Lech Bądkowski - to on pierwszy powiedział, że Tusk będzie premierem

Marek Adamkowicz
Pogrzeb zmarłego 24 lutego 1984 r. Lecha Bądkowskiego stał się wielką demonstracją środowisk opozycyjnych Archiwum
24 lutego minie 30 lat od śmierci Lecha Bądkowskiego - pisarza, społecznika, Cichociemnego, jednej z najważniejszych postaci w powojennej historii Pomorza.

Zdjęć z pogrzebu Lecha Bądkowskiego jest sporo. Niemal na każdym tłumy. Przy katafalku najważniejsi ludzie podziemia - Wałęsa, Geremek... Nad grobem wianuszek księży. Największe jednak wrażenie robi trumna okryta flagą zdelegalizowanej Solidarności oraz stanicą (chorągwią) z Gryfem. Symbolicznie pokazują one dwa stopione ze sobą żywioły: ogólnopolski i regionalny, w których Bądkowski był zanurzony przez całe życie.

***
Z urodzenia był torunianinem, rocznik dwudziesty. Można powiedzieć: szczegół, ale w tym przypadku zdecydowanie jest to determinanta. Patrząc z perspektywy Gdańska, zapominamy, że Toruń to również Pomorze. Miasto, podobnie jak nasze, ukształtowane doświadczeniem pruskiego zaboru z jego wojskowo-urzędniczą dyscypliną, ale zarazem jakże odmienne! W międzywojniu nie było tam przecież żadnego Wolnego Miasta, tylko siedziba województwa pomorskiego. Stolica regionu. Stąd u Bądkowskiego można się doszukać zarówno pruskiej solidności, jak i szerszego spojrzenia - ku morzu. To spojrzenie, którego, paradoksalnie, nad samym morzem zazwyczaj brakuje.

***
"Wymagać więcej od siebie" - pod takim tytułem w latach 60. ukazał się tekst Bądkowskiego, w którym rzucał on wyzwanie mieszkańcom regionu: musicie się dokształcać, walczyć z własnym lenistwem, musicie być aktywni. Stawiał poprzeczkę innym, bo o sobie zawsze przecież pamiętał. We wrześniu 1939 r. zdał egzamin nad Bzurą. Bitwa została przegrana, ale on nie ustąpił - przedarł się do Francji. Wojenną chwałą okrył się kilka miesięcy później - w Narwiku, gdzie trafił z Samodzielną Brygadą Strzelców Podhalańskich. Jednostka miała zostać wysłana do Finlandii, by walczyć przeciwko Sowietom, tyle że nie zdążyła. Walki na froncie ustały, więc Polaków wysłano na północ.

Patrząc na towarzyszy broni Bądkowskiego, trudno się oprzeć wrażeniu, że służba w tej właśnie brygadzie po prostu była mu pisana. Chyba nigdzie indziej nie było tylu indywidualności. Prawicowy dziennikarz Ksawery Pruszyński, obok dobrze zapowiadającego się historyka Henryka Jabłońskiego (w PRL zostanie przewodniczącym Rady Państwa). Malarz Józef Natanson, razem Joachimem Badenim, który z czasem przemieni się w mistyka, i Bolesławem Kontrymem, byłym czerwonoarmistą, później Cichociemnym, straconym w 1953 r.

Na wzgórzu w okolicach Narwiku Bądkowski poddany zostanie próbie. W obliczu nacierających Niemców dostanie rozkaz wycofania się, ale go nie wypełni. Zamiast tego skieruje broń w stronę własnego dowódcy, który sam chce zostać na stanowisku do końca. Na wojnie za grożenie bronią oficerowi można stanąć przed sądem polowym. Bądkowski za ten wyczyn dostanie... Virtuti Militari.
***
O życiu decydują ułamki sekund. Niekiedy ma się tego świadomość. Historia Bądkowskiego potoczyłaby się inaczej, gdyby został przerzucony do kraju. Po to przecież przeszedł szkolenie dla Cichociemnych. Mimo dwóch przelotów nad Polskę, nie doszło do skoku. Szczególnie dramatyczna była ostatnia próba, w nocy z 1 na 2 sierpnia 1944 r. Miejsce lądowania wyznaczono w okolicach Warszawy, która w wielu miejscach płonęła; trwało już przecież powstanie. W ostatniej chwili, gdy wyjście z Liberatora było otwarte i wystarczyło zrobić krok w ciemność, akcję odwołano. Maszyna zawróciła...

***
W czasie wojny dojrzewa się szybciej. Pewnie dlatego nie dziwi, że dwudziestojednoletni chłopak wydaje broszurę "Polska lechicka. Szkice pewnej koncepcji Państwa Polskiego". Książeczka jest sygnowana nazwiskiem Mieczysława Gliszczyńskiego, ale bibliograf Tomasz Bedyński przekonuje, że autorem jest tu Bądkowski. Zresztą, jak się zdaje, miał on słabość do kryptonimów. Te wojskowe, wymuszone zasadami konspiracji, to "Jantar" i "Stanica". Natomiast w powojennych publikacjach będzie się podpisywał m.in. jako Mieczysław Koźlikowski i Jordan Koźlikowski. Tomasz Bedyński przypuszcza, że ów Jordan to echo fascynacji prozą Hemingwaya i ukłon w stronę bohatera "Komu bije dzwon".

Prawdziwe za to jest nazwisko Buntkowski, którym opatrzono stronę tytułową "Pomorskiej myśli politycznej" (Bądkowski używał go do 1947 r., kiedy to przywrócił sądownie pierwotne brzmienie rodowego nazwiska). Broszura stała się zapowiedzią drogi, którą zamierzał podążać po wojnie. Chociaż wciąż jeszcze przebywał na Zachodzie, to myślał już o zagospodarowywaniu kraju w duchu regionalizmu, określanego zresztą jako krajowość.

Przekonywał, że "ujednolicanie oblicza Narodu nie jest ostatecznie korzystne dla samego Narodu", marząc o stworzeniu wielkiego Pomorza, aż po Stralsund, czyli dawny Strzałów. Z pomysłów zostało niewiele, bo Polska sięgnęła ledwie Świnoujścia, a dawnych mieszkańców Pomorza Zachodniego, którzy mieli być poddani reslawizacji, wysiedlono za Odrę. Młodzieńcze wizje przegrały w zderzeniu z rzeczywistością. Została jednak nadzieja - w Kaszubach.

***
Wyciągnąć po wojnie rękę do Kaszubów, ryzykowne zagranie. Jakby nie patrzeć, element niepewny. Wielu służyło w Wehrmachcie, a i mowa do polskiej tylko jakby podobna. Bądkowskiemu to nie przeszkadzało. Zdobył ich zaufanie i w 1956 r. był jednym z tych, którzy zakładali Zrzeszenie Kaszubskie (przekształcone w Kaszubsko-Pomorskie). Tyle że on nie zamierzał ograniczać zrzeszenia do pielęgnowania folkloru. Organizacja miała zagospodarować małą kaszubską ojczyznę w zgodzie z potrzebami mieszkańców, a nie wedle wytycznych Warszawy czy partii.

Miała kształcić kadry na przyszłość. Bądkowski zawsze bowiem myślał perspektywicznie, dlatego kiedy w 1989 r. nagle nastała wolność, ludzie ze zrzeszenia tak licznie objawili się w samorządzie. I w rządzie również. Anegdotycznie brzmi dzisiaj opowieść, że to Bądkowski przepowiedział Tuskowi, że kiedyś zostanie premierem. Faktem jest jednak, że uświadomił przyszłemu szefowi rządu jego kaszubskie korzenie.

Ten indywidualny przypadek łatwo uchwycić, podobnych było zapewne więcej, bo przecież znaczna część publicystyki i twórczości literackiej Bądkowskiego była poświęcona odkrywaniu ducha regionu we wszystkich jego odcieniach. Niekiedy wynajdywał go w sprawach osobliwych, jak np. imiona. "Szkoda, że nasze społeczeństwo puściło niemal w całkowitą niepamięć imiona starsze i rdzennie słowiańskie, które przed setkami lat bądź powstały na Pomorzu i tylko tu były noszone, bądź też przybyły z innych stron Słowiańszczyzny i miały bieg na różnych jej obszarach" - utyskiwał. W środowisku pomorskich regionalistów wykreował modę na dawne imiona. Jego córka nazywa się Sławina, natomiast wnuki to Miłosława i Barnim.

***
Lato 1980. Kraj ogarniają strajki, a centrum protestu jest Stocznia Gdańska. 21 sierpnia Bądkowski idzie do zakładu z oświadczeniem Związku Literatów Polskich, popierającym robotników. Świadomy stawki, o jaką toczy się gra, kładzie na szali swój autorytet. Podobnie zrobił w marcu '68, gdy wraz z przyjaciółmi, Różą Ostrowską i Franciszkiem Fenikowskim, odciął się od nagonki na studentów. Wtedy stracił przez to pracę.

Teraz zostaje rzecznikiem Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, negocjatorem Porozumień Sierpniowych. Opozycja wygrywa, ale Bądkowski się wycofuje. Nie może patrzeć na panujący w Solidarności chaos i walkę frakcyjną. Negatywnie ocenia też Wałęsę. Zostaje jednak redaktorem tygodnika "Samorządność", którego ukażą się zaledwie trzy numery. Na więcej nie pozwoli wprowadzenie stanu wojennego. Zresztą nawet gdyby nie Jaruzelski, to i tak nie byłby w stanie długo pracować. Choroby nowotworowej nie dało się oszukać. W ostatnich miesiącach dyżury przy Bądkowskim pełnili przyjaciele.
Godzina śmierci wybiła 24 lutego 1984 roku w mieszkaniu przy ul. Długiej.

***
Bądkowski nie był człowiekiem z kryształu. Redaktor Tadeusz Bolduan zaświadczył, że jak każdy człowiek miał swoje słabości, które odsłaniał w licznych wywiadach i rozmowach towarzyskich, niemniej słabości te starał się przezwyciężać. Najważniejsze jednak, że trwa o nim pamięć, a jego myśl kiełkuje w kolejnych pokoleniach. Inaczej nie zostałby on bohaterem komiksu, a na Facebooku nie pojawiłby się fanpage "Jedno Pomorze, głupcze", pokazujący, że nasz region sięga dalej niż za rogatki Słupska.

m.adamkowicz@prasa.gda.pl

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie