Kino zdejmuje ciężar z historii - rozmowa z Michałem Chacińskim

rozm. Ryszarda Wojeciechowska
Z Michałem Chacińskim, ur. w 1971 r. w Gdańsku - krytykiem filmowym, dziennikarzem, tłumaczem, od 2011 roku dyrektorem artystycznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni rozmawia Ryszarda Wojciechowska.

Czym żyje dzisiaj polskie kino? Pan to już pewnie wie, po obejrzeniu wszystkich konkursowych filmów festiwalu.

Na pewno polskie kino nie oddycha już tylko jednym powietrzem. Bolączkę jednorodnych tematów mamy szczęśliwie za sobą. Filmowcy coraz lepiej sobie radzą z opowiadaniem naszej historii. Potrafią ją pokazywać na różne sposoby, językiem innym, niż do tej pory znaliśmy.

Bez patosu i martyrologii?

Tak, pamiętamy chociażby "80 milionów", opowieść o Solidarności, poprowadzoną w łotrzykowsko-sensacyjnej konwencji czy z ubiegłego roku "Pokłosie", które w formie thrillera dotykało tematu, który inni opowiadaliby raczej jako ciężki dramat. W tym roku o podobny temat zahacza film "Ida" Pawła Pawlikowskiego, który z kolei ucieka od wątków sensacyjnych w stronę psychologicznego dramatu.

O czym jest film Pawła Pawlikowskiego?

To opowieść o siostrze zakonnej, która wychodząc na chwilę z zakonu, zaczyna odkrywać swoją przeszłość. To, w jaki sposób ją odkrywa i do czego dochodzi, powoduje, że widz w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, choć nie musi oczywiście, że ta jej historia jest jednocześnie przykładem wielu różnych przetworzonych traum całego naszego społeczeństwa. To film, w którym wątki dotykają, jak w "Pokłosiu" właśnie, relacji polsko-żydowskich. Ale jednak głównym wątkiem jest odkrywanie własnej pamięci. Tego, co gdzieś zepchnięte, o czym nie wiemy. I tego, jacy naprawdę jesteśmy. Pytania o tożsamość to jeden z ważnych tematów w polskim kinie ostatnich lat. Nie tylko stawiamy je sobie w filmie, ale w całej kulturze. Szok, jaki przeżyliśmy po książkach Jana Grossa, przełożył się też na polską literaturę i teatr. Na to, że nagle zaczęliśmy sobie zadawać pytania - a jacy byliśmy w czasie wojny, tak naprawdę? Czy rzeczywiście mieliśmy tylko jedną, bohaterską twarz? Jacy byliśmy w czasach komunistycznych, krótko po wojnie? Jak wyglądały nasze relacje ze społecznością żydowską czy romską?

Tego ostatniego problemu dotyka najnowszy film "Papusza" Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze. Film jest bardzo oczekiwany.
To opowieść o pierwszej romskiej poetce prowadzona językiem kina autorskiego, poetyckiego. Jej twórcy, moim zdaniem, w ciągu kilkunastu lat nie zawiedli żadnym projektem.

"Mój Nikifor", "Plac Zbawiciela" były rzeczywiście obsypywane nagrodami, nie tylko na polskich festiwalach.

Pamiętamy też wcześniejszy "Dług", który w wersji odrestaurowanej chcemy pokazać na tym festiwalu. "Papusza" to nie tylko opowieść o jednej postaci. Jej historię śledzimy na tle kilku dekad. Dostajemy więc takie pocztówki z historii Polski, na których widać to, jak wyglądały nasze relacje z innymi. Ale niektóre filmy konkursowe są próbą spojrzenia na naszą historię z innej strony. To nurt, o którym można powiedzieć, że zdejmuje ciężar z naszej historii. W tym roku reprezentuje go film Jacka Bromskiego "Bilet na Księżyc". Opowiada o chłopaku, który pod koniec lat sześćdziesiątych dostaje bilet do wojska i przejeżdża przez Polskę, trochę ucząc się tego, czym jest PRL, a trochę tego, czym jest prawdziwe życie. Ten film nie zachłystuje się PRL-em. Są w nim takie momenty, kiedy uśmiech nam stygnie na twarzy. Ale jednocześnie nie popada w ton, który dominował do niedawną, że w PRL-u było wyłącznie strasznie i dopiero teraz mamy prawdziwe życie. Kiedyś moja teściowa to dobrze skomentowała. Po obejrzeniu jakiegoś współczesnego filmu o PRL powiedziała: Dlaczego nasze kino pokazuje tak beznadziejnie strasznie tamte czasy? Przecież my byliśmy młodzi, kochaliśmy i nasze życie nie kręciło się wokół polityki". To właśnie próbuje teraz pokazywać polskie kino.

Ale czy my jednak nie kręcimy się tylko wokół naszej historii?

Mamy też filmy, które całkowicie odklejają się od ideologii i stają się opowieściami bardzo intymnymi. "Chce się żyć" Macieja Pieprzycy, który właśnie nagrodzono na festiwalu filmowym w Montrealu, opowiada o człowieku z porażeniem mózgowym. Opowieść prowadzona jest z jego punktu widzenia. Okazuje się, że to, co my widzimy, i to, czego on doświadcza, to różne rzeczywistości.

Świetna rola Dawida Ogrodnika, którego pamiętamy z filmu nagrodzonego na gdyńskim festiwalu przed rokiem "Jesteś Bogiem".

Film "Chce się żyć" jest świetnie zagrany, to prawda. Ale jednocześnie tony w nim są tak rozłożone, że zamiast przygnębiającego dramatu, mamy tragikomedię. Ten sposób opowiadania o takich postaciach jest bliższy kinu hollywoodzkiemu niż polskiemu do tej pory. Film tak "skrojono", żeby widz mógł zapłakać, ale też zaśmiać się albo przynajmniej uśmiechnąć. Myślę, że to będzie jeden z tych obrazów, który na widzach zrobi ogromne wrażenie. Każdy festiwal potrzebuje filmów dobrych, które doskakują poziomem do tego, czego oczekują media. Ale potrzebuje też elementów emocjonalnego uwolnienia. Jeżeli oglądamy tylko smutne, dołujące, depresyjne kino, to sami popadamy w taki stan. Dobrze, jeśli pojawiają się filmy, które pozwalają widzowi głośno się zaśmiać, zapłakać czy kompletnie się wyluzować. Wtedy w innym stanie wychodzi się z kina.

Taki był "Rewers", na przykład, straszny i śmieszny chwilami.

W tym roku w stan między płaczem i śmiechem może nas wprowadzić "Imagine" Andrzeja Jakimowskiego, "Chce się żyć" czy "Bilet na Księżyc". Konkurs główny festiwalu jest tak ułożony, nie przeze mnie oczywiście, tylko przez polskich filmowców, że te emocje rozpięte na różnych biegunach będą się często mieszać. W związku z tym ani nie będziemy zbyt zdołowani, ani zbyt rozbawieni. Nasze nastroje po festiwalowych filmach będą się codziennie zmieniać.

Trudno nie zapytać o najnowszy film Andrzeja Wajdy "Wałęsa. Człowiek z nadziei". Były nadzieje, że po Wenecji, gdzie właśnie odbyła się premiera światowa filmu, przyjdzie czas na Gdynię i premierę polską.

My też mieliśmy taką nadzieję. Ale umowa produkcyjna filmu zakładała, że to do Gdańska i prezydenta Pawła Adamowicza, który miał duży wkład w produkcję filmu, należy decyzja o tym, kiedy odbędzie się pierwszy pokaz publiczny tego filmu w Polsce. Wiemy już, że to będzie Gdańsk i termin blisko 70. urodzin Lecha Wałęsy. Tego nie mogliśmy przeskoczyć. Udaje nam się jednak zakończyć festiwal najnowszym filmem innego mistrza, Romana Polańskiego. Żaden festiwal by się takiego zakończenia nie powstydził.

Będzie więc "Wenus w futrze", ale bez mistrza. Niedosyt zostaje. Czy kiedyś Roman Polański do nas przyjedzie?

Niemal każdego roku mamy nadzieję, że może tym razem się uda. Ale Roman Polański, mimo osiemdziesiątki, którą skończył niedawno, nie tylko nie zwalnia w ostatnich latach, ale przyspiesza. I wiemy, że już jest zatopiony w pracy nad kolejnym filmem.

Jest coś, co odróżnia ten festiwal od poprzednich?

Przyjmuję taką zasadę, że jeśli nam się coś sprawdza, to warto kontynuować. Stąd mamy po raz kolejny Anatomię Sceny, czyli lekcję kina opartą na jednej wybranej scenie z filmu. Zmieniają się tu tylko mistrzowie. W tym roku gościmy Filipa Bajona, Kazimierza Kutza i Wojciecha Marczewskiego. Ale jest coś, co tegoroczny festiwal odróżni. Dzięki latom pracy w TVP Kultura odkryłem, pracując z prof. Markiem Henrykowskim, że przepastne archiwa Telewizji Polskiej obejmują rzeczy, o których bardzo niewielu ludzi już pamięta. Przygotowaliśmy na tegoroczny festiwal przegląd polskich filmów science fiction, realizowanych dla Telewizji Polskiej w latach 60. i 70. Często reżyserowali je wielcy twórcy polskiego kina. Wielu widzów już nie pamięta, że Andrzej Wajda nakręcił świetną humoreskę SF "Przekładaniec", według Stanisława Lema. Ludzie młodzi rzadko mają szansę ten film obejrzeć.

Ze świetną rolą Bogumiła Kobieli.

Mało kto pamięta, że mamy filmy o obcych cywilizacjach, które przylatują na Ziemię, o plugawych eksperymentach naukowych, o transferach osobowości. I to filmy realizowane na przykład przez Janusza Majewskiego, mistrza kina. Mam nadzieję, że ta sekcja chwyci. Prawdę mówiąc, nie mam co do tego wątpliwości. W kolejnych latach moglibyśmy prezentować inne gatunki. Bo mieliśmy kino gatunków, tyle że w telewizji. Ono jest dzisiaj nieco zapomniane, ale byliśmy w tym naprawdę nieźli. Te filmy nie wywołują wcale uśmieszku politowania, tylko nadal świetnie działają, bo operują anegdotą, nie są przegadane. Sądzę, że to będzie naprawdę świetnie spędzony czas w kinie.

Flesz: Wegańskie ubrania. Made in Poland

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

P
Polihistor

czy Pan rozumie, co wygaduje?
Obawiam się, że nie. A w tym wieku już by wypadało.

P
Polihistor

czy Pan rozumie, co wygaduje?
Obawiam się, że nie. A w tym wieku już by wypadało.

Dodaj ogłoszenie