reklama

Kolonia duńska w Gdyni i tajemnice jubilatki ukryte w ludzkich losach

Dorota Abramowicz
Pracownicy duńskiej spółki Højgaard & Schultz - Budowa Portu w Gdyni. Od lewej: Marianna Walaskowska - właścicielka ziemi w Rumi, inż. Leon Allweil (stoi), pani Rassmusen, Magdalena Walaskowska, kuca jej bratowa Anna Walaskowska), inż. Rassmusen (za bukietem), Józef Walaskowski (drugi z prawej - stoi) oraz kpt. Grau (siedzi). Gdynia, marzec 1935 archiwum Muzeum Miasta Gdyni
Będzie to „opowieść szkatułkowa”, w której każda historia - na pozór odrębna - pojawia się w sposób nieprzypadkowy. Pokazuje ona, iż mylą się ci, którzy twierdzą, że w 90-letniej historii miasta wszystko zostało odkryte, opisane, udokumentowane. Gdynia naprawdę potrafi jeszcze zaskoczyć.

Wszystkie te opowieści - o Duńczykach, budujących port, o tragicznej miłości Heleny do zamordowanego nauczyciela, tajemnicy aptekarza i o mieszkańcu Izraela, szukającym śladów rodziców - mniej lub bardziej łączą się z pewnym starym albumem, podarowanym przed laty Miejskiej Bibliotece Publicznej w Gdyni.

Album „mało ekspozycyjny”

Zanim w 1983 r. powstało Muzeum Miasta Gdyni, pamiątki związane z miastem przynoszono do Miejskiej Biblioteki Publicznej. Jedną z nich był niepozorny album ze starymi zdjęciami. Na kartce, przyklejonej do okładki, widniał napis Hojgaard & Schultz AS. Nie wiadomo, kto go przyniósł do biblioteki, kogo przedstawiają zdjęcia. Zdjęcia zeskanowano, a album z opisem „mało ekspozycyjny” trafił do muzealnego magazynu.

- Przygotowując projekt wystawy „Gdynia - dzieło otwarte”, zauważyliśmy, że zdjęcia tworzą pewien cykl - wspomina dr Andrzej Hoja z Muzeum Miasta Gdyni. - Kiedy wzięliśmy w ręce album, wiedzieliśmy już, że związany jest on z bardzo ciekawym, duńskim fragmentem gdyńskiej historii.

Niewielu gdynian wie, że przez ćwierć wieku, z przerwą wojenną, w mieście istniała duńska kolonia. Między 1924 a 1936 r. duńska firma Hojgaard & Schultz była głównym wykonawcą budowy portu w Gdyni. Niektórzy Duńczycy pozostali w Gdyni aż do wybuchu wojny, po jej zakończeniu, do 1949 r. pomagali przy odbudowie portu ze zniszczeń. I choć o gospodarczych związkach polsko-duńskich oraz o historii firmy Hojgaard & Schultz pisali już historycy (głównie prof. Bolesław Hajduk), to na temat ludzi - skandynawskich inżynierów i ich rodzin niewiele było wiadomo. Firma zatrudniała kilkudziesięciu pracowników, głównie Duńczyków, którzy przyjechali do rodzącego się miasta z żonami, dziećmi. Ci bogatsi, jak Oluf Madsen czy Holger Rasmussen, jeden z kierowników biura, wybudowali lub wynajmowali domy w dzielnicy Działki Leśne i na Kamiennej Górze. Pozostali zasiedlili drewniane domki, zwane przez gdynian oczywiście „duńskimi”, stojące przy biurze firmy przy ul. Chrzanowskiego.

To właśnie te domki i ich mieszkańców, a także wiele obrazów z życia przedwojennej Gdyni można zobaczyć na zdjęciach z albumu. Widać, jak w miarę upływu lat domki zmieniają się, pięknieją firankami, obrastają ogrodami...

Na pierwszym zdjęciu z albumu, przed wejściem do biura z napisem „Konsorcjum Francusko-Polskie” stoją kobieta i mężczyzna. On pali papierosa, ona kładzie mu opiekuńczo rękę na ramieniu.

- Założyliśmy, że to duńskie małżeństwo - mówi dr Hoja. - Jak się później okazało, byliśmy w błędzie.

Tropy wiodą do Rumi

Praca historyka przypomina czasem działania śledczych. Barbara Mikołajczuk, która jako starszy kustosz przez lata opiekowała się zbiorami dokumentów Działu Dokumentacji Miasta i Portu Muzeum Miasta Gdyni, przypomniała sobie, że album mogła podarować jej niewidziana od dawna znajoma - Małgorzata. Znalazła w starym notesie adres, wysłała list z prośbą o kontakt. Bez rezultatu.

Kiedy umieścili w internetowej wyszukiwarce nazwisko Małgorzaty, pojawił się adres firmy w Rumi. Wybrał się tam Marek Zambrzycki, młody pracownik działu historycznego. Zamiast firmy znalazł zamknięty na cztery spusty barak. Marek krążył po ulicy, dzwonił do kolejnych drzwi. Nikt nic nie wiedział. Nagle zaczepił go bezdomny, który zaoferował pomoc. Podprowadził pod dom, w którym mieszkała poszukiwana kobieta.

- Zdjęcia odziedziczyłam po babci - wyjaśniła pani Małgorzata. - Autorem był jej brat, Józef Walaskowski, obok niego stoi siostra Magda.

Walaskowscy pochodzili z Pelplina, ich ojciec, Leon, był zarządcą majątku biskupiego. Józef przed podjęciem pracy „u Duńczyka” skończył Collegium Marianum, Magda szkołę dla dziewcząt w Tczewie. Znali kilka języków obcych, a Magdalena, która bardzo szybko nauczyła się duńskiego, pełniła w tej samej firmie funkcję sekretarki.

- Potem wyjechała do Warszawy, gdzie została zatrudniona w polsko-duńskim oddziale polskiego radia - relacjonowała pani Małgorzata. - Józef ożenił się z gdańską Niemką, owdowiał jeszcze przed wojną. Po wojnie wyjechał do Niemiec.

Wcześniej jednak zrobił dziesiątki zdjęć, opisanych ołówkiem. Niektóre twarze rozszyfrowali dzięki pani Małgorzacie.

Fotografia z marca 1935 r. przedstawia kobiety i mężczyzn upozowanych przy stoliku z kwiatami. Panie w eleganckich, ciemnych sukniach, panowie w wykrochmalonych koszulach ozdobionych muchami. To pracownicy firmy Hojgaard & Schultz. Od lewej: Marianna Walaskowska, właścicielka ziemi w Rumi, inż. Leon Allweil, pani Rassmusen, Magdalena Walaskowska, jej bratowa Anna Walaskowska, zza bukietu wygląda inż. Holger Rassmusen, obok niego Józef Walaskowski oraz kpt. Grau.

- Duńczycy zatrudniali dwóch polskich obywateli na stanowiskach inżynierów - mówi Andrzej Hoja. - Jednym z nich był pochodzący ze Lwowa Leon Allweil, członek grupy inżynierów skupionych wokół Tadeusza Wendy. To pierwszy Żyd, który uzyskał stały meldunek w Gdyni.

Jak to zwykle w szkatułkowych powieściach bywa, tak i tu nagle nowa historia zaczyna pączkować dzięki epizodycznej postaci.

Avi szuka śladów

Ponad rok temu do gdyńskiego muzeum nadszedł list z Izraela. Niejaki Avi Ben-Har prosił o pomoc w znalezieniu miejsc związanych z jego rodziną.

Wiosną ubiegłego roku starszy pan pojawił się w Gdyni. Na spotkaniu z muzealnikami wyjął pożółkłą fotografię mężczyzny, kobiety i dziecka, i opowiedział o dramatycznych dziejach bliskich.

- To ostatnie wspólne zdjęcie mojej rodziny, wykonane w 1939 roku - powiedział. - Ojca, Salomona Bergmana, matki Sabiny i braciszka, Jakuba.

A skąd tu pączkowanie? Otóż Bergmanowie pojawili się w Gdyni właśnie dzięki Leonowi Allweilowi, który ściągnął bliskich krewnych z województwa stanisławowskiego. Byli zamożnymi właścicielami kilku drogerii (m.in. przy ul. Abrahama, Świętojańskiej i Portowej). Jak podaje Jarosław Drozd w publikacji „Społeczność żydowska w Gdyni w okresie międzywojennym” - w 1925 roku w mieście żyło zaledwie pięciu Żydów, dziesięć lat później już dwa tysiące, a na dwa lata przed wybuchem wojny liczba ta wzrosła do 4897, by w 1939 r. spaść do 4,5 tysiąca. Wyjeżdżali, zaniepokojeni groźbami dobiegającymi z pobliskiego Wolnego Miasta Gdańska.

Salomon postanowił wyruszyć do Argentyny, by tam przygotować nowy dom dla żony i synka. 29 lipca 1939 r. Sabina i Jakub odprowadzili go na Dworzec Morski. Wraz z 1041 pasażerami, wśród których był także Witold Gombrowicz, Salomon wsiadł na pokład transatlantyku Chrobry, płynącego do Ameryki Południowej. Do Polski już nigdy nie wrócił.

Sabina z synkiem uciekła do rodzinnego Kałusza, zajętego przez Sowietów. W 1941 r. w jej domu pojawili się naziści. Zastrzelili małego Jakuba, który nie chciał rozstać się z matką. Kobieta trafiła do obozu. Cudem ocalała, uratowana przez pewnego adwokata, który pomógł jej uciec. Przeżyła wojnę, wyjechała do męża. W Argentynie urodził się Avi. Potem osiedlili się w Izraelu.

Po bracie pozostało Aviemu zdjęcie, wykonane latem 1939 r. w Gdyni. Poprosił pracowników muzeum, by przeszli z nim po mieście ulicami, którymi kiedyś chodził mały Jakub z mamą i tatą. I jeszcze jedno: Leon Allweil także uratował się z pożogi. Zmarł po wojnie, w Izraelu.

Lucjan zostawia Helenę i córki

Z innym pracownikiem duńskiej firmy, Olufem Madsenem, wiąże się kolejna, tragiczna wojenna opowieść.

Madsen wybudował dom przy ul. Zakopiańskiej, gdzie zamieszkał wraz z żoną i córką Heleną. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach córka duńskiego inżyniera spotkała przystojnego nauczyciela geografii i przyrody w gdyńskiej Szkole Podstawowej nr 1, Lucjana Cylkowskiego. Niektórzy twierdzili, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. W 1935 roku Helena poślubiła Lucjana, przed wojną urodziła dwie córeczki. Lucjan był jednym z twórców gdyńskiego harcerstwa, założył 103. Pomorską Drużynę Harcerzy, otrzymał stopień harcmistrza.

Kiedy wybuchła wojna, Madsen ściągnął zięcia, córkę i wnuczki do Danii. Jednak Cylkowski - po krótkim pobycie w domu teścia - zostawił rodzinę i wrócił do okupowanej Polski podjąć działalność konspiracyjną. W 1940 r. został komendantem Szarych Szeregów.

Dwa lata później dostał się w ręce gestapo. Torturowany, nie wydał nikogo. Skazano go na śmierć. Po interwencji konsula Danii Niemcy pozwolili mu na „ucieczkę”, musiał jednak zadeklarować, że będzie donosić gestapo na członków Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski.

Donosić nie zamierzał. Na wolności natychmiast podjął działalność konspiracyjną. Prawdopodobnie zdradził go człowiek, w którego elektrowni wodnej w Bolszewie się ukrywał. Osadzono go w obozie koncentracyjnym Stutthof, 12 sierpnia 1944 r. został stracony.

Po wojnie został patronem ulicy w gdyńskim Redłowie.

- W tej opowieści jest jedna biała plama - mówi Andrzej Hoja. - Nie wiemy, jak potoczyły się losy Heleny i córek Lucjana. Niewykluczone, że obie panie, urodzone tuż przed wojną, nadal żyją. Może mają pamiątki po ojcu, może mogłyby uzupełnić naszą relację?

Jedyną szansą na dotarcie do córek Cylkowskiego byłoby zainteresowanie tą historią duńskich dziennikarzy. Czy się uda? Zobaczymy.

Ślad wiedzie do apteki

Następna szkatułka. Zdjęcie z 1929 r., gdyńska apteka Pod Gryfem. Między właścicielami Czesławą i Antonim Małeckimi stoi pomocnik aptekarski, Alfons Jereczek, który przyjechał do Gdyni z podkościerskiego Lipusza.

Pana Alfonsa pamięta wielu gdynian. Po wojnie prowadził aptekę przy ul. Śląskiej, był pierwszym prezesem oddziału Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego.

Kiedy 30 września 1942 r. Cylkowski po raz pierwszy został aresztowany przez gestapo, niewiele brakowało, by Niemcy całkowicie rozpracowali struktury Gryfa Pomorskiego. Gdyńskiemu harcerzowi udało się jednak przesłać w zakrwawionej koszuli gryps, który miał ostrzec Franciszka Wegnera, jednego z dowódców Gryfa. Gryps dotarł do apteki Pod Gryfem, gdzie przejął go głęboko zakonspirowany łącznik o pseudonimie Pullex.

- W aptece zorganizowano punkt kontaktowy - mówi dr Hoja. - To Alfons Jereczek współpracował z Cylkowskim.

Wprawdzie Niemcy nie odkryli jego związków z konspiracją, ale to nie uchroniło pomocnika aptekarskiego przed wcieleniem do Wehrmachtu. Zdezerterował, potem walczył w Polskiej Armii na Zachodzie. Po powrocie nie umieszczał tej informacji w swoim życiorysie. Po wojnie skomplikowane losy Kaszubów stały się tabu.

Dodajcie swoją historię

Opowieść o gdyńskim aptekarzu, dzieje duńskich inżynierów, dramatyczna śmierć nauczyciela - komendanta Szarych Szeregów oraz wiele innych przekazów o mniej lub bardziej znanych gdynianach znajdzie odbicie w wystawie ,,Gdynia - dzieło otwarte”, którą będzie można oglądać od 9 grudnia br. w Muzeum Miasta Gdyni.

Organizatorzy wystawy przypominają, że ilość historii związanych z Gdynią - ludźmi, miejscami, przedmiotami jest wręcz nieograniczona. Wszystkie mogą zaskoczyć. I apelują do gdynian: otwórzcie rodzinne szkatułki i dodajcie nam swoją historię.

Chcesz wiedzieć o Gdyni więcej? Jak powstawała i czym nas jeszcze zaskoczy? Już od wtorku, 9 lutego, specjalne wydanie „Kuriera Gdyńskiego”, a w nim 16-stronicowy dodatek o Gdyni dawnej, obecnej i przyszłej. Wszystko z okazji 90. rocznicy nadania praw miejskich. Zapraszamy do kiosków na terenie Gdyni!

dorota.abramowicz@polskapress.pl

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie