Lębork: Odsłonięto tablicę upamiętniającą ofiary zbrodni na...

    Lębork: Odsłonięto tablicę upamiętniającą ofiary zbrodni na plebanii

    Robert Gębuś

    Dziennik Bałtycki

    Dziennik Bałtycki

    Wstęgę przy tablicy przecięli burmistrz Witold Namyślak i starosta lęborski Edmund Głombiewski
    1/2

    Przejdź do
    galerii zdjęć

    ©Marcin Kapela

    Siedemdziesiąt lat temu Sowieci zamordowali w lęborskiej plebanii osoby, które tam się schroniły i dwóch księży. W rocznicę tego wydarzenia odsłonięto tablicę upamiętniającą ofiary zbrodni.
    Ofiarami każdej wojny jest ludność cywilna, często bezbronna. Dlatego oddajmy hołd tym, którzy na progu wymarzonej wolności stracili życie - powiedział dr Bogdan Libich, dyrektor I LO w Lęborku, podczas uroczystości odsłonięcia tablicy poświęconej ofiarom brutalnego mordu, jakiego dopuścili się Sowieci na plebanii kościoła św. Jakuba Apostoła. Zbrodnię obszernie opisywaliśmy przed rokiem na łamach "Dziennika Bałtyckiego".
    Wyczerpującą publikację na ten temat wydał ks. prof. zw. Lech Bończa-Bystrzycki. Dziś, także dzięki naszej publikacji, wspartej informacjami Zachariasza Frącka z Lęborskiego Bractwa Historycznego, mówi się o tym mordzie głośno.

    "Pamięci wydarzeń i osób zamordowanych przez sowietów dnia 10 marca 1945 roku. Ks. Roberta Königa, ks. Franciszka Szynkowskiego, uciekinierów przed Armią Czerwoną, przebywających na terenie plebanii kościoła pw. św. Jakuba Apostoła, w 70-tą rocznicę - Franciszkanie i Mieszkańcy Lęborka" - to treść napisu na tablicy, upamiętniającej zbrodnię popełnioną w ostatnich tygodniach wojny. W swoim kazaniu, podczas mszy świętej poprzedzającej odsłonięcie tablicy, ojciec Roman Zioła, proboszcz parafii pw. św. Jakuba Apostoła, mówiąc o tragedii z 1945 r., nawiązał do naszych czasów.

    - Niedaleko jest wojna, bardzo blisko - mówił o. Zioła. - Na świecie jest tyle kłamców, którzy używają instrumentalnie swojej religii jak Państwo Islamskie, Putin. To demon, który niszczy człowieka. Można powiedzieć: "Przecież to ja kazałem zdobyć Krym". Można poczuć się Bogiem. Tylko jak czujemy się Bogiem, to nie widzimy drugiego człowieka.

    Po mszy odsłonięto tablicę. Dokonali tego lęborscy samorządowcy. Wśród nich także ci urzędnicy, którzy w poprzednich latach składali kwiaty pod czerwoną gwiazdą na cmentarzu żołnierzy Armii Czerwonej.


    Czerwony kataklizm


    Cofnijmy się o siedem dekad. Jest 10 marca 1945. Cztery dni przed wkroczeniem sołdatów ludność Lauenburga (Lęborka) spanikowała. Z ust do ust przekazywano informację o płonącym Słupsku. Niemieccy żołnierze przyznawali, że nie są w stanie obronić miasta. To ostatni akt dramatu, który rozpoczął się wcześniej.

    - Dramat ówczesnej ludności Lauenburga zaczął się wcześniej niż przed 10 marca - zaznacza dr Bogdan Libich. - Było to, gdy ruszyła wielka ofensywa na froncie wschodnim, dokładnie 12 stycznia 1945 roku. Sytuacja ludności cywilnej na terenach objętych działaniami wojennymi stawała się z każdym dniem coraz bardziej tragiczna. W panice opuszczała ona swoje miejsce zamieszkania, ci, którzy byli w podeszłym wieku, niestety, na ucieczkę się nie decydowali.

    Jeszcze dziś pierwsi mieszkańcy Lęborka opowiadają, że w opuszczonych w pośpiechu domach zastawali na stołach ciepłą zupę. Część uciekinierów poszukała schronienia na plebanii kościoła pw. św. Jakuba Apostoła.

    Proboszczem parafii był wówczas ks. Kurt Heinrich. Od końca 1943 roku pomagał mu ks. Robert König. Został oddelegowany do Lęborka przez biskupa Paderborn, by pomóc w ewakuacji mieszkańców z tych terenów. Wraz z nim na plebanii przebywał ksiądz Franciszek Szynkowski z Niezabyszewa, dziekan dekanatu lęborskiego. Duchownemu towarzyszyła siostra z mężem i dwiema córkami.

    Na plebanię weszli rosyjscy żołnierze, zajrzeli do kuchni. Zaczepili siostrzenicę ks. Szynkowskiego i zażądali, by dziewczęta napiły się z nimi wódki. Kiedy odmówiły, wpadli w szał. Próbowali je zgwałcić. W obronie kobiet stanął ks. Szynkowski. To przebrało miarę. Na plebanii rozpoczęła się rzeź. Rosjanie zastrzelili ks. Szynkowskiego, jego rodzinę, ks. Koniga i przyjaciela kapłana. To, co stało się już po masakrze, dopełnia obrazu zezwierzęcenia Rosjan.

    - O wyjątkowej pogardzie dla człowieka niech świadczy fakt, że tych ciał nawet przez kilka dni nie pozwolono pochować. Leżały w ogrodzie. Dopiero po dwóch tygodniach zdecydowano się na pochówek - mówił Libich.


    Nie uciekli śmierci


    Przy okazji odsłonięcia tablicy Bogdan Libich wspomniał o tragedii Gustloffa, storpedowanego w pobliżu Łeby. - 30 stycznia 1945 roku zatopiono niemiecki transportowiec Wilhelm Gustloff, który wywoził uciekinierów z okolic Gdyni, Gdańska i Prus Wschodnich. Do dziś wśród historyków trwa spór, ile wówczas ludzi zginęło w Bałtyku. Mówi się o ponad 9 tysiącach osób, które zamarzły w wodzie w zimną, styczniową noc.

    - Dlatego zawsze powinniśmy pamiętać, jak cenną rzeczą jest pokój i jak powinniśmy o niego zabiegać - zakończył refleksją dr Bogdan Libich.

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo