reklama

Korol: Trochę lepiej wiosłujemy od innych

Waldemar GabisZaktualizowano 
Adam Korol
Adam Korol Grzegorz Mehring
Rozmowa z Adamem Korolem, wioślarzem AZS AWFiS Gdańsk, mistrzem świata, szlakowym polskiej czwórki podwójnej

Od pięciu lat jesteście niepokonani podczas najważniejszych imprez. Złoto olimpijskie, cztery tytuły mistrza świata. Jak to się robi?
Trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Praca, ale mądra. Wszyscy pracują ciężko i dużo, ale trzeba mądrze.

Na czym ta mądrość polega?
Trzeba znaleźć odpowiedni czas na odpoczynek i na pracę. Teraz czeka nas totalny luz, po to, by maksymalnie się zregenerować. Okres jesienno-zimowo-wiosenny nie może być zbyt intensywny, bo forma przyjdzie za wcześnie. Ostre ćwiczenie czeka nas dopiero w ostatnich tygodniach przed tym najważniejszym startem, wtedy chodzimy na rzęsach, ostatkiem sił. Oprócz tego na każdym treningu dążymy do perfekcji, jeśli chodzi o technikę wiosłowania, ciągle szukamy najlepszego rytmu wiosłowania.

Który z tych złotych medali był najłatwiejszy do zdobycia, a który najtrudniejszy?
Każdy był trochę inny. O pierwszy medal w japońskim Gifu była ostra walka ze Słoweńcami, od początku do końca szliśmy dziubek w dziubek. W Eton prowadziliśmy od samego początku, podobnie było zresztą w Monachium i Pekinie. Medal w Poznaniu był o tyle trudny, że mieliśmy go zdobyć przed własną publicznością. Była ogromna presja, kibice chcieli tylko złota. Moja żona Dagmara opowiadała mi potem, że gdy w finale prowadzili Australijczycy, to na trybunach była kompletna cisza. Dopiero gdy wyszliśmy na prowadzenie zaczęła się wielka wrzawa.

W 2004 roku przegraliście brązowy medal olimpijski o 0,7 sekundy. Myślicie jeszcze o tamtym starcie? Byliście wtedy bliscy zrezygnowania z wioślarstwa. Z tamtej osady nie pływa tylko Adam Bronikowski. Sławomir Kruszkowski jest z kolei członkiem ósemki ze sternikiem, która w Poznaniu walkę o brąz przegrała w podobny sposób jak w Atenach.
Tak naprawdę tamtej porażki nie da się zapomnieć, choć nie rozpamiętujemy jej. Jednak w zeszłym roku wspomnienia wróciły po wygranych przedbiegach i półfinale w Pekinie. Wtedy z Markiem Kolbowiczem zastanawialiśmy się, czy nie będzie podobnie jak w Atenach, gdzie też wygraliśmy dwa pierwsze biegi. Na szczęście tak nie było.

W Poznaniu, po biegu półfinałowym, mówił Pan, że był bardzo zdenerwowany. Dlaczego? Ma pan 35 lat i jeszcze się denerwuje?
To są straszne nerwy. Cały tydzień startowy to wielki stres. Myślenie o tym, co będzie, o tym, że musisz rozegrać bieg jak najlepiej. Wszyscy czekają na sukces, a ja myślę, co zrobić, by nie zawieść. Poza tym to ogromny wysiłek fizyczny, a głowa się broni przed maksymalnym zmęczeniem. To taka wewnętrzna walka ciała i ducha.

Jest Pan szlakowym, czyli tym, który nadaje rytm i tempo pływania. W finale, gdzieś w połowie dystansu, płynęliście najpierw na 33 uderzenia wioseł na minutę, potem doszliście do 40.
Taktykę biegu mamy ustaloną przed wyścigiem. W trakcie w ogóle nie odzywamy się do siebie. Start to bardzo wysokie tempo na 42 uderzenia, po 400 metrach przechodzimy na 35-36, a na finiszu znowu 40 uderzeń. Oprócz tego trzeba pamiętać, by zachować rytm wiosłowania. A ja jeszcze muszę sterować łódką, co niestety nie jest moją najsilniejszą stroną. Podczas wyścigu mamy też ustalone miejsca, gdzie wzmacniamy tempo, np. w Poznaniu po minięciu 1100-1200 metrów, gdy u naszych rywali pojawił się kryzys, przyspieszyliśmy i uciekliśmy im.
Po ubiegłorocznym sukcesie w Pekinie przez pół roku nic nie robiliście. Były tylko wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy, czyli jak w "Seksmisji" Juliusza Machulskiego... A potem i tak zdobyliście złoto na mistrzostwach świata. To demoralizujące, bo pokazuje, że wcale nie trzeba tak dużo pracować, a i tak się wygrywa.
To tak może i wyglądało, ale wcale tak nie jest. Na pierwsze zgrupowanie pojechaliśmy rzeczywiście w lutym [start w Pekinie był w sierpniu, czyli sześć miesięcy wcześniej - przyp. red.], ale normalnie trenować zaczęliśmy od 1 listopada. Każdy z nas realizował plan treningowy w domach. Wywiady czy wizyty w szkołach były, ale to moja praca i trzeba się wywiązać z różnych zobowiązań, choćby wobec miasta Gdańska czy firm Naftoport i Energa, dzięki którym jeszcze spokojniej mogę przygotowywać się do sezonu. Na pewno nie odbywało się to kosztem treningów. Trzeba było tylko poprzestawiać sobie plany, na nowo ustawić harmonogram dnia. To jest nasz chleb i musimy wszystkiego pilnować.

No to jak będą wyglądały przygotowania do następnego sezonu? Mistrzostwa świata odbędą się tym razem w Nowej Zelandii.
Ale nie jak dotychczas w sierpniu, ale na przełomie października i listopada. To duży problem dla nas. W 2011 odbywać się będą kwalifikacje olimpijskie i po mistrzostwach świata w 2010 roku będzie mało czasu na odpoczynek i regenerację. Musimy z trenerem obgadać strategię na najbliższy sezon.

To, że dopłyniecie do Londynu, jest oczywiste, ale czy ciągle będziecie niepokonani?
Jesteśmy na tyle mocni, na ile przeciwnik pozwala. Będziemy się starać, by te sukcesy odnosić jak najdłużej. Czasami sam się trochę dziwię, że ta nasza seria tak długo trwa.

Nie macie siebie jeszcze dość? Z Michałem Jelińskim i Konradem Wasielewskim pływa Pan, co prawda, niewiele, bo dopiero od 2005 roku, ale z Markiem Kolbowiczem już ponad 10 lat. Zaczęliście w dwójce podwójnej w 1995 roku.
Przez te lata jakoś się z Markiem dograliśmy. Oczywiście nie zawsze jest wesoło, miło i sympatycznie. Każdy ma jakieś wady i zalety i trzeba to tolerować. Jemu i mi zależy na tym samym, dlatego ciągle razem pływamy. Jedziemy w tym samym kierunku.

Co jest takiego niezwykłego w Korolu, Kolbowiczu, Jelińskim i Wasielewskim, że od pięciu lat jesteście najlepsi na świecie?
(długa chwila milczenia) Może to, że nauczyliśmy się troszkę inaczej wiosłować niż inni. Potrafimy łódkę lepiej popędzić, choć nie jesteśmy tak silni fizycznie jak Niemcy, Chorwaci czy Francuzi. Nasz rytm jest minimalnie lepszy i to pozwala nam wygrywać.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie