"Kreacja" w Teatrze Wybrzeże. Zabawa w Pana Boga [RECENZJA, ZDJĘCIA]

Jarosław Zalesiński
Spektakl "Kreacja" wystawiany jest w Teatrze Wybrzeże Fot. Karolina Misztal
Po premierze „Kreacji” Ireneusza Iredyńskiego w Czarnej Sali Teatru Wybrzeże. Przedstawienie jest rodzajem performansu opartego na schemacie Drogi Krzyżowej.

„Kreacja” Ireneusza Iredyńskiego, najnowsza premiera Teatru Wybrzeże, przypomniała o istnieniu Czarnej Sali. To maleńka scena, do której dociera się po wewnętrznych schodkach, z foyer na piętrze, i już sama ta wędrówka jest jakąś przygodą. Jarosław Tumidajski, reżyser „Kreacji”, z przechadzek z foyer do Czarnej Sali i z powrotem zrobił część spektaklu. A nawet więcej niż część - istotę. Całe przedstawienie jest rodzajem performansu opartego na schemacie Drogi Krzyżowej, z finalnym ukrzyżowaniem. Nie ma w tym żadnej bluźnierczej czy prowokacyjnej intencji. Tumidajski traktuje religijny wymiar sztuki Iredyńskiego - a taki wymiar da się z niej wydobyć - bardzo serio. Nie wiem, czy aby nie sam sobie stawia pytania, które z jego przedstawienia wynikają. Tych pytań jest sporo. Najważniejsze wydaje się takie: czy w naszych postreligijnych czasach sacrum może się jeszcze uobecnić? Przede wszystkim zaś - czy może się jakoś uobecnić w sztuce?

Kurator jako Bóg

Iredyński rozpisał dialogi „Kreacji” na trzy zaledwie osoby: Nikta, prowincjonalnego malarza, jego dziewczynę Gosię, małomiasteczkową bibliotekarkę, której jedynym życiowym programem jest materialne wybicie się, oraz niespodziewanie przybywającego do ich ciasnego, zamkniętego świata Pana: stołecznego krytyka sztuki, który postanowił uczynić z Nikta wziętego malarza. Pan liczy na to, że obrazy Nikta będzie można potem sprzedawać za okrągłe sumki, odbierając sobie od tego 20-procentową prowizję. A poza tym - zabawa w Pana Boga, który może stworzyć drugiego człowieka według własnego planu, bawi go chyba dla samej tej gry.

Pierwsze pytanie, jakie sztuka Iredyńskiego stawia, dotyczy granic tak pomyślanej kreacji: czy drugi człowiek jest nieskończenie plastyczny, czy da się z nim zrobić wszystko, czy można wmanipulować go w każdą rolę? Robert Ninkiewicz tak właśnie gra Pana: jako kogoś wszechwładnego, czujnie, spod oka śledzącego innych ludzi, potrafiącego przewidywać ich kolejne ruchy, ba - nawet ich bunt, który wkalkulowuje w cały plan. Zarówno Nikta, jak i Gosię Pan potrafi okręcić sobie wokół palca i kreować ich kolejne wcielenia. Może na przykład małomiasteczkową bibliotekarkę zmienić w efektowną lalkę z sexshopu, może na Nikta wpłynąć tak, że ten zacznie upodabniać się do niego we wszystkim, zakładając nawet identyczne koszulki i buty. Pan czuje się panem tej rzeczywistości, a najważniejszym instrumentem jego władzy są stuzłotowe banknoty, których potrafi przywieźć cały karton, żeby rozsypać je na podłodze mieszkania Nikta i Gosi. Pieniądz może tu wszystko.

Przez niemal cały czas przedstawienia na jednej ze ścian wyświetlany jest napis (w języku angielskim) „Bóg jest kuratorem”. Można to chyba przeczytać jako rodzaj credo granej przez Ninkiewicza postaci. To człowiek, który wchodzi w rolę Pana Boga, bo poczuł się kreatorem rynku, wszechwładnym sprawcą tego kto, co i za ile kupuje. Wydaje się, że spod tej jego władzy nikt nie jest w stanie się wyzwolić. Nikt - z wyjątkiem Nikta.

Religia i postreligia

Małomiasteczkowy artysta (w roli Nikta debiutuje w Teatrze Wybrzeże Marcin Miodek) ma jedno własne marzenie, niezależne od zamówień, jakie narzuca mu Pan: chciałby namalować Drogę Krzyżową. Nikt jest jednak szczególnym artystą religijnym, szczególnym, bo żyjącym w naszych postreligijnych czasach. Jak wyobraża sobie sacrum w sztuce, widać po tym, jak jest przez niego traktowana reprodukcja „Ostatniej wieczerzy” da Vinci, wyświetlana na ścianie i wydrukowana na wielkim banerze, rozciągniętym na podłodze pracowni Nikta. W projekcji twarze postaci, w tym Chrystusa, znikają, poddane niszczącemu wpływowi czasu. Nikt w swoim kreacyjnym zapale dokańcza tej destrukcji. On chce tworzyć dzieła religijne na nowo, według innych kanonów piękna, niż te, jakie przyświecały niegdyś artystom (takim jak Bach, którego przepiękna aria „Erbarme dich, mein Gott” z Pasji św. Mateusza rozbrzmiewa w tym przedstawieniu). Stworzy zatem własny performans, w którym... ukrzyżuje Pana. Na jego manipulacje odpowie własną manipulacją. Na przemoc - przemocą. Tyle że z sakralnym, a nie merkantylnym uzasadnieniem.

Premiera „Kreacji” to jedno z działań Teatru Wybrzeże, mających na celu przypomnienie zapominanej dziś twórczości Ireneusza Iredyńskiego. Jak pokazała ta premiera - wartej grania przez teatry. Dającej spore możliwości aktorom (najpełniej wykorzystane w tym spektaklu przez Roberta Ninkiewicza, mniej przez Martę Herman i Marcina Miodka, w początkach przedstawienia nadekspresyjnego), przede wszystkim zaś - tworzących pole do popisu dla reżysera, jeśli ten potrafi wydobyć z tekstu Iredyńskiego ukryte znaczenia, wybrzmiewające dzisiaj z dużą siłą.

Tumidajski wydaje się mówić w swoim przedstawieniu, że człowiek, który uzna sam siebie za Pana Boga, za kuratora świata, nie zapanuje nad swoimi skłonnościami do manipulacji i do przemocy. A jeśli ubierze to w religijne przebranie - nie okaże się to niczym lepszym.

[email protected]

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
Polihistor

jeszcze mniej więcej ćwierć wieku temu ...

Dodaj ogłoszenie