Koronawirus na Pomorzu. Ratownik: Pracujemy po 12, 24, czasem 48 godzin z rzędu. "Tylko 30 proc. wezwań jest zasadnych" [#BOHATEROWIE]

Tomasz Smuga
Tomasz Smuga
- Szczególnie frustrujące jest, kiedy chorzy, lub częściej rodzina, kłamią w czasie wzywania pomocy lub zbierania przez nas wywiadu. Temat na czasie, bo w sumie ludzie boją się koronawirusa do tego stopnia, że kłamią pytani o kontakt z chorymi lub o objawy grypy - opowiada w rozmowie z naszą redakcją jeden z ratowników medycznych z Wejherowa.

To kolejna rozmowa w ramach cyklu #Bohaterowie - opowiadamy o ludziach, którzy codziennie walczą dla nas z koronawirusem.

Coraz więcej przypadków zarażenia koronawirusem, wiąże się dla służby zdrowia, w tym ratowników medycznych, z jeszcze intensywniejszą pracą.
Każdy z nas idąc na studia lub studium myślał, że będziemy ratować życie. W sumie robimy to. Sprawia nam to satysfakcję, jednak jest to ułamek naszej pracy. W trakcie większości wezwań zajmujemy się czymś dalekim od tego, czego oczekiwaliśmy od zawodu ratownika medycznego.

To znaczy?

Pracujemy po 12, 24, czasem 48 godzin z rzędu. Pracujemy w szpitalach, w zespołach ratownictwa medycznego, czasem w innych służbach, w karetce tylko dorabiając. Pracujemy w dzień, noc i święta. Zawsze jesteśmy gotowi, jak nie my, to zespół ze stacji obok. Jednak nie zawsze ratujemy życie. Tylko 30 proc. wezwań jest zasadnych, czyli takich, podczas których występuje zagrożenie życia lub zdrowia. Co zatem z pozostałymi wezwaniami? Jeździmy do zatrzymań krążenia, wypadków i duszności w przerwach między „złym samopoczuciem od 3 dni” albo „nadciśnieniem tętniczym – 2 dni temu skończyły się leki”.

To są sytuacje, w których pacjent powinien udać się do lekarza rodzinnego albo lekarz do pacjenta. Jest takie coś, jak wizyta domowa, która się pacjentom należy. Jednak trzeba wezwać taksówkę i za nią zapłacić, albo „lekarz odmówił wizyty, kazał wezwać karetkę”. W sumie racja. Pogotowie nie może odmówić, a lekarz z przychodni tak. W ten sposób załatwiamy sprawy innych podmiotów, jak podstawowa opieka zdrowotna albo pomoc socjalna, jednocześnie marnując zasób, jakim jest wyszkolony zespół, wyposażony w sprzęt do ratowania życia, a nie do świadczenia usług taksówki. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś naprawdę potrzebuje pomocy, a my akurat jesteśmy zajęci „wyjazdem POZowskim”.

Czytaj także

Wróćmy do tematu z koronawirusem. Ratownicy medyczni, pracujący w Zespołach Ratownictwa Medycznego wystosowali apel do wszystkich, by podczas udzielania pomocy przez personel medyczny nie należy ukrywać faktu pobytu w strefach, gdzie występował koronawirus i kontaktu z osobami zarażonymi.

Szczególnie frustrujące jest, kiedy chorzy, lub częściej rodzina, kłamią w czasie wzywania pomocy lub zbierania przez nas wywiadu. Temat na czasie, bo w sumie ludzie boją się koronawirusa do tego stopnia, że kłamią pytani o kontakt z chorymi lub o objawy grypy. WAŻNA INFORMACJA: Kłamiąc nie spowodujemy, że choroba nas ominie! Chociaż możemy nie zachorować i tylko zarazić kogoś z naszej rodziny.

Niestety, ta osoba może nie mieć już tyle szczęścia co my. Prawidłowo zebrany wywiad pozwala na lepsze podjęcie decyzji, jaka pomoc jest potrzebna oraz w ostatnim czasie, czy potrzebna jest ochrona dla ratowników.

Wyobraźmy sobie, że wszyscy kłamią, ratownicy nieświadomi zagrożenia wchodzą do chorego, badają go, a potem wszyscy lądują w kwarantannie. Nie ma komu prowadzić karetki, a ambulans bez ratowników to tylko samochód. Wtedy pojawią się pretensje „czemu karetka tak długo jedzie?!”. Pytanie tylko, kto jest temu winny? Dodam tylko, że dla wszystkich pracowników ochrony zdrowia nadchodzi czas intensywnej pracy, a kwarantanny i opieka nad dziećmi zmniejszają ilość osób, które mogą udzielać pomocy.

Swoją drogą sprawa ochrony ratowników to też niezły temat. Pominę aspekty ochrony przed agresywnymi pacjentami, bo co chwilę słychać, że „pobito ratowników, napastnik dostał mandat”. Obecnie mamy mały problem z pewnym wirusem, w związku z czym mamy mieć kombinezon, maseczkę, gogle i rękawice. Takie komplety zawsze były w karetkach, ale były „na sztukę”.

Kto się spodziewał epidemii? Ano nikt. Po co kupować jakieś zapasy do magazynu, skoro żyje nam się dobrze. Liczy się, że osiedle jest ładne albo, że nową drogą dojedziemy szybciej do pracy. Takie rzeczy przyciągają oko, wyborców i pieniądze. A ochrona zdrowia? Kogo obchodzi, czy przyjadę nową karetką, czy starym rzęchem. Mam wykonać zadanie i tyle. Teoretycznie gwoździe można wbijać tak samo nowym, jak i starym brzydkim młotkiem. Tylko to u nas tak nie działa. Cały czas jesteśmy „łatani”, dostajemy coś dopiero wtedy, gdy się zepsuje albo zużyje, albo ma być „bo będzie kontrola”.

Inwestycje są, szpitale się rozbudowują, czasem ktoś kupi karetkę i zrobi przekazanie z wielką pompą, ale to nadal za mało. Obecna sytuacja pokazała, jak krótkowzroczne jest wydawanie pieniędzy w ochronie zdrowia. Szpitale, pogotowia i przychodnie „mają się jakoś kulać”. Szczególnie to widać, kiedy nagle wszystkiego zaczęło brakować. Nie ma środków ochrony dla personelu, nie ma środków do dezynfekcji. Jaki szpital czy pogotowie pozwoli sobie na robienie zapasów takich materiałów, skoro musi wyremontować jakiś oddział albo kupić karetkę? Albo dać podwyżkę personelowi?

Ratownicy medyczni w rozmowie z portalem Medexpressem powiedzieli, że w związku z zagrożeniem zakażenia koronwairusem obawiają się, że prędzej czy później przejdą na kwarantannę. Nie będą w tym czasie zarabiać. Twierdzą, że pieniądze, które otrzymają z ZUS-u nie wystarczą im na życie.

Gdy pielęgniarki strajkują, to odchodzą od łóżek. Lekarze rzucają wypowiedzenia, bo wiedzą, że bez nich oddział będzie musiał zostać zamknięty. A ratownicy? My jesteśmy frajerami, bo nie zostawiliśmy pacjentów, nie zeszliśmy z dyżurów, część pracowała nawet pomimo braku umów. Nie umiemy strajkować, dlatego mamy taką dysproporcję w zarobkach względem innych pracowników sektora ochrony zdrowia.

W internecie popularne są teraz akcje, w której Polacy chcą podziękować służbom medycznym – ludziom, którzy codziennie walczą z epidemią koronawirusa w pierwszej linii.

Przyznam, że teraz ludzie nas doceniają. Organizowane są akcje wspierania medyków, dostajemy kawę i pizzę, zbiera się dla nas środki na zakup sprzętu, ludzie szyją maseczki. Nie zrozumcie mnie źle, cieszę się, że ktoś nas docenił i chce nam pomóc, ale czemu dopiero teraz, kiedy najbardziej nas potrzeba? Czemu dotychczas słyszeliśmy „masz służyć, pracujesz za moje podatki”, albo „tylko siedzą i kawkę piją”.

Pracujemy dużo, spędzamy w pracy 200 – 300 godzin miesięcznie nie dla naszego kaprysu, tylko dlatego, że musimy jakoś zarobić na życie. Druga sprawa. Jest nas za mało. Gdyby każdy ratownik pracował tylko w jednym miejscu, to nie wystarczyłoby personelu do obsadzenia wszystkich karetek, a co dopiero szpitali i śmigłowców. Dlatego pracujemy głównie w ramach „elastycznego zatrudnienia” - kontrakty, zlecenia, czasem etat albo półtorej. Mamy rodziny i one na tym cierpią najbardziej, a będzie jeszcze gorzej.

Co roku coraz mniej osób kończy studia o kierunku ratownictwo medyczne. Mamy wiele problemów: sprzęt się psuje, ludzie nas nie szanują i okłamują. W tydzień widzimy więcej cierpienia, niż wielu z was przez całe życie. I nawet nie mamy zapewnionego psychologa, chyba, że sami mu zapłacimy. Żartujemy, że nasz psycholog to „fajka na podjeździe”, bo tam rozmawiamy o naszych problemach. A na dokładkę koronawirus i zamieszanie, jakie wywołał. Dlatego wielu z nas jest nerwowych, bywamy oschli, nawet niegrzeczni. Z powodu wypalenia zawodowego olbrzymia cześć ratowników rezygnuje z pracy w wieku 30 lat i szuka lepszej, mniej odpowiedzialnej pracy, np. spawacza. Zarobi więcej i nie musi podejmować decyzji o ludzkim życiu.

Najnowsze informacje z regionu o zagrożeniu koronawirusem!

Mimo to, cały czas można na was liczyć, szczególnie w okresie obecnej pandemii.
Pomimo naszych problemów zawsze stawiamy się na dyżur i kiedy ktoś nas wzywa, staramy się pomóc. Robimy co możemy, a i często więcej niż musimy. Chociaż czasem po nas tego nie widać, to w zawodzie trzyma nas empatia i chęć pomocy drugiemu, a nie zarobki. Olbrzymią motywacją, żeby wstać o 5 rano do pracy są koleżanki i koledzy, z którymi dzielimy smutki i radości. Spędzając z nimi tyle czasu, że możemy śmiało nazwać ich swoją drugą rodziną. Z tą rodziną chciałbym was poprosić o zrozumienie, że naszą pracą jest ratowanie życia i zdrowia i do takich zadań jesteśmy najlepiej przygotowani. Starajmy się nie nadużywać i tak osłabionego systemu, bo ktoś przez to może nie otrzymać pomocy na czas.

Zakaz przerywania ciąży ze względu na wady płodu. Fala protestów

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

f
frajerze

No i na co narzekasz bucu? Jak jest pożar, to strażacy tak pracują. Jak jest wojna, to żołnierze tak pracują.

Jak jest wypadek w kopalni, to górnicy tak pracują.

Do roboty się bierz, a nie jęczysz.

Dodaj ogłoszenie