18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Laboratorium złego czasu

Gabriela PewińskaZaktualizowano 
Benjamin Button (Brad Pitt), ofiara złośliwie biegnącego czasu, w wieku przedszkolnym
Benjamin Button (Brad Pitt), ofiara złośliwie biegnącego czasu, w wieku przedszkolnym © 2009 Warner Bros. Entertainment Inc.
W pewnym centrum rozrywki w Tunezji właściciele tak skonstruowali zegary, by doba była dłuższa o godzinę. Żeby goście dłużej mogli się cieszyć życiem i spędzonym tam czasem. W ciągu godziny tak wiele może się zdarzyć.

Nie wiem, jak technicznie rozegrano to przedsięwzięcie, ale pomysł chwycił. Czy ludzie byli szczęśliwsi dzięki tej darowanej godzinie? Być może. Ale ja przecież mam pisać o filmie "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona". Skąd zatem ten tunezyjski wtręt? Ano stąd że historia Benjamina Buttona to prawdziwe laboratorium czasu.

Benjamin, jak mówi, urodził się "w niezwykłych okolicznościach". Jakiś związek z jego narodzinami musiało mieć zapewne dzieło pewnego zegarmistrza. Zegarmistrz, który utracił na wojnie syna, skonstruował niezwykły zegar, pozwalający cofnąć czas. Powiesił go w holu nowoorleańskiego dworca i pchnął wskazówki. Wszystko wróciło. Także syn z wojny.

Pomysł godny wielkich, samego Francisa Scotta Fitzgeralda. To na podstawie jego opowiadania, pod tym samym tytułem, David Fincher zrobił swój film. Ale tego zegara w opowiadaniu nie ma. Beniamin z opowiadania, a Benjamin z filmu to zupełnie inna historia. Łączy ich jedno. Rodzą się jako starcy i z roku na rok stają się coraz młodsi. Marzenie?

"Bylibyśmy o wiele szczęśliwsi, gdybyśmy mogli rodzić się w wieku 80 lat i stopniowo młodnieć aż do 18 roku życia" - twierdził Mark Twain. Cytat zainspirował ponoć Francisa Scotta Fitzgeralda. W swoim literackim laboratorium czasu postanowił zbadać, jak by to było. Co by się stało? I czy Twain ma rację? Jego śladem poszedł Fincher.

Wyniki eksperymentu? Okazuje się, że z Benjamina Buttona los zakpił sobie okrutnie. Wskazówki zegara biegły pod prąd tylko dla niego. Reszta, ci których kochał, żyła według własnych zegarów. On młodniał, im przybywało zmarszczek. On nabierał sił, oni umierali. I o dziwo, nawet miłość nie była w stanie zatrzymać perfidnie biegnącego czasu. Przez ten złośliwy czasu bieg Benjamin Button skazany był na samotność. Przepowiedziała mu ją pewna mieszkanka domu starców, gdzie spędzał swoje dzieciństwo (swoją starość?), gdzie od ludzi stojących nad grobem uczył się nie tyle życia, ile śmierci.
Ale miał też Benjamin swój dobry czas. Gdy zegary zdawały się biec dla wszystkich jednakowym rytmem, gdy nie odczuwał, że jest inny. Gdy nie dręczyło go poczucie rychłej utraty. W gruncie rzeczy tak samo bał się swojej postępującej młodości jak wszyscy inni bezwzględnej starości i nieuchronnego końca.

"Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" to opowieść o przemijaniu. O nieuchronnym upływie czasu. O tym, że cokolwiek robilibyśmy z zegarami, i tak nasza historia zatoczy koło i się skończy. I czy będziemy się starzeć, czy młodnieć z wiekiem, tak samo przyjdzie nam cierpieć, gdy życie zacznie dobiegać końca. Ale to też historia o tym, że warto wykorzystać swój dobry czas. Że każdy taką chwilę dostaje. Mieli swój czas Benjamin (Brad Pitt) i miłość jego życia Daisy (Kate Blanchett). Byli razem szczęśliwi, tak długo jak tylko czas im na to pozwolił.

Film ów jest opowieścią o tym, że czas bywa dla miłości bezlitosny. W opowiadaniu Fitzgeralda miłości nie ma. To prawdziwe, odarte z emocji i uczuć laboratorium przemijania. Matematyczne doświadczenie. Filmowy Benjamin rodzi się po prostu jako brzydko pomarszczony niemowlak. Beniamin noworodek z opowiadania "włosy miał przerzedzone i siwe, na pierś spadała mu długa broda koloru dymu". Do tego mówi. Narzeka. Ma pretensje.

Benjamin w filmie jest od początku do końca taki sam. Zmienia się tylko jego wygląd. Przypominają mi się słowa aktora Ralpha Richardsona: "Pewnego dnia poszedłem do parku. Na trawniku siedział królik. Nagle pojawiła się obok niego fretka. Królik ją dostrzegł, nie uciekł, tylko udał, że ukrywa się za jednym źdźbłem trawy i że go nie widać. Fretka rozejrzała się i nie zauważyła królika. On tak silnie uwierzył w to, że ukrył się za źdźbłem, że i ona w to uwierzyła. Wtedy to dostałem prawdziwą, największą lekcję aktorstwa".

Dla Brada Pitta zmiany osobowości bohatera byłyby chyba większym wyzwaniem niż zmiany w charakteryzacji. Może powstałaby wielka rola. To co widzimy - to na Oscara, jak dla mnie, za mało.
Film Finchera jest mądrą filozoficzną gawędą, ale też historią Ameryki XX wieku, podaną w pigułce. Trochę to szkolne posunięcie tak wszystko upchnąć do jednego worka, jak na Oscara - zbyt wiele.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie