Liczy się tylko gra o władzę

Piotr Dominiak
Piotr Dominiak
Piotr Dominiak
Czy sytuacja ekonomiczna USA jest dramatyczna? Czy to zwielokrotniona wersja Grecji? Czy USA grozi bankructwo? Na wszystkie te pytania odpowiedź brzmi: Nie. A mimo to świat z niepokojem obserwuje parlamentarną batalię o podwyższenie limitu zadłużenia amerykańskiego budżetu.

Problem dla wielu niezrozumiały, bo przecież Stany Zjednoczone mają uchwalony budżet, z którego jasno wynika, ile pieniędzy rząd musi pożyczyć. Jedynie dość zawiłe regulacje stanowią, że oprócz tego parlament musi jeszcze dodatkowo wyznaczyć prezydentowi realizującemu ten budżet górny limit zadłużenia. Taka sytuacja jest dla silnej opozycji mającej większość w Kongresie wymarzona do postawienia partii rządzącej pod murem. I to Republikanie czynią konsekwentnie i z satysfakcją. Między bajki należy włożyć tłumaczenia, że to ich konserwatywna ideologia nie pozwala zgodzić się na dalszy wzrost długu. Bzdura, jeśli pamiętamy, co robili republikańscy prezydenci (Reagan, Bushowie).

To za ich kadencji dług szybował w górę, wbrew obietnicom i deklaracjom. Demokraci pod tym względem nie byli lepsi, choć warto przypomnieć, że Clintonowi udało się (na krótko) znacznie ograniczyć deficyt. W każdym razie funkcjonowanie administracji USA od czasu New Dealu, czyli od prawie 70 lat, oparte jest na permanentnym zaciąganiu długu publicznego. Mimo to, a niektórzy powiedzą - właśnie dlatego, gospodarka amerykańska nadal pozostaje najpotężniejszą w świecie. Jakakolwiek decyzja zapadnie przed 2 sierpnia jej pozycja nie ulegnie realnie zmianie.

W całej tej historii dwie rzeczy budzą jednak powszechny niepokój. Po pierwsze fakt, że politycy USA uprawiają wewnętrzne rozgrywki, nie oglądając się na konsekwencje globalne. Tak naprawdę widać, że świat ich nie obchodzi. Oczywiście, świetnie wiedzą, że efektem ich gry jest niestabilność rynków finansowych, mimo to udają, że spór o zadłużenie jest ich wewnętrzną sprawą. Demonstrują w ten sposób arogancję wobec otoczenia, ale uważają, że mogą sobie na to pozwolić. Ryzykują więcej niż kiedyś, bo dominacja USA nie jest już tak wielka jak przed laty, ale być może z Waszyngtonu, a już na pewno z Arkansas, tego nie widać.

Druga sprawa związana jest z kruchością, powiedziałbym nawet - z ułudą, podstawy, na której opierają się światowe rynki finansowe. Jeżeli Obama przegra batalię o wzrost zadłużenia, agencje ratingowe będą "musiały" obniżyć oceny wiarygodności kredytowej Stanów Zjednoczonych. Piszę "musiały" w cudzysłowie, bo wynika to nie z jakichś obiektywnych ocen, ale z przyjętych przez nie wewnętrznych regulacji. Pociągnie to za sobą podwyższenie oprocentowania obligacji skarbowych USA, czyli wzrost kosztów obsługi długu. Oprocentowanie tych obligacji stanowi dotychczas punkt odniesienia dla światowego rynku finansowego. Co się stanie, gdy rating USA zostanie obniżony, a oprocentowanie obligacji wzrośnie? Niektórzy eksperci obawiają się, że fundament rynków może się zachwiać. Co wtedy? A wszystko przez zwyczajną, prymitywną walkę o władzę. Ponad, obok, ale w gruncie rzeczy przeciw gospodarce.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

/ oksza

A w Kenii biją Murzynów...

Dodaj ogłoszenie