Koronawirus na Pomorzu. Jajka, warzywa i owoce przyjadą do domu, czyli jak w czasie epidemii radzą sobie rolnicy i hodowcy

Bogdana Wachowska
Bogdana Wachowska
Obecna sytuacja epidemiologiczna wprowadziła do naszego życia sporo zmian i ograniczeń. Wszyscy liczą, że koronawirus za jakiś czas się uspokoi, ale mają świadomość, że rynek nie będzie już taki sam. Zanim jednak ten trudny czas odejdzie w niepamięć hodowcy, producenci, ale też klienci muszą sobie jakoś radzić, zwłaszcza, że część targowisk została zamknięta.

Pani Karolina prowadzi z rodziną 15-hektarowe gospodarstwo w gminie Tczew. Hoduje kury, uprawia też warzywa, m.in. ziemniaki. Swoje produkty sprzedawała codziennie na tczewskim Manhattanie. Niestety w połowie marca, decyzją prezydenta miasta, z powodu pandemii koronawirusa, targowisko zostało zamknięte.

- Spodziewaliśmy się takiej decyzji – przyznaje pani Karolina. - Wcześniej kierownictwo targowiska przygotowywało nas, że może dojść do takiej sytuacji.

Póki więc stragany jeszcze funkcjonowały, pani Karolina rozdawała wizytówki swoim klientom, a kiedy zapadła decyzja o zamknięciu targowiska, wywiesiła na swoim stoisku kartkę z hasłem „jajka” i numerem telefonu. Nie ona jedna. Na tczewskim rynku na Starym Mieście można znaleźć podobne: „jabłka” i adres czy „ziemniaki” i numer telefonu.
Klienci korzystają z takiej formy zakupów bardzo chętnie.

- Przyznaję, że byłam trochę zawiedziona decyzją o zamknięciu targowisk – mówi mieszkanka Tczewa, która jest stałą klientką pani Karoliny. – Ale ucieszyła mnie ta kartka z numerem telefonu.Zadzwoniłam i… w ciągu 15 minut miałam dostawę jajek do domu, bo pani Karolina akurat realizowała zamówienia w Tczewie. Co więcej mile zaskoczyła mnie ich cena. Myślałam, że w tej trudnej sytuacji i gdy święta za pasem, jajka będą droższe. Były w tej samej cenie, co zawsze, po 80 groszy – zaznacza. - Przypomniały mi się lata 80. i mój śp. dziadek, który uwielbiał „jeść swojsko" i co tydzień męczył swoją córkę, by objeżdżała z nim kilka gospodarstw. Gdzieś kupił wiejski chleb, u innego gospodarza śmietanę i masło, gdzie indziej kurę. I tak zaczynamy trochę cofać się w czasie..., ale wszyscy jakoś musimy sobie radzić.

- Na razie się udaje – mówi z zadowoleniem pani Karolina.

- Klienci przyjeżdżają bezpośrednio po jajka do mnie lub zamawiają je przez telefon, a my potem je rozwozimy. Na tę chwilę udało nam się sprzedać wszystkie jajka.

Oczywiście martwi nas ta sytuacja. Z nadzieją wyczekujemy, że epidemia szybko się skończy i wrócimy do normalnego handlu - dodaje pani Karolina.

Czytaj także

Inni też starają się jakoś radzić.

- Mam niewielkie gospodarstwo, trochę ziemi, trochę kur. Nie handluję na straganie. Kilka osób przyjeżdża do mnie od lat po jajka. Zazwyczaj to dalsi sąsiedzi albo ich rodziny. Nie zmieniło się to, nawet przez tę epidemię. Jedyny kłopot, jaki z tym mam, to to, że kury teraz się mniej niosą - mówi rolnik z powiatu kwidzyńskiego.

Większym jest trudniej

Trudniej jest rolnikom, którzy mają znacznie większe gospodarstwa.
Wiesław Zbroiński, rolnik z Mokrego Dworu przeznacza co roku 60 hektarów ze swojego gospodarstwa na uprawę warzyw. Właśnie przystąpił do siania marchwi oraz pietruszki i przygotowuje pola do następnych siewów na początku kwietnia. Zatrudnia na stałe czterech pracowników.

- Mamy nie lada kłopot ze sprzedażą warzyw, bowiem epidemia zasiała wiele niepewności nie tylko w rolnictwie

– przyznaje pan Wiesław. - Był zbyt na warzywa tydzień temu, a dziś, na warszawskiej giełdzie nikt nie chce kupić nawet marchewki. Dostarczam warzywa do jednej z sieci, ale oni dziś nic nie chcieli kupić z mojego gospodarstwa. Może rynek się nasycił i wszystko wróci do normy. Nikt nie wie, jak długo będziemy żyć w niepewności. Gospodarstwa nie można zamknąć, tak jak firmy. Warzywa muszą być wysiane w odpowiednich terminach, więc pracujemy. Na razie nie mogę szacować strat, ale one się pojawiły i nie można wykluczyć, że pomoc dla rolników będzie konieczna, podobnie jak przygotowywane wsparcie dla firm. Wszyscy tracimy pośrednio i bezpośrednio na epidemii, która dotyka już wielu krajów.

- Dzisiaj dostałem już telefon od rolnika z naszej gminy. Okazuje się, że hipermarkety i hurtownie nie chcą przyjmować już warzyw w takiej ilości jak poprzednio. Uprawia on marchew, seler i pietruszkę. Zasiać musi, ale nie wie, czy będzie miał jak to sprzedać. Wiem, że problem jest też ze zbożami. Na to jest też zmniejszone zapotrzebowanie - mówi Janusz Sampolski, radny gminy Pruszcz Gdański, który „siedzi” w rolnictwie. - Na razie nie umiem odpowiedzieć na pytanie jak to będzie. Na odpowiedzi będziemy musieli poczekać przynajmniej z trzy miesiące. Ważne jest, aby państwo jak najszybciej uruchomiło kredyty dla rolników, ale nie tylko. Teraz wiele branż jest w bardzo trudnej sytuacji. Jestem świadomy, że nie otrzymają oni rekompensaty za całe uprawy, ale mam nadzieję, że chociaż w części zostaną zwrócone pieniądze za ich straty.

Czytaj także

Mleko schodzi

Elżbieta i Tadeusz Gajowniczkowie Polskiego Gronowa w gm. Gniew w swoim gospodarstwie postawili na produkcję mleka. Hodują również trzodę.

- Nie prowadzimy sprzedaży bezpośredniej - mówi Elżbieta Gajowniczek. - Mamy podpisaną umowę ze Spółdzielnią Mleczarską Maluta z nowego Dworu Gdańskiego na odbiór mleka z naszego gospodarstwa. Jak na razie, nie mamy żadnych problemów z odbiorem naszego mleka. Oczywiście musimy spełniać wszystkie warunki, te sanitarne - zwłaszcza w obecnej sytuacji. Nikt z nas nie jest chory, więc nie ma powodów do obaw. Nie wiem, jak wyglądałaby sytuacja, gdyby, któreś z nas zachorowało. Mam nadzieję, że tak się nie stanie.

Gajowniczkowie podkreślają, że również odbiór tuczników odbywa się bez żadnych problemów.

Dla nas prowadzenie handlu bezpośredniego byłoby problemem

- mówi pani Elżbieta. - Wiązałoby się z dodatkowymi wymaganiami, które trzeba by spełniać. To co produkuje, jest na nasze potrzeby, a reszta trafia do spółdzielni. Nawet gdybyśmy chcieli wprowadzić swoje produkty na przykład do marketów, na bazary, to byłoby to bardzo trudne. One są już obłożone w towary od producentów współpracujących z nimi. Zresztą, jesteśmy zadowoleni ze współpracy z Malutą. Fakt, że jest to spółdzielnia, a nie prywatny producent, dla nas jest bardzo istotny. Mamy wpływ na zasady, jakie obowiązują w firmie za pośrednictwem Rady Nadzorczej. Jesteśmy wszyscy traktowani tak samo. To jest dobre.

Rynek już nie będzie taki sam

Sytuacja związana z koronawirusem za jakiś czas się uspokoi, ale rynek będzie już zupełnie inny. Producenci rolni nie mają złudzeń. To co teraz spotyka niektóre branże, nie wróży dobrze na przyszłość.

Czytaj także

- Obecnie skutki epidemii najbardziej odczuwają producenci zajmujący się ogrodnictwem i produkcją bydła mięsnego - mówi Ewa Szymańska z Pomorskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Lubaniu. - Wiosenne targi, na których sprzedawano m.in. krzewy i kwiaty przepadły, targowiska też w większości są nieczynne. A to oznacza, że nic nie sprzedano. Trzeba pamiętać, że w przypadku kwiatów wiosennych nie można odłożyć sprzedaży na później. Śmiało można powiedzieć, że ogrodnicy są w dramatycznej sytuacji.

Jeśli zaś chodzi o wołowinę, to w związku z tym, że restauracje są nieczynne, jej sprzedaż również drastycznie spadła - dodaje Ewa Szymańska.

Potwierdza to Józef Pranga, rolnik z gminy Wejherowo.

- Mam przygotowaną partię bydła, około 20 sztuk. Niestety, ze względu na panującą sytuację z koronawirusem firmy nie są zainteresowane ich zakupem. Poza tym są ograniczenia sprzedażowe, jeśli chodzi o wiek bydła. Druga sprawa, jest taka, że cena bydła spadła teraz o 2 zł na kilogramie. To dla nas bardzo dużo. Na razie czekamy na rozwój sytuacji. Jest ciężko – mówi pan Józef.

Póki co nie najgorzej wygląda rynek wieprzowiny. Cena żywca jeszcze niedawno była bardzo dobra, teraz nie jest zła, co w dobie kryzysu brzmi optymistycznie.

Wciąż wysokie są ceny niektórych warzyw.

- Jednak sytuacja na rynku jest tak dynamiczna i zmienia się z dnia na dzień, że trudno powiedzieć jak długo to się jeszcze utrzyma - dodaje Ewa Szymańska.

Doradcy otrzymali wytyczne z Ministerstwa Rolnictwa, aby na bieżąco raportować o sytuacji.

- Wszyscy szukają rozwiązań, by jak najlepiej pomóc rolnikom - podkreśla Ewa Szymańska. - Sygnały, które do nas docierają, przekazujemy dalej. Mogliśmy zaobserwować sporadyczne sytuacje związane z opóźnieniami w dostawie środków ochrony roślin. Mamy jednak nadzieję, że to były tylko chwilowe trudności.

Odwołane targi

Nie tylko wiosennych targów w Lubaniu nie będzie. Sprawdziły się zapowiedzi, ale trudno wyobrazić sobie inną decyzję. PODR odwołał też XI Wiosenne Targi Ogrodnicze w Starym Polu, które były planowane na 25 i 26 kwietnia.

- Mamy bardzo dużo telefonów od wystawców, zwłaszcza od ogrodników, którzy znajdują się w trudnej sytuacji.

Bo wszystko rośnie, a nie mają gdzie sprzedać swojej produkcji. Mają nadzieję, że impreza się odbędzie. Jednak nawet, jeśli byśmy chcieli zorganizować targi, bo zależy nam na wystawcach, to przede wszystkim musimy brać pod uwagę, jak będzie się rozwijać sytuacja epidemiologiczna - mówiła nam jeszcze kilka dni temu Bożena Korzańska, dyrektor Oddziału PODR w Starym Polu.

Teraz już wszystko jasne. Nie można sobie pozwolić na ryzyko, zwłaszcza gdy chodzi o imprezę, przez którą przez dwa dni przewija się kilka tysięcy osób. Kolejne duże wydarzenie w Starym Polu to XXVII Żuławskie Targi Rolne, połączone z XXI Regionalną Wystawą Zwierząt Hodowlanych. Mają odbyć się 20 i 21 czerwca, ale czy dojdą do skutku? Wszystko zależy od rozwoju sytuacji epidemiologicznej.

(EDA, KAP, WAR, RK, TS)

Badanie w mobilnym punkcie pobrań. Jak się przygotować?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie