Laureatka plebiscytu Kobieca Twarz Pomorza: Katarzyna Zajkowska, która wygrała w kategorii "Matki" [zdjęcia, wideo]

Gabriela Pewińska, Ryszarda WojciechowskaZaktualizowano 

Wideo

Zobacz galerię (16 zdjęć)
- Musiało minąć trochę czasu, zanim zrozumiałam, że nie trzeba być mamą doskonałą, jedynie wystarczająco dobrą - mówi Katarzyna Zajkowska, laureatka naszego plebiscytu „Kobieca Twarz Pomorza” w kategorii "Matki".

Dziewczyna ze Śląska zostaje Kobiecą Twarzą Pomorza… Jak to się stało?!

Moja dusza jest rozdwojona. Po części wciąż tkwi na Śląsku, skąd pochodzę, ale od niedawna zagnieździła się też na Pomorzu, gdzie przyjechałam za miłością mojego życia.

Czyli?

Pewnego dnia poznałam przyszłego tatę swoich dzieci i nagle wszystko się zmieniło. Pamiętam, gdy całą naszą czteroosobową rodziną postanowiliśmy poszukać, na Pomorzu właśnie, jakiegoś pięknego miejsca do życia. Los skierował nas do Bielkówka, było późne, sierpniowe popołudnie… Zachód słońca, jaki wtedy ukazał się naszym oczom, był czymś zupełnie zjawiskowym. Pamiętam, jak powiedziałam: - To jest to! Dziś ten zachód słońca oglądam z naszego tarasu.


Pani Pomorze?

Stronię od intensywnego, wielkomiejskiego życia. Na co dzień tyle dzieje się wokół mnie, żyję tak intensywnie, tak dynamicznie, że potrzebuje wyciszenia, spokoju. Dlatego otoczyłam się cudownymi ludźmi, przepięknymi widokami i możliwością robienia tego, co dla mnie w życiu jest ważne.

Siła płynie z rodziny?

Nasza nie była typowa. Oboje jesteśmy po przejściach życiowych, dziś tworzymy kochającą się rodzinę. Wychowujemy dwójkę naszych synów, ale chłopcy mają też świetny kontakt ze swoją przyrodnią siostrą, córką z pierwszego małżeństwa ich taty. Cała trójka to kochające się rodzeństwo.

Pani synowie?

Mój starszy syn kilka dni temu skończył osiemnastkę. Nie chce mi się wierzyć… Mogę się pochwalić, że nasze relacje są bardzo dobre. Ogromnie to sobie cenię.

Jak takie relacje się kształtuje?

Kiedyś wydawało mi się, że nie sprawdzam się w roli matki. Czułam, że nie spełniam oczekiwań, że nie jestem w tym dość dobra. Jedno, z czego byłam dumna to to, że potrafię rozmawiać z moimi dziećmi, że udało mi się stworzyć z nimi dobry kontakt. Ta bliskość wyzwoliła więź, która trwa do dziś. Jednak musiało minąć trochę czasu, zanim zrozumiałam, że nie trzeba być mamą doskonałą, jedynie wystarczająco dobrą. Myślę, że sekret tych relacji tkwi też w tym, że nie do końca jestem przyjaciółką swoich synów. Zawsze mogą na mnie liczyć, wiedzą, że mają we mnie oparcie, ale jednak czuję, że powoli muszę odcinać pępowinę… Dość szybko zaczęłam starać się o to, by stawali się samodzielni. Nie wychowywałam ich bezstresowo, ale może to i lepiej? Nie w tym rzecz, by wciąż być ze swoimi dziećmi, by trzymać je za rączkę i chronić przed niebezpieczeństwem. Taka nadopiekuńczość nie jest dobra dla żadnej ze stron. I moi synowie z czasem czuliby się z tym źle, a i ja w tym matkowaniu zapomniałabym o samej sobie.

Dziś nadopiekuńczość w rodzinie święci triumfy. Może powinna pani wydać jakiś poradnik, co zrobić, by nie wpaść w tę pułapkę?

Moja mądrość nie wzięła się znikąd. Uczestniczyłam w warsztatach Szkoła dla Rodziców. To mi pomogło. Ustawiło pewne sprawy. Tam po raz pierwszy usłyszałam, że wcale nie muszę być doskonała, że każdy popełnia błędy. I że - paradoksalnie - czyniąc dobrze, można zrobić komuś krzywdę. Tak jest z uzależnianiem - świadomym lub nie - dzieci od siebie. Dziś moi synowie to dwójka naprawdę fajnych nastolatków, którzy potrafią być dla mnie oparciem.

Te relacje są podobne do pani relacji z rodzicami?

Zawsze łączyła nas silna więź. Ale to też zasługa moich rodziców, którzy wpajali mi, że rodzina to korzenie. Znam dobrze historię swojej rodziny. Czerpię z tego moc. Te tradycje rodzinne zawsze staraliśmy się pielęgnować, uświadamiać synom, jak one wiele znaczą. Wchodzących do naszego domu witają fotografie przodków… Historie tych ludzi są w nas wciąż żywe. Mam poczucie, że wszyscy oni nad naszym domem, nad nami czuwają.

Dom jest dla domowników, a nie domownicy dla domu. To pani słowa.

Nie wiem tylko czy w ten sposób nie usprawiedliwiam swego bałaganiarstwa. (śmiech) Ale też nigdy nie miałam poczucia, że bałagan w domu przeszkadza w byciu szczęśliwą rodziną… Podchodzę do tego na luzie, nie stresuję się, choć może pomaga mi w tym to, że dzielimy się obowiązkami? Mój partner jest pod tym względem ideałem. Ale i synowie nie migają się od roboty. Ja jestem od pewnego czasu tak zaangażowana w pracę, że pomoc w utrzymaniu domu jest mi niezbędna po prostu.

Ponoć dopiero po czterdziestce poczuła się pani w pełni sobą.

Ta czterdziestka to cezura. Wcześniej czułam się wewnętrznie rozbita. Nie umiałam tak z sobą, jak i ze światem sobie radzić. I choć ludzie zawsze postrzegali mnie jako kogoś pewnego siebie, kobietę pełną wewnętrznej energii, ja taka nie byłam. Pewnego dnia postanowiłam siebie poukładać na nowo.

Tak po prostu?

Zaczęłam od książek na temat samorozwoju, znalazłam swoich mentorów. Wreszcie zrozumiałam, że - by cokolwiek zmienić - po prostu trzeba to zrobić. A nie jest to proste dokonać zmian w swoim życiu. Jednak warto spróbować. Wystarczy zrobić jeden krok, mimo strachu. Dziś wiem, że poczucie własnej wartości nie jest zależne od tego co mówią inni. Jestem też przekonana, że nie trzeba pracować nad wszystkimi swoimi słabościami, lepiej skupić się na tym, co jest naszą mocna stroną, to rozwijać.

Miłość, którą znalazła pani była następstwem tych zmian, czy to ona je wywołała?

Największą trudnością w moim życiu było zrozumieć, że ja to jestem ja. Niezależnie od tego, czy jestem kochana czy zabiegam o miłość. Miłość jest ważna, ale nie zawsze jest nam dana. Nie może zatem warunkować całego naszego życia. Jeśli mamy głębokie poczucie tego, kim jesteśmy, będzie nam łatwiej iść przez życie nawet w pojedynkę. Ja nie zależę od miłości. Choć oczywiście tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono… Ale wiem jedno - lubię siebie.

Ta samoakceptacja pomaga w pracy?

Pracuję jako menager, specjalista ds. rekrutacji i szkoleń w świetnej firmie handlowej. Tu ludzie naprawdę są wobec siebie życzliwi. Cenię sobie ten komfort. Kiedy zaczęłam pracować w tym zespole, poczułam się jak kwiatek zasadzony do żyznej gleby. Rozkwitła moja kreatywność i zapał.

Ponoć pani pasją są gry planszowe. Wygrywa pani na okrągło?

Kiedyś tak było, ale dziś z moimi synami nie mam szans! Jednak gdy widzę moje dzieci, które kiedyś po przegranej płakały, a dziś triumfują w grze - czuję satysfakcję! Takie gry to świetna okazja, by spróbować być razem, a przynajmniej dobry ku temu pretekst. Pierwszy krok.

Nasz plebiscyt
Prezentujemy laureatki plebiscytu Kobieca Twarz Pomorza.

W akcji wzięło udział ponad 300 mieszkanek naszego regionu. Najpierw Czytelnicy i użytkownicy serwisu internetowego www.dziennikbaltycki.pl wybrali finalistki w trzech kategoriach: Córki, Matki i Seniorki. Następnie kapituła konkursu podczas castingów wyłoniła trzy laureatki, które biorą udział w kampanii Kobieca Twarz Pomorza. Rozmowy z nimi oraz galerie zdjęć w kolejnych sobotnich wydaniach „Dziennika Bałtyckiego” oraz na stronach naszego serwisu.

Przeczytaj o zwyciężczyni w kategorii "Córki": Daria Ceynowa - Kobieca Twarz Pomorza

Więcej o naszej akcji CZYTAJ TUTAJ

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 3

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

b
beret62

Znam osobiście niestety ale od wielu lat na szczeście bez kontaktu. Odwiedzaliśmy sie wspolne rodzinne wyjazdy. Całkiem inaczej to wyglada w rzeczywistości. Zgadzam sie z krótkimi komentarzami jn. Krzywd narobiła . Ale całe szczeście nie mam kontaktu.

B
Bary

Pudernica!

B
Baribal

Mordo ty moja! Idz do kata i sie zawstydz!

Dodaj ogłoszenie