„Kocia książka”. Koty i antrykoty

Gabriela Pewińska
materialy prasowe
„Kocia książka” to odkryta po 80 latach bajka. Napisał ją, wraz z córkami, Jarosław Iwaszkiewicz. Mówi o niej Anna Król, która rękopis odnalazła i opracowała

„Dziś, budząc się z rana, powiedziałem do Hani, że miałem taki jakiś głupi sen. Że byliśmy w Paryżu, że poszliśmy na obiad do Spisaków, a tam siedziały takie koty na stole, a potem te koty występowały jako Erynie w Orestei” - tak opisuje w „Dziennikach” swój „koci” sen Jarosław Iwaszkiewicz. Koty były dlań ważne.
Zwierzęta w ogóle. Choć mam wrażenie, że psy kochał bardziej niż koty. Ale koty, oczywiście, także grały rolę w jego życiu i w domu. Zwłaszcza przed wojną. Później, w latach 50., 60., koty miały mieszkające w Stawisku siostry Iwaszkiewicza. W „Dziennikach” są fragmenty, które w dowcipny sposób opisują walki domowników o smakołyki dla ukochanych zwierząt. Siostra pisarza, Jadwiga, wykrada coś potajemnie dla swoich kotów, żona Anna daje jakieś frykasy, oczywiście po kryjomu, psom, a sam Iwaszkiewicz karmi pod stołem ukochanego psa Tropka.

Konspiracyjność tych czynności była umowna - pisze w książce „Pra” prawnuczka pisarza Ludwika Włodek.
Na okrągło wybuchały kłótnie o to, że żałuje się kotu, a daje się psu, tudzież odwrotnie. Oczywiście spory na niby, bo dla domowników Stawiska wszystkie zwierzęta były tak samo ważne.

Była tam kotka, którą karmiono kotletami cielęcymi! Pożerała ich tyle, że - jak pisze Ludwika Włodek - „tym samym jedzeniem można by kilkoro biednych dzieci z Biafry wyżywić”. Inspiracją odnalezionej przez Panią po 80 latach „Kociej książki” Jarosława Iwaszkiewicza też był kot.
Odnalazłam ją w archiwum pisarza, w jego dawnym domu w Stawisku, gdzie dziś znajduje się muzeum jego pamięci. Spędziłam tam mnóstwo czasu, przygotowując się do pisania książki „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie”. Szperałam w starych teczkach z rękopisami. W jednej z nich był zeszyt. Elegancki, w twardej oprawie, staromodny. Kupiony, jak się okazało, w latach 30. w Kopenhadze. Okazało się, że to wykonana domowymi sposobami książka, starannie kaligrafowana ręką Iwaszkiewicza, z rysunkami autorstwa jego i jego córek.

Ta Kopenhaga przed wojną to był czas w życiu Iwaszkiewicza po trosze szczęśliwy i nieszczęśliwy.

Wyjechał tam w 1932 roku na placówkę dyplomatyczną, gdy został mianowany drugim sekretarzem poselstwa Rzeczypospolitej Polskiej. Wcześniej pracował jako urzędnik w polskim MSZ. Zamieszkał w bardzo eleganckiej dzielnicy, w wystawnie urządzonym apartamencie. Pragnął, by rodzina, którą planował do Danii ściągnąć, czuła się tam dobrze. Ale Anna nie bardzo chciała się do Kopenhagi przeprowadzić, od czasu do czasu tylko odwiedzała męża. W tych podróżach towarzyszyły jej córki. To okres kłótni między małżonkami o to, gdzie mają tworzyć dom. Ślad tego nieustannego podróżowania między Stawiskiem a Kopenhagą można odnaleźć w ich korespondencji, w listach Iwaszkiewicza do córek. Kilka z nich cytuję w „Kociej książce”. Niektóre były ponoć dyktowane Iwaszkiewiczowi przez samą kotkę Bukasię, bohaterkę tej historii.

Iwaszkiewicz, który udaje, że jest kotem... Niebywałe!

Jego ręką kotka „pisze” do dziewczynek, zwracając się do nich „siostrzyczki”, a podpisując się - Bukasia Iwaszkiewiczówna. Opisuje życie Jarosława, swego „ojca” w Kopenhadze, w jakim był humorze, na co jej pozwalał, a o co się gniewał. Książka jest znaleziskiem niezwykle cennym, zdradza - w zasadzie po raz pierwszy - zupełnie inne wcielenie Iwaszkiewicza. Widzimy pisarza dowcipnego, tryskającego młodzieńczą energią, czułego ojca. W żadnym innym dokumencie nie natrafimy na podobne ślady.

Bukasia - zwyczajny wygląd, niezwykły charakter.
Pojawiła się w kopenhaskim domu w 1932 roku. To nie był kot wybitnie piękny. Ani rasowy. Przynajmniej tak opisała mi go córka pisarza, dziś 91-letnia Maria Iwaszkiewicz. Dobrze Bukasię pamięta. Szarawy, nieduży kotek miał niezwykły charakter. Pisarz i jego córki poświęcają mu w korespondencji wiele miejsca. Dowiadujemy się, co robi Bukasia, kiedy się nudzi, a co robi, kiedy rozrabia, albo w jaki sposób domaga się czułości, pieszczot, oczywiście dobrego jedzenia. Była pełnoprawnym domownikiem. Respektowano wszelkie jej fanaberie. Dziewczynki ją kochały. Ale w 1935 roku rodzina musi się przenieść do Brukseli, a potem do Warszawy. Bukasia zostaje w Kopenhadze, u przyjaciół pisarza. W jednym z listów Iwaszkiewicz zapewnia córki, w imieniu swoim i Bukasi, że w nowym domu jest szczęśliwa. Ale rozstanie z szarym kotem nie było dla córek łatwe. Tamte wzruszenia Maria Iwaszkiewicz pamięta do dziś. Kiedy zobaczyła kopenhaski zeszyt, od razu przypomniała sobie słynny wierszyk: „Co to kotu, co to kotu, co to z kotem jest kłopotu”, refren tej kociej ballady. To był tekst, który długo funkcjonował w języku domowym Stawiska. Należało go odpowiednio intonować, najlepiej z powątpiewaniem kręcąc głową. Co, oczywiście, pani Maria nie omieszkała zademonstrować.

Bukasia - kot uczłowieczony. Ale takie były chyba wszystkie zwierzęta Iwaszkiewiczów. O psie Aza Iwaszkiewicz pisał, że ma „ludzkie oczy”. Jest też w „Dziennikach” fragment o Tropku: „To nie był pies, to był mój jedyny, ostatni przyjaciel. Nie darmo miał oczy Grydzewskiego”.
Tropek to ktoś w życiu Iwaszkiewicza. Postać szalenie ważna. Jeden z ostatnich jego psów. Najbardziej ukochany. Pisarz rozmawiał z nim. Żalił mu się. Tropek był w Stawisku od roku 1964. Przez 10 lat, umarł zresztą tragicznie, co pisarz bardzo przeżył. Lata 60. to dla pisarza czas raczej trudny, gdy rozczarowało go wielu przyjaciół, gdy szukał bliskości bezinteresownej, gdy pragnął miłości, czułości, oddania. To wszystko znalazł w Tropku. Kiedy się czyta listy Iwaszkiewicza pisane w tamtym czasie do domu z podróży, zawsze pyta, co u Tropka, czy był grzeczny, co zjadł, czy tęsknił za swoim panem. Z kolei w listach do Jarosława, oprócz informacji o tym, jak się czuje żona, jak się miewają wnuki, nie mogło zabraknąć wieści o Tropku. To był, w pojęciu pisarza, bardziej człowiek niż pies. Anna Iwaszkiewicz nie do końca zgadzała się z tym mężowskim uczłowieczaniem zwierząt. Uważała, że należy je kochać po prostu za to, że są zwierzętami.

Co do tych powiedzonek domowych, Wiesław Kępiński, wychowanek Iwaszkiewiczów, wspominał Jarosława, który, gdy zaginął Perro, piesek rasy bodaj czau czau - powtarzał, chodząc po domu zrozpaczony: „Zginęło zwierzątko/przepadło/skóra poszła na futro/a mięso na jadło”. Psiak, ku radości domowników, odnalazł się, choć dopiero po roku.
Ta rymowanka to bardzo typowe dla Iwaszkiewiczów. Ironia i zjadliwy dowcip, a jednocześnie czułość i troska.„Kocia książka” jest przede wszystkim obrazem wysublimowanego poczucia humoru. Stawiane są tu pytania ważne, na które odpowiedzi są oczywiste. Poszukuje się na przykład postaci kota w innych stworzeniach, każdą z dywagacji wieńczy pytanie: „Czy to kot? Czy to nie kot?”. Puenta jest oczywista: Koty są jedyne swoim rodzaju. Niepowtarzalne. Ważne. I mądre.

Są tu też rysunki. Nie wiedziałam, że Iwaszkiewicz umiał rysować.
Pani Maria Iwaszkiewicz powątpiewa, by to były ilustracje ojca. Ponoć strasznie bazgrał. Myślę, że one powstawały wspólnymi siłami ojca i córek. Pięknie wchodzą w dialog z kreską Alicji Rosé, która współilustrowała pierwsze współczesne wydanie „Kociej książki”.

Koty są najważniejsze. Autorzy książki udowadniają tę tezę, pisząc: Są antrykoty, nie ma antrypiesów. Przypominają się antrykoty z „Dzienników” pisarza: „...Kto nie wie, jak wygląda antrykot z kury, nie może rządzić państwem” - pisze. Gomułka ponoć pojęcia nie miał, że coś takiego jak antrykot z kury w ogóle istnieje. I to w czasie, gdy w Warszawie kucharze wydawali ich co wieczora tysiące. „Towarzysz G. po prostu nie zna życia... Jakże więc ktoś, kto żyć nie umie i życia (poza swoim gabinetem i łóżkiem swojej żony) nie zna - może uczyć nas, jak mamy żyć?”. Iwaszkiewicz lubił antrykoty?
Myślę, że tak, jadał mięso. Ale jeszcze bardziej lubił wymyślać ładne nazwy dla swoich autorskich potraw. Bawiło go także kaligrafowanie jednorazowych menu domowych przyjęć. Jego specjalnością były „szparagi á la Iwaszkiewicz”. Na deser życzył sobie zawsze ciasto lub ciastko. Słodycze w tym domu lubiły także zwierzęta: Tropek zajadał się pączkami od Bliklego. A Bukasia? W listach nie zdradza się z ulubionymi przysmakami. Ale znając jej i pisarza poczucie humoru - pewnie lubiłaby mięsne gołąbki.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie