Lekarka ze szpitala w Pucku zdiagnozowała u 17-miesięcznego Maksa katar. Chłopiec zmarł wskutek rozległej rozedmy płuc

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz

Wideo

Zobacz galerię (4 zdjęcia)
Na zdjęciach z początku sierpnia niespełna półtoraroczny Maks bawi się na plaży w Jastrzębiej Górze. Ubrany w koszulkę z napisem "Budzik rodziców" uśmiecha się do obiektywu. Maksa pochowano w czwartek, 13 sierpnia w Łańcucie. Tego samego dnia tamtejsza prokuratura powiadomiła rodziców o wszczęciu śledztwa w sprawie narażenia chłopca w dniu 7 sierpnia br. na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia przez lekarza pełniącego w tym czasie dyżur w w Poradni Nocnej i Świątecznej Opieki Zdrowotnej w szpitalu w Pucku i nieumyślnego spowodowania śmierci dziecka.

- Nasze dziecko zabiła zwykła rutyna, lekceważenie obowiązków przez lekarza - mówi zrozpaczony ojciec Maksa, Mariusz Panek. - To była niepotrzebna śmierć, efekt zwyczajnej obojętności.

Siedemnastomiesięczny Maks Panek od 1 sierpnia spędzał wczasy z rodzicami w Jastrzębiej Górze. W czwartek, 6 sierpnia, pojawił się u chłopca katar. W piątek po południu miał gorączkę, był osowiały.

- Zaczął mieć problemy z oddychaniem i to nas zaniepokoiło - wspomina ojciec. - W piątek około godziny 16 postanowiliśmy skrócić urlop i wrócić do domu - do Łańcuta w województwie podkarpackim. To była podróż przez całą Polskę, dlatego uważaliśmy, że synka powinien wcześniej obejrzeć lekarz.

Nie było to jednak takie łatwe. Ojciec przez godzinę dzwonił do najbliższego szpitala w Pucku, ale nikt nie odbierał telefonu. W końcu wybrał numer 112. Dyspozytor (z innego województwa) poradził mu, by zadzwonił pod numer 999. Dopiero tam ojciec dostał numer lekarza dyżurnego szpitala.

- Dzwoniłem, ale też bez efektu - wspomina pan Mariusz. - W końcu zdecydowaliśmy się spakować wszystkie nasze rzeczy i wyruszyliśmy prosto pod szpital w Pucku

.

Minęła godzina 20. Rodzinę pokierowano do Poradni Nocnej i Świątecznej Opieki Zdrowotnej. Tam po wypisaniu "testu covidowego" przyjęła ich lekarka.

- Dziecko zostało pobieżnie zbadane - twierdzą rodzice. - Trzy dotknięcia stetoskopem, zajrzenie w gardło. Choć mówiliśmy, że bardzo nas niepokoi świszczący oddech synka i ewidentne objawy duszności, pani doktor stwierdziła, że to tylko spływający do krtani katar. Bez pytania o wiek i wagę Maksia dała zastrzyk, który miał pomóc w dusznościach.

A potem usłyszeliśmy, że możemy spokojnie wyruszać w drogę do domu. Na miejscu, w Łańcucie, powinniśmy kupić inhalator i postawić w pokoju dziecka garnek z wodą.

Jechali całą noc. Maks trochę popłakiwał, miał świszczący oddech, ale rodzice uspokojeni opinią lekarską, byli przekonani, że to normalny objaw kataru spływającego na krtań. Rankiem, już w Łańcucie, zmęczeni podróżą położyli się spać. Maks spał razem z nimi.

Czytaj także

- Słyszeliśmy jego ciężki oddech, więc choć nie budził się i nie płakał, postanowiłem wstać przed godziną 10, by w aptece kupić ten inhalator - wspomina pan Mariusz. - I wtedy nagle zapadła cisza. Maksio przestał oddychać.
Natychmiast wezwali pogotowie. Pierwsza przyjechała karetka z Łańcuta, zaraz po niej ratownicy z Rzeszowa. Reanimacja trwała ponad godzinę. W końcu lekarze poddali się. Powiedzieli rodzicom, że ich synek nie żyje.

Jeszcze przed zakończeniem akcji ratunkowej w mieszkaniu rodziców Maksa pojawiła się pani prokurator. Następnego dnia wezwano matkę i ojca na policję, gdzie opowiedzieli o wydarzeniach z ostatnich dni.
Maks został pochowany w ostatni czwartek.

- W dniu pogrzebu synka otrzymaliśmy zawiadomienie o wszczęciu przez prokuraturę w Łańcucie śledztwa w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci Maksa przez lekarkę ze szpitala w Pucku - mówi ojciec. - Jako osoby pokrzywdzone mamy też dostęp do materiałów śledztwa. Wstępna sekcja wykazała, że przyczyną zgonu była ostra rozedma płuc i obrzęk mózgu. Na patomorfologii usłyszeliśmy, że takie przypadki u dzieci się nie zdarzają. Wystarczyło dokładnie zbadać dziecko, podać mu odpowiednie leki, być może zatrzymać w szpitalu.

Zastanawiam się, dlaczego tak nie zrobiono w Pucku? Dlaczego powiedziano nam, że synek z katarem może bezpiecznie wyruszyć w podróż przez Polskę? Mam poczucie, że szpital i pracująca w nim lekarka zawiedli nas w najgorszym możliwym momencie. To było nasze jedyne dziecko...

Jak informuje prokurator Paweł Król, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie, śledztwo w sprawie śmierci Maksa Panka wszczęto już 9 sierpnia.
- Materiały w tej sprawie zostały przesłane do nas, do Rzeszowa, celem przekazania ich do Prokuratury Regionalnej w Gdańsku - twierdzi prokurator Król.
Za nieumyślne spowodowanie śmierci może grozić kara od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.

Lekarka ze szpitala w Pucku zdiagnozowała u 17-miesięcznego ...

Czytaj także

Czekamy na ustalenia prokuratury

Rozmowa z Weroniką Nowarą, prezes Szpitala Puckiego
Jakie jest stanowisko szpitala w sprawie oskarżeń, stawianych przez rodzinę zmarłego dziecka?
W obecnej chwili szpital nie ma możliwości zająć konkretnego stanowiska.Nie mamy żadnych dokumentów, które po wszczęciu postępowania znalazły się w posiadaniu prokuratury i rodziny dziecka. Mamy tylko naszą dokumentacje medyczną. Wynika z niej, że lekarz swoje zadanie wykonał poprawnie.Natomiast, czy zrobił to naprawdę poprawnie, czy nie - zweryfikują odpowiednie służby. Na razie docierają do mnie jedynie informacje z mediów i portali społecznościowych i nie są to źródła, na których szpital powinien się opierać, by wyciągać jakieś wnioski.Bezwzględnie powinniśmy opierać się na opinii prokuratora.

Czy prokuratura kontaktowała się już ze szpitalem?

Nie, zgłosiła się do nas jedynie policja, która poprosiła - na wniosek Prokuratury Rejonowej w Łańcucie - o konkretne dokumenty. I takie dokumenty szpital udostępnił.

Sprawa, jak nas wczoraj poinformowano, zostanie przekazana do Prokuratury Regionalnej w Gdańsku.
Nie ukrywam, że byłaby to dla nas dobra decyzja, nawet w sytuacji, gdyby okazało się, że szpital nie dopełnił swoich obowiązków. Na razie informacje, które się ukazują się w przestrzeni publicznej nikomu nie służą. Staramy się wykonywać swoje zadania najlepiej, jak potrafimy, choć sytuacja nie jest łatwa. Mamy sezon, na to nakłada się COVID-19. Powtarzam, że nie wiem, czy ktoś popełnił błąd, ale czekamy na dokładne zbadanie sprawy przez służby. Wówczas, gdy poznamy wszystkie ustalenia, będziemy się zastanawiać, co dalej zrobić.

Świadkowie: dziecko płakalo i miało świszczący oddech

Już po publikacji artykułu z redacją skontaktowała się pani Joanna z Gdyni (imię zmienione), której 19-letnia córka 7 sierpnia wieczorem zgłosiła się po pomoc medyczną w szpitalu w Pucku.

- Podjechaliśmy pod budynek szpitala tuż przed rodziną z małym dzieckiem - mówiła gdynianka. - To był Maks, poznaliśmy go na zdjęciu w gazecie. Bardzo płakał,oddychał z trudem. Przepuściliśmy ich przed nami, po jakimś czasie córka także weszła do szpitala. Spotkała matkę z dzieckiem, które nadal płakalo i miało świszczący oddech.

Córka próbowała pomagać w uspokajaniu chłopca. Wreszcie chłopiec został poproszony przez lekarza. Wizyta trwała zaskakująco krótko, córka usłyszała, że choć dziecko tak strasznie oddychało, to dostało tylko zastrzyk. W razie potrzeby gotowi jesteśmy potwierdzić to przed prokuratorem.

Panu Joanna twierdzi, że także jej córka, która trafiła do puckiej lecznicy z poważną opuchlizną nogi, nie otrzymała należytej pomocy. - Córka nie dostała informacji, jak stosować leki, żadnej dokumentacji medycznej, nie przeprowadzono badań. Dopiero dwa dni później kolejny lekarz wypisał skierowanie do szpitala w Gdyni. Tak, jak my, także rodzice Maksa wyjechali z Pucka uspokojeni, ale coś tu zawiodło i to bardzo mocno. Jesteśmy w głębokim szoku.

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

W
Wuj Leon

Zabrać tej lekarce prawo do wykonywania zawodu.

Stadiony czynne, galerie restauracje czynne. Przychodnie nieczynne. Diagnozują raka przez telefon. Paranoja

Dodaj ogłoszenie