"Każdy nosi w sobie dżumę". Rozważania seniora poddanego kwarantannie domowej z powodu koronawirusa

Henryk Tronowicz
123rf
Czuję się udomowiony i wciąż gapię się bezradnie w sufit. Usiłuję odsunąć od siebie myśli o groźbie wybuchu paniki. Ja, na którego koronawirus czyha szczególnie, senior poddany„kwarantannie” domowej.

Tydzień temu byłemu u lekarza pierwszego kontaktu. Uznał: - Spokojnie, nic panu nie jest. To tylko przemęczenie. Jednak znajduje się pan w grupie podwyższonego ryzyka, więc proszę nie szwendać się po ulicach i unikać marketów. Musi pan posiedzieć w domu. Ma pan termometr?

Nie mam. Ale temperatury też nie mam.

Wina Batmana

Wróciłem do domu. Ległem na kanapie. Gapię się w sufit i usiłuję myślami ogarnąć mnożące się w kraju obiektywne, a równocześnie - zintensyfikowane w mediach przez zawodowych malkontentów - fatalistyczne wizje rzeczywistości zachwianej przez koronawirusa. Pojawiają się informacje skrajnie sprzeczne. Nie brak - kształtujących ludzkie postawy - absurdalnych fake newsów.

Ważę argumenty i w tym momencie z radia dobiega mnie wywód kogoś, kto sprawia wrażenie, że jest wszechstronnie zorientowany w spekulacjach wokół rodowodu patogenu z Wuhan. Mówi, że to sprawa mętna, mocno podejrzana. Nie bardzo wiadomo skąd się wziął tak nagle. Wzbudza bowiem zastrzeżenia co do kodu DNA. W porównaniu z innymi przedstawicielami tej grupy wirusów ma strukturę diametralnie odmienną.

Czyżby został przez kogoś zmodyfikowany? Spreparowany świadomie? Miałby stanowić tajną broń biologiczną?

Słowem, zdarzył się ślepy przypadek, czy też jakiś szatan światu zgotował ten los? Mnożą się hipotezy najbardziej absurdalne. Wśród nich pogłoski, że nosicielami patogenu mogą być nietoperze. Biedny Batman w opałach.

Poczucie absurdu

Czuję się udomowiony i wciąż gapię się bezradnie w sufit. Usiłuję odsunąć od siebie myśli o groźbie wybuchu paniki. Glob jak długi i szeroki nagle stanął przed lawiną nieobliczalnych następstw. Mnożą się rygorystyczne ograniczenia we wszystkich dziedzinach życia publicznego. Konieczność stanowczej obrony zdrowia usuwa wszystkie inne kłopoty na plan dalszy.

Grzebię w pamięci. Rok po wojnie Albert Camus, pisarz, którego prześladowało poczucie egzystencjalnego absurdu, wydał powieść „Dżuma”. Zarysował w niej przenikliwą metaforę zła. Dziełem swym ostrzegał ludzkość przed hydrą, która atakuje znienacka i nad którą zapanować nie sposób. Camus dostał Literacką Nagrodę Nobla. Świat jednak szybko o jego alarmistycznym głosie zapomniał.

Jedno z najważniejszych zdań w „Dżumie” brzmi: „Bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony”.

Niewielkie algierskie miasto Oran, gdzie toczy się akcja książki, po wybuchu epidemii trzeba było odizolować od świata.

Z paraboli Camusa w kontekście dzisiejszym wyłania się groza autentyczna. Zwycięstwo nad złem okazuje się jedynie chwilowe, pozorne. Z poczuciem narastającej trwogi obserwujemy zamykanie granic przez kolejne kraje. A w kraju drastyczne ograniczanie kontaktów w miejscach publicznych.

Najnowsze informacje z regionu o zagrożeniu koronawirusem!

Dziennikarze pod gilotyną

Teraz nieco inna ponura reminiscencja. Ze stanu wojennego. Cztery dekady temu, dzierżący władzę generał w czarnych okularach odesłał dziennikarzy na rok do domu. Pozamykał prawie wszystkie redakcje i, co prawda, wypłacał głodowe gaże, to jednak publicystów niepokornych w końcu zgilotynował, pozbawiając ich możliwości wykonywania zawodu.

Pamiętam, spotykaliśmy się wtedy co tydzień w gronie przyjaciół w kawiarni. Na pięterku. Na parterze czynna była księgarnia.

Teraz jest inaczej. Czy jednak możliwe było inne rozwiązanie - we wszystkich krajach Europy stadiony, kawiarnie, księgarnie i kina trzeba było zamknąć. Hola! Nie wszędzie! Oto kontrująca prewencyjną przezorność rządu polskiego, niepokorna pani redaktor jednego z warszawskich tygodników ogłasza na antenie radiowej, że w... Korei Południowej kina i kawiarnie są czynne jak gdyby nigdy nic. Z kolei zza oceanu dochodzą wieści, że w Stanach ustawiają się kolejki pod sklepami z bronią.

Dinozaury wiedzą swoje

Lecz teraz ciśnie się pytanie, co dalej? Jak wykorzystać domową izolację? Przyglądam się młodszym pokoleniom, pogrążonym beztrosko w rzeczywistości wirtualnej.

Młodzi jakoś niewiele sobie robią z zaistniałego kryzysu. Mają w lekturach szkolnych „Dżumę”, ale dla nich to proza, która wieje nudą. Preferują zdecydowanie Tolkiena i Sapkowskiego, gry komputerowe i filmy akcji.

Należę do generacji dinozaurów i nie skarżę się. Wiem doskonale, że rozliczne platformy telewizyjne oferują nieprzebrane filmowe spektrum. Lecz mnie ta forma recepcji nie pociąga. Przesiedziałem pół życia w kinie, przed dużym ekranem i niezbyt chętnie oglądam filmy w domowym okienku.

Czasem jednak ulegam. Od niekończącej się lawiny doniesień o morderczym postępie koronawirusa, parę dni temu oderwało mnie w telewizji widowisko „Niżyński”. Jego twórca, 81-letni John Neumeier (matka artysty była Polką), dla uczczenia ostatniego publicznego występu Wacława Niżyńskiego sprzed stu lat podjął próbę choreograficznej rekonstrukcji tamtego fenomenalnego baletu. Przez bite dwie godziny podziwiałem zdumiewająco piękne popisy tancerzy dziś najwybitniejszych - Alexandre’a Riabko, Caroliny Agüero, Alexandra Truscha, do muzyki Chopina, Rimskiego-Korsakowa i Schumanna.

Nowe wymiary łgarstwa

Wytchnienie od przygnębiających komunikatów z Lombardii, a w dniach ostatnich także z Londynu, znajduję we własnych stosach zakurzonych, zaległych lektur. Czytam jak oto Ryszard Kapuściński w swoich „Lapidariach” komentował postępy w raczkującej telewizji: „Pojawia się nowy wymiar łgarstwa: list prywatny, jeżeli zawiera kłamstwa, może oszukać jedną, względnie kilka osób. Fałszywy przekaz w telewizji może oszukać miliard ludzi” (1984). Albo na przykład: „Najbardziej fascynujące są momenty irracjonalne w historii. Bunty, wybuchy zbiorowych emocji, szał zniszczenia, erupcje samozagłady. Ich zaskakujące przyczyny. Często - błahość przyczyny.” (1997). Reporter, niestrudzony globtroter, czasem konfabulował, czasem zaś wtrącał myśli wybranych autorów.

Camus: „Świat jest tylko nieznanym pejzażem, w którym moje serce nie znajduje już oparcia”.

Sztuczna inteligencja wyręczy rozum?

Intelektualnej pociechy najchętniej szukam w dziełach Stanisława Lema. Wczoraj wertowałem „Tajemnicę chińskiego pokoju”. Przyznaję, że jako ignorant, za wędrówkami autora po tej zagadkowej komnacie nie zawsze nadążam. A jednak niedościgłe operacje umysłowe Lema czy to na kartach „Summy technologicznej”, czy w „Filozofii przypadku” sprawiają mi satysfakcję.

Potrafił Lem rozbroić prawie każdą „Bombę megabitową”. Mówię „prawie każdą”, albowiem genialny autor, niczym Sokrates, nigdy nie twierdził, że wie wszystko o czymś, jeśli wszystkiego nie wiedział. To więc, że nawet szachowy arcymistrz Kasparow dostał mata od maszyny, według Lema bynajmniej nie przesądzało o niezawodnej nieomylności sztucznej inteligencji, w której zbawcze moce wielu pokłada dzisiaj dziejowe nadzieje.

Toteż mimo że maszyny już prześcignęły człowieka na wielu polach (w tym na przykład w rozpoznawaniu przypadłości chorobowych, a także w ustalaniu skutecznych terapii), nauka chyba nigdy nie przeniknie kluczowych tajemnic bytu.

Przyszłość cywilizacji

Kiedy odkładam tomy Lema i spoglądam w sufit, nasuwają się namolnie pozbawione ostrości pytania o przyszłość cywilizacji. Czy istnienie ludzkości zawisło na cienkim włosku?

Nagle prawie wszystko, co do tej pory uznawaliśmy w życiu za najważniejsze, staje się śmieszne, mało warte. Może nawet nic nie warte. Czy uczeni medycy wyprowadzą nasz świat z ostrego wirusowego wirażu?

Od odpowiedzi na podobne pytania uchylają się umysły najtęższe. Trudno pozbyć się lęku, kiedy media bez przerwy podają narastające liczby nowych zakażeń. Piszę to w chwili, kiedy właśnie ogłoszono, że polski pacjent zero po dwóch tygodniach walki z koronawirusem, zdrowy opuszcza szpital w Zielonej Górze.

Oto opowieść o charyzmatycznych i słynnych lekarzach z Pomorza

Wirus realizmu

Dziś wieczorem przeproszę się z telewizorem, by obejrzeć zapowiedziany w TVP Kultura dawny amerykański film „Marty” Delberta Manna (cztery Oscary). Dramat samotności bohatera, który uległ kompleksowi fizycznej brzydoty, ale szuka partnerki. Krytycy pisali, że „Marty” był „wirusem realizmu”, który zaatakował eskapizm, jaki w tamtych latach zalągł się w hollywoodzkich wytwórniach.

Dystansował się od niepokojących tendencji w kulturze tamtej epoki Albert Camus, wyznając: „Każdy nosi w sobie dżumę, nikt bowiem nie jest od niej wolny”.

ZAKAŻENIE WIRUSAMI I BAKTERIAMI - CO MOŻE POMÓC W PROFILAKTYCE? >> Sprawdź w naszym sklepie <<

ARTYKUŁY DLA DZIECI I MAM - POMOCNE PODCZAS WIOSENNYCH INFEKCJI >> Sprawdź w naszym sklepie co może się przydać <<

Koronawirus: odwołane szczepienia i operacje

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 3

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Przyłączajcie się do akcji #ZadzwonDoSeniora z Maxcom! damy radę!

A
Arkadia

Po co nam emeryty

G
Gość

Chyba jednak ma ten ktoś kto pisał bardzo podwyższoną temperaturę.

Dodaj ogłoszenie