Kiedy stanęło serce Łukasza, matka modliła się tylko, by przeżył. A teraz na przekór wszystkiemu walczy, by syn mógł wrócić do życia

Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz
Nie pamięta już, ile razy słyszała, że syn umrze. Najpierw powtarzano jej to, kiedy był mały i czekał na kolejne operacje ciężkiej wady serca. To samo usłyszała dwoma laty, gdy serce syna zatrzymało się na kilka, może kilkanaście minut. Łukasz nadal żyje, a ona wie już, że kiedy Pan Bóg zamyka drzwi, pozostawia uchylone okno. I człowiek z tego okna musi skorzystać. - Nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych - mówi Mariola Jędruszek, matka, która walczy do końca.

Mieszkają w bloku na gdańskim Chełmie. Ona, wdowa po pięćdziesiątce i jej syn, Łukasz, który - jak mówi matka - od urodzenia był wojownikiem. Drugi syn, brat bliźniak Łukasza, wyprowadził się już na swoje.

Łukasz i jego mama to wojownicy

- Łukasz urodził się przed trzydziestoma laty ze złożoną wadą serca, (jest to serce jednokomorowe) i mając trzy miesiące trafił na stół operacyjny w Łodzi w Centrum Matki Polki - wspomina pani Mariola. - Od początku miał ogromną siłę i chęć do życia. Choć po operacji doszło do komplikacji i wdało się obustronne zapalenie płuc, mój syn udowodnił lekarzom, że się nie poddaje.

Pięcioletni Łukasz przeszedł olejną dwuetapową operację Fontana i hemifontana w Katowicach. - Znów nie dawano mu szans na przeżycie, w tamtych latach zresztą tak ciężkie wady były operowane w Stanach Zjednoczonych. Ale znowu moje dziecko pokazało, że to ono tu rządzi. Po siedmiu dniach po operacji wracaliśmy do domu - opowiada mama Łukasza.

Starała się, by choroba nie zdominowała dzieciństwa syna. Łukasz i jego brat bliźniak traktowani byli tak samo, nigdy nie wpajała synowi, że jest chory. Rozwijał się więc prawidłowo, chodził do szkoły, skończył renomowane Technikum Budowy Okrętów Conradinum, podjął pracę. Uwielbiał żużel. I uwielbia go nadal. Bez zadyszki wchodził na czwarte piętro. Przed siedmioma laty na świat przyszła jego ukochana córeczka, Liliana, z którą jest bardzo związany. Jeszcze na rok przed tragedią przeszedł zabieg w Instytucie Kardiologii w Warszawie. Od prowadzącego leczenie profesora usłyszał, że wszystko z nim jest jest w porządku.
Świat Łukasza i Marioli zawalił się 26 stycznia 2019 roku.

"Będzie cud, jeśli przetrwa"

Wyglądało to na zwykłe przeziębienie. Nie poszedł nawet do lekarza. Leczył się czosnkiem i polopiryną. Do tego doszła jednak "banalna" grypa jelitowa, która zadziałała, jak naciśnięcie spustu. Doszło do odwodnienia organizmu i spadku poziomu elektrolitów. Ich brak doprowadził do zatrzymania akcji serca.

W tamtą sobotę Mariola wyszła rano z domu, by najpierw odwiedzić rodziców, a potem zrobić zakupy. Łukasz z nią nie poszedł, powiedział, że woli poleżeć. - Łukasz, wyrzucisz śmieci? - spytała po powrocie. Kiedy usłyszała, że źle się czuje, odpuściła. - W porządku, ja to zrobię - odparła.

Jednak zanim się obejrzała, uczynny syn szybko wziął siatkę ze śmieciami i wyszedł z domu. Nagle usłyszała pukanie do drzwi. Sąsiadki przybiegły z wieścią, że Łukasz upadł na końcu bloku.

Po chwili były przy nim. Wezwały karetkę. Nie przyjeżdżała. A Łukasz odzyskał przytomność i powiedział, że przejdzie do domu i tam poczeka na pogotowie. Wrócił, położył się, ona na chwilę zajrzała do kuchni I wtedy usłyszała, że Łukasz się dusi.

- Kiedy wbiegłam do pokoju, leżał bez oznak życia - mówi Mariola. - Jego serce się zatrzymało.

Na krzyk zareagowały sąsiadki. Zostawiły małe dzieci, ruszyły z pomocą. Do przyjazdu karetki Magda prowadziła reanimację, Agnieszka dzwoniła na pogotowie z prośbą, żeby przyjechali jak najszybciej. A dla Marioli świat stanął w miejscu. Nie mogła się ruszyć. Była sparaliżowana ze strachu, modliła się, by syn przeżył. By wszystko było dobrze.

Karetka stanęła po drugiej stronie bloku. Ratownicy początkowo szli spacerkiem, ale kiedy zobaczyli ludzi nawołujących z klatki, zaczęli biec. Reanimowali Łukasza, nie pamięta, czy użyli defibrylatora.

Karetka na sygnale podjechała pod Kliniczny Oddział Ratunkowy. Po kilku godzinach Łukasz trafił na OIOM. - Będzie cud, jeśli przetrwa - usłyszała od lekarki. Do dziś słyszy przerażające słowa, że ma czekać na telefon. I że takie telefony wykonują tylko, gdy pacjent umrze, w innych przypadkach nie dzwonią.

- Pani syn zapadł w śpiączkę, ta walka jest z góry skazana na porażkę - brzmiał krótki, pozbawiony emocji komunikat. - Syn jak na swoją wadę serca przeżył już więcej, niż pokazują statystyki.

Niedługo później została poproszona o podjęcie - rozumem, nie sercem - decyzji o zaprzestaniu dalszego leczenia. Jak matka może wyłączyć serce? Nie ma takiej opcji. Chciała krzyczeć, że się mylą. - Wiedziałam, że nie poddam się bez walki, a mój syn mi w tym pomoże. Ja walczę do końca - mówi Mariola. - Nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Kiedy wszyscy w wokół powtarzali, że nie ma szans, że serce się podda, płuca się zalały i nie dadzą radę podjąć samodzielnego oddechu, ja parłam dalej. Łukasz przeszedł sepsę, ale nadal walczył. Po trzech tygodniach otworzył oczy. Podjął samodzielne oddychanie. Nawet lekarze patrzyli na niego z podziwem.

Od ściany do ściany

Niestety, poza otwarciem oczu, nie się nie wydarzyło. Pacjent dostawał leki usypiające, leżał cały dzień bez ruchu w łóżku. W maju 2019 roku został przekazany do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego w dawnym Szpitalu Studenckim we Wrzeszczu. Spędził tam osiem miesięcy, do stycznia 2020 roku.

Całymi dniami trwała przy jego łóżku, kazano jej wychodzić jedynie wtedy, kiedy Łukasza przebierano. Jedna z pielęgniarek powiedziała jej, że nie musi ich pilnować, bo robią swoje. Odpowiedziała, że nikogo nie pilnuje. Siedzi z synem. Zamiast sama w domu wpatrywać się w ścianę lub w telewizor, spędza czas ze swoim dzieckiem. I tak nie może skupić się na czymś innym. Tylko po powrocie musi spać, by mieć siły.

- Leżał praktycznie cały czas bez ruchu, schudł z 80 do 53 kilogramów - mówi matka. - Zdecydowałam, że zabiorę go do domu. Wyszedł z zakładu z poważnymi odleżynami.

Cały czas szukała ośrodka, gdzie można by było wybudzić syna. Dr Rafał Kostrzewski z Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii UCK poprosił o przyjęcie pacjenta do Polskiego Centrum Rehabilitacji Funkcjonalnej Votum w Krakowie. Odmówiono ze względu na odleżyny i niską wagę Łukasza oraz duże obciążenie kardiologiczne. Pisała do Częstochowy, do Budzika w Olsztynie.

- Wszędzie dostaliśmy odmowy - wspomina pani Mariola. - Dlaczego? Ze względu na wadę serca. Słyszałam, że z taką wadą, jaką ma Łukasz, pacjenci żyją 20 lat. I nie ma sensu go leczyć. Uznano, że nie wytrzyma rehabilitacji. Odbijałam się od ściany.

Czytała dostępną literaturę, nawiązywała kontakty z innymi rodzicami. Zaczęła sprawdzać oferty leczenia w prywatnych ośrodkach. Tu jakby chęć pomocy była większa, ale za to warunkowana koniecznością pokrycia kosztów. I tak 19 stycznia 2020 trafili do Iławy, pod opiekę profesora Jana Talara - lekarza wzbudzającego duże kontrowersje w środowisku medycznym, ale znanego z dużej skuteczności w wybudzaniu ze śpiączki.

- Profesor usunął rurkę z tracheotomii, zobaczyliśmy, że Łukasz ma z nami kontakt - mówi Mariola. - Zapisaliśmy daty na kartkach, pokazywaliśmy mu je. Jedyną datą, jaką zapamiętał, była data urodzin jego córki, Liliany. Myśl o córce trzyma go i motywuje. Choć jeszcze nie jest w stanie mówić, odpowiada nam mrugnięciem oczu. Pandemia przerwała zabiegi w Iławie.

Dar od Boga

Od powrotu z Iławy Łukasz leży w domu pod opieką matki. On ma 180 centymetrów wzrostu, ona 168 cm i 53 lata. Nie da rady go podnosić. Jej rodzice są już starsi i schorowani, nie mają też sił, by jej pomóc. Czasem pozostają przy Łukaszu, ale Mariola widzi, że to odbija się na ich zdrowiu. Wieczorami przyjeżdża kuzynka, pomaga Łukasza przebierać. I to kuzynka "pożyczyła" Marioli swojego syna, Wojtka. Zamieszkał z nimi, pomaga przy Łukaszu bardzo dużo, także przy rehabilitacji. - To dar od Boga - mówi ze wzruszeniem w głosie Mariola. - Wojtuś ma 17 lat, chodzi do samochodówki i jest bardzo rozgarniętym, dobrym człowiekiem.

Pani doktor neurolog z przychodni odwiedza Łukasza z Cyber-Okiem, nowoczesnym narzędziem, które śledzi ruch gałek ocznych i umożliwia kontakt i pracę z osobami, mającymi trudności w komunikacji. Łukasz, kiedy coś chce lub czegoś nie chce, mruga oczami. Gdy zadaje się mu pytania, w ten sposób odpowiada.

- Wydaje mi się, że mózg syna działa dosyć dobrze - uważa matka. - Wiadomo, że jeśli patrzy w określone miejsce, na przedmiot, na osobę to wyraża konkretną potrzebę, domaga się czegoś, chce kogoś przywołać. Kiedy się spina, czuje dyskomfort. Uśmiechem sygnalizuje chęć nawiązania kontaktu albo wita się. Doszło jednak do uszkodzenia czucia głębokiego, stąd zaburzenia ruchu. Łukasz ma około pięciu godzin rehabilitacji w warunkach domowych, jest to pokrywane z naszych własnych środków. W ostatnim czasie zaczyna jednak lekko unosić rękę. Pracuje palcami. To kolejna radość. Widzę, jak niesamowicie się zmienia.

Problem w tym, że "nasze własne środki" to tak naprawdę grosze. Rodzina utrzymuje się z trzech źródeł - zasiłku opiekuńczego na Łukasza, jego renty i zasiłku pielęgnacyjnego. Czyli niespełna trzech tysięcy złotych na dwie osoby. Mariola przez to, co stało się z Łukaszem, nawiązała kontakt z wieloma nowymi ludźmi. Takimi, jak ona, którzy także walczą o swoich bliskich po wypadkach. Od nich usłyszała o terapii komórkami macierzystymi. Terapię oferuje prywatna klinika w Krakowie. Za ogromne pieniądze.

Nadzieja i rezerwa

Zabieg ma być przeprowadzony w ramach eksperymentu medycznego u pacjenta z zastosowaniem allogenicznych mezynchymalnych komórek macierzystych pozyskanych z tkanki łącznej sznura pępowinowego.

Do leczenia za pomocą komórek macierzystych uznane ośrodki światowe podchodzą z nadzieją, ale także z rezerwą.

- Na razie jeszcze nie wszczepiamy komórek macierzystych do mózgu w celu wybudzenia ze śpiączki - tłumaczy neurochirurg dr hab. n. med. Monika Barczewska, prof. Uniwersytetu Warmińsko - Mazurskiego w Olsztynie z Zakładu Innowacyjnej Neurochirurgii i Neurofizjologii Kliniki Neurochiurgii. - Z tego, co wiem, na świecie jeszcze nie robi się takich zabiegów. Niewykluczone jednak, że przyszłościowo tak będzie.

Według prof. Barczewskiej obecna wiedza na temat allogenicznych mezynchymalnych komórek macierzystych nie pozwala na stwierdzenie, że te niedojrzałe komórki mają możliwości różnicowania się w wyspecjalizowane komórki z linii komórek układu nerwowego - neuronów. Tego nikt nie zaobserwował i nie ma na to dowodów. Jeśli neuron obumarł, nie ma on możliwości odradzania się, a komórka macierzysta nie będzie miała na co oddziaływać. Jego funkcję, ze względu na plastyczność mózgu mogą jednak przejąć inne neurony.

- Inaczej jest, gdy mamy do czynienia z żyjącym, ale nie w pełni sprawnym neuronem - wyjaśnia neurochirurg. - W leczeniu różnych schorzeń, w których dochodzi do uszkodzenia neuronów można by było wykorzystać to, że komórki macierzyste oddziałują na komórki podporowe dla neuronów. Czyli na komórki glejowe, znajdujące się w istocie białej centralnego układu nerwowego. Za pośrednictwem komórek glejowych, które dostają "podporę" i są bardziej intensywne w odżywianiu żyjących neuronów, których funkcja osłabła, jest możliwe oddziaływanie komórek macierzystych dla podniesienia funkcji neuronu.
I na takie "podniesienie funkcji neuronu" liczy matka Łukasza.

- Mam kontakt z mamą chłopaka z Pruszcza, który jest po pierwszym przeszczepie tych komórek - twierdzi Mariola. - Dał on mu taką siłę, że postęp rehabilitacji w ciągu miesiąca był taki, jak wcześniej przez rok. Usłyszałam, że komórki te lokują się w miejscach, gdzie odbywa się rehabilitacja i dają siłę do wykonywania kolejnych czynności.

Łukasz został już zakwalifikowany do terapii w klinice Regen Med w Krakowie. Koszt pierwszego podania komórek to 20 tys. zł, kolejne wyceniono na 18 tys. zł. Efekty powinny być widoczne po pierwszym podaniu, przy wykorzystaniu w pełnym zakresie rehabilitacji oraz stymulacji wszelkimi możliwymi sposobami.

- Wiem, że to dużo - mówi Mariola. - Wiem także, że przekracza to nasze możliwości. Ale równocześnie wiem, że marzeniem mojego syna jest pójście z córką na spacer, plac zabaw, odprowadzenie jej do szkoły. I w imię tych marzeń będę walczyć do końca, póki mi sił starczy.

Jak pomóc Łukaszowi?

  • Możecie pomóc Łukaszowi wpłacając na zrzutkę >>> TUTAJ.
  • Jest też link do grupy "Licytacje dla Łukasza", w której można wystawiać usługi i przedmioty >>> TUTAJ
  • Można również wysłać SMS Charytatywny na Podopiecznego: o treści POMOC + 11382 na numer 75 165.

Kiedy stanęło serce Łukasza, matka modliła się tylko, by prz...

Przestroga przed paleniem na każdym papierosie? Jest pomysł!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie