy wielki wysyp specjalności "naukawych" - nie mylić z naukowymi -
nie wartych więcej niż umiejętność wytworzenia smacznej szynki. Po co więc sądom zawracać głowę?

PS. Amerykanie dawno już to wszystko odkryli i na swoich uczelniach kształcą studentów - grubo dzieląc - w dwóch dziedzinach: science i art. Doktorat gry w palanta należy u nich oczywiście do art. Myślę, że autorka "dzieła" z penisem na krzyżu też mogłaby się ubiegać o doktorat z tej drugiej branży - no może po uzupełnieniu swojego "dorobku" powieszeniem tego organu na symbolach innych religii. trochę to ryzykowne, bo np. reakcje Arabów i Żydów mogłyby być radykalne i szkodliwe dla zdrowia autorki.
J
Josef z Bazin
a co pan napisze na plagiaty gospodarcze ekipy Tuska: podwyzki podatkow od Gomulki i Gierka, zapozyczanie panstwa od Gierka, podsluchy i inwigilacja z ZSRR, niszczenie opozycji Stalin i Hitler, wystarczy na odstawienie go od rzadu czy nie?
Dodaj ogłoszenie