Katastrofa w Smoleńsku może teraz jeszcze głębiej podzielić Polaków

Jarosław ZalesińskiZaktualizowano 
Piotr Smoliński
Spór o to, co wydarzyło się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku, wszedł w nową fazę. Dochodzenie do prawdy łączy się teraz z dochodzeniem sprawiedliwości. A właściwie - z jej wymierzaniem.

Zanim Prawo i Sprawiedliwość nie wygrało wyborów, było to jasne: jak długo Rosja nie odda nam wraku tupolewa i czarnych skrzynek, tak długo nie można mówić o uczciwym dochodzeniu. Sam spotkałem się z tą argumentacją, przeprowadzając wywiad z Andrzejem Dudą w czasie jego kampanii wyborczej.

- Ja uważam - usłyszałem wtedy od przyszłego prezydenta Polski - a mówię to jako prawnik, że dzisiaj praktycznie każda teza jest możliwa, dlatego że nie mamy ani czarnych skrzynek, ani wraku samolotu. Nie zbadano oryginałów podstawowych dowodów. Liczę na to, że w sprawie Smoleńska zostanie powołana międzynarodowa komisja.

Do dokładnie takich samych wniosków doszedł Komitet Naukowy Konferencji Smoleńskiej. W podsumowaniu efektów prac wszystkich czterech konferencji stwierdził on: „Śledztwo dotyczące przyczyn katastrofy nie może być zakończone bez przeprowadzenia badań podstawowych dowodów, jakimi są szczątki wraku samolotu i szczątki ofiar katastrofy. Bez przeprowadzenia tych badań niemożliwe jest ustalenie wielu bardzo ważnych szczegółów”.

Po wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość wyborach te prawdy nagle straciły swoją moc. Wystarczyło, że Jarosław Kaczyński orzekł, iż do przeprowadzenia śledztwa wrak nie jest niezbędny. I że trzeba przeprowadzić dwa własne dochodzenia: w sprawie katastrofy oraz w sprawie dotychczasowego śledztwa.

Żadna z osób, które do tej pory głosiły, że nie można dojść do prawdy bez wraku i bez czarnych skrzynek oraz bez niezależnego postępowania, nie oponowała. Nikt się nie zdziwił, nikt o nic nie zapytał. Mimo iż z dnia na dzień zmieniły się tezy do tej pory przedstawiane jako niepodważalne. W ten sposób płynnie przeszliśmy do kolejnego etapu sprawy smoleńskiej. Jej celem jest już nie dochodzenie do prawdy, tylko dochodzenie sprawiedliwości. Czy raczej - wymierzenie jej.

Bezdyskusyjnie

Prawo i Sprawiedliwość mogło przecież, po wygranych wyborach, doprowadzić do powołania takiej międzynarodowej komisji, jakiej się wcześniej domagało. Mogło choćby zwrócić się do działających w państwach NATO organizacji zajmujących się badaniem katastrof lotniczych, by oddelegowały ekspertów, którzy pomogliby w bezstronnym dochodzeniu prawdy. Zamiast tego minister Antoni Macierewicz utworzył w strukturze Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego specjalną podkomisję, która ma na nowo zbadać katastrofę smoleńską. Co prawda w jej składzie znalazło się czterech zagranicznych doradców, ale są to osoby, które wcześniej współpracowały czy z zespołem poselskim Antoniego Macierewicza, czy z konferencjami smoleńskimi. Z tego samego kręgu pochodzą wszyscy pozostali członkowie podkomisji. Już samo to każe postawić znak zapytania przy deklarowanych oficjalnie powodach jej powołania. Gdyby rzeczywiście, jak jest to przedstawiane, chodziło o „uczciwe śledztwo” i „ustalenie faktów”, elementarna intelektualna przyzwoitość, nie mówiąc o wymogach prac badawczych, nakazywałaby przecież konfrontowanie przeciwstawnych opinii, po to by w takim zderzeniu argumentów pokazywało się, co są one tak naprawdę warte.

Jednym z zagranicznych doradców smoleńskiej podkomisji jest Duńczyk, dr Glenn Arthur Jorgensen, który w zespole poselskim Antoniego Macierewicza oraz na konferencjach smoleńskich przedstawiał swoją komputerową symulację ostatniej fazy lotu tupolewa. Według Jorgensena, zderzenie samolotu z brzozą i ewentualna utrata części skrzydła nie mogła spowodować tego, że samolot wykonał półbeczkę i runął na ziemię. No tak, ale prof. Grzegorz Kowaleczko, polski naukowiec, zawodowo zajmujący się opracowywaniem symulacji lotów, zakwestionował wyliczenia Jorgensena. Duński naukowiec niektóre swoje parametry skorygował, z kolei inni naukowcy współpracujący z konferencjami smoleńskimi, m.in. dr Kazimierz Nowaczyk, stwierdzili, że i prof. Kowaleczko przyjął błędne dane wyjściowe - to już jest spór badaczy, który można próbować rozstrzygnąć, a przynajmniej sporządzić protokół rozbieżności. Tak samo można by postąpić w innych spornych kwestiach. Wspomniany dr Nowaczyk do dyskusji smoleńskiej wprowadził sprawę punktu TAWS 38. Dla niewtajemniczonych: to punkt, z którego system TAWS wysłał po raz ostatni sygnał. Na mapie znajduje się on w linii prostej od punktu TAWS 37, skąd sygnał został wysłany jeszcze przed brzozą. Wniosek: samolot wbrew temu, co twierdzi raport komisji Millera, nie zmienił kursu po zahaczeniu skrzydłem o smoleńską brzozę, tylko przeleciał obok niej prosto, a jego lot został przerwany poza brzozą, z innych przyczyn. To logiczne, ale... Na stronie faktysmolensk.pl, prowadzonej przez ekspertów Michała Laska (co prawda przestała być stroną rządową, ale da się ją znaleźć w internecie), można znaleźć proste wyjaśnienie tej zagadki: aparatura wysyłająca sygnał TAWS znajdowała się w goleni podwozia samolotu i została uszkodzona, gdy samolot zaczepiał podwoziem o drzewa. Dla ekspertów komisji Millera szczątki samolotu, znajdowane jeszcze przed brzozą, odpadały po tym właśnie, jak tupolew zahaczał o kolejne drzewa (to, jak zostały one poucinane, można sobie obejrzeć na zdjęciach). Dla ekspertów konferencji smoleńskich powodem były mikrowybuchy pasków detonacyjnych, umieszczonych wewnątrz tupolewa. I tak dalej, i tak dalej.

Zestawianie ze sobą tych argumentacji potencjalnie mogłoby przybliżać do prawdy. Jeśli np. rzeczywiście jest tak, że polscy archeologowie w trakcie swoich poszukiwań odnajdywali szczątki ciał ofiar jeszcze przed brzozą, stawia to pod znakiem zapytania tezy komisji Millera, że przed brzozą odnajdywano jedynie elementy poszycia. To akurat można by rozstrzygnąć bezdyskusyjnie. Ale w dyskusji. Jeśli natomiast eliminuje się z tak ważnej debaty inny punkt widzenia, jeśli kasuje się stronę internetową faktysmolensk.pl, na której właśnie zestawiano argumenty i kontrargumenty, jeśli dobiera się ekspertów jedynie jednej opcji, w dodatku niemających kompetencji w badaniu katastrof lotniczych, może to mieć tylko jedną nazwę: manipulacji.

Co ciekawe, sami eksperci współpracujący z konferencjami smoleńskimi mieli dotąd świadomość swoich ograniczonych kompetencji. Prof. Anna Gruszczyńska-Ziółkowska, muzykolog z Uniwersytetu Warszawskiego, która analizowała zapisy fonograficzne, stwierdziła, że do rozstrzygnięcia wielu badanych przez nią problemów niezbędny byłby „zespół międzynarodowy - z udziałem ekspertów z doświadczeniem w zakresie precyzyjnej obróbki i analizy dźwięku. (…) W pracach takiego zespołu nie powinno zabraknąć osób z wiedzą techniczną dotyczącą funkcjonowania tego rodzaju rejestratorów i pilotów znających realia pracy w kokpicie TU-154M”. Można by tylko dodać: nie powinno zabraknąć osób z wiedzą dotyczącą wypadków lotniczych. Ale w podkomisji ich nie ma. Gdyby byli, ich głosy nie pozwoliłyby na odmalowanie w jednej barwie obrazu wydarzeń z 10 kwietnia 2010 r. I tezy o zamachu nie wypadłyby wtedy tak bezdyskusyjnie. Z teoriami zamachowymi jest bowiem ten problem, jaki mamy z roślinami szklarniowymi. Pod szkłem mnożą się one bujnie i barwnie kwitną, natomiast w kontakcie z rzeczywistością często okazują się niezdolne do przetrwania.

Kto ukrył prawdę

W sprawie smoleńskiej na naszych oczach dokonuje się teraz inny jeszcze zwrot, logicznie wynikający zresztą z poprzedniego. Do tej pory (czyli do wygranych wyborów), czy w zespole poselskim Antoniego Macierewicza, czy na konferencjach smoleńskich, skupiano się głównie na budowaniu alternatywnych wobec wersji komisji Millera interpretacjach ostatniej fazy lotu tupolewa, dochodząc, po latach, do teorii trzech wybuchów, dwóch w powietrzu i ostatniego już na ziemi, wzbogaconej jeszcze o teorię owych punktowych eksplozji pasków detonacyjnych. Starano się tego dowieść, tropiąc w raporcie komisji Millera to, co przedstawiano jako luki czy słabości argumentacji. Teraz owe luki mają być wynikiem dokonywanych z premedytacją zatajeń. Jest to przekaz, który można odnaleźć w materiałach konferencji smoleńskich, a teraz jest on budowany przez szefostwo MON.

Taki był wydźwięk przypominania sprawy uzupełnienia przez ekspertów komisji Millera brakującego zapisu polskiego rejestratora lotów zapisami skopiowanymi z czarnych skrzynek. „Rzeczywisty zapis polskiej czarnej skrzynki kilka tygodni temu udało się odkryć. Zapis był ukryty przed opinią publiczną” - ogłosił na Twitterze rzecznik MON Bartłomiej Misiewicz. (W rzeczywistości sens tego kopiowania został opisany w jednym z załączników do raportu Millera). Drugim dowodem na utajnianie prawdy ma być pocięcie w niszczarkach Dziennika Działania Dyżurnych Sił Operacyjnych Sił Zbrojnych RP. Antoni Macierewicz, który o tym zniszczeniu poinformował opinię publiczną, orzekł od razu, że miało to na celu „utrudnienie albo wręcz uniemożliwienie w niektórych aspektach dojście do prawdy w sprawie tragedii smoleńskiej”. Na jakiej właściwie zasadzie? „W zniszczonym 400-stronicowym dokumencie tylko wpis z jednego dyżuru (10.04.2010 r.) dotyczył katastrofy smoleńskiej i był zapisany maksymalnie na 3-5 stronach” - odpierał ten zarzut w liście opublikowanym przez Wirtualną Polskę podpułkownik Sławomir Komisarczyk, który w tamtym czasie służył w Dyżurnej Służbie Operacyjnej Sił Zbrojnych RP. Zwykły, bombardowany podobnymi informacjami Polak nie jest w stanie sam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy udokumentowane zniszczenie dziennika było zgodne z zasadami, czy wynikało z chęci zatajenia prawdy, czy tylko niewielka część tych zapisów związana była z 10 kwietnia, jak twierdzi podpułkownik Komisarczyk, czy też, jak twierdzi Macierewicz, 400 stron zapełnionych było meldunkami dotyczącymi katastrofy. Zdrowy rozsądek co prawda podpowiada, że zapełnienie meldunkami w jednej sprawie 400 stron (!) w ciągu jednego dnia, a tak naprawdę w ciągu pół dnia, od godziny 8 rano, jest nieprawdopodobne, ale jednak jakiś niepokój w głowie pozostaje. Na takich dowodach kierownictwo MON buduje przekaz, który za jakiś czas być może pozwoli ogłosić, że do prawdy o zamachu nie można dzisiaj dotrzeć, ponieważ dowody zostały z premedytacją zniszczone lub też dochodzenie było prowadzone tak niestarannie, że ustalenie prawdy nie jest już dzisiaj możliwe.

Dochodzenie do prawdy nie jest nawet potrzebne, bo została ona ustalona. Antoni Macierewicz specjalnie nie kryje się z tym, że podkomisja ma po prostu potwierdzić tezę o zamachu. W wystąpieniu towarzyszącym powołaniu podkomisji minister ogłosił, że jednym z tych utajnionych przez komisję Millera dokumentów jest zapis „pełnego, ciągłego, nieprzerwanego od startu do ostatniego momentu istnienia w formie integralnej samolotu przebiegu lotu w zakresie działania przyrządów i parametrów lotu, od startu do rozpadu samolotu mniej więcej 15-18 metrów nad ziemią”. Istnieje zatem, po pierwsze, jakiś celowo zatajony do tej pory dokument, zapis przebiegu lotu, który komisja Millera ukryła, a podkomisja Berczyńskiego jest w jego posiadaniu. Po drugie zaś - dokument ów przesądza o rozpadzie samolotu w powietrzu, czyli o zamachu. Przy czym analizować ten nieznany dokument będą wyłącznie eksperci przekonani, że do takiego zamachu doszło.

Czy całe to działanie ma szansę przekonać większą niż dotąd grupę nieprzekonanych, że katastrofa była tak naprawdę zbrodnią? Przy konsekwentnym przekazie oraz przy wykorzystaniu siły państwowych mediów - to całkiem możliwe. Ale przekonywanie nieprzekonanych nie jest już dzisiaj, po zdobyciu władzy, najważniejsze. Najważniejszy cel powołania podkomisji wyłożył wprost Antoni Macierewicz w tym samym wystąpieniu. „Jestem przekonany - powiedział - że wyniki badania Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego pozwolą nas przybliżyć do prawdy, dostarczyć materiał prokuraturze wojskowej i sprawiedliwie osądzić odpowiedzialnych za tę straszliwą tragedię”. Komisja ma zatem swoimi końcowymi wnioskami umożliwić uruchomienie prokuratury, która doprowadzi do postawienia przed sądem odpowiedzialnych za „tę tragedię”. I nie tylko za to. Podkomisja zbada bowiem również „przebieg działań, które miały na celu uniemożliwienie dojścia do prawdy”. Potrzebne więc będzie, jak to ujął Jarosław Kaczyński, „śledztwo w sprawie śledztwa”. Nie tylko zatem odpowiedzialni za „zamach”, ale i ci, którzy sprawili, że prawda o nim nie ujrzała dotąd światła dziennego, nie mogą dziś spać spokojnie.

W obronie godności

Wypowiedź Antoniego Macierewicza zawierała jeszcze jeden istotny wątek. Minister obrony narodowej mówił o państwie, które opuściło swoich przywódców, o rządzących, którzy tych przywódców opuścili „w najbardziej dramatycznej chwili państwa polskiego”, „oddając śledztwo i badanie z tym związane w obce ręce”. Trudno się z tymi gorzkimi zdaniami nie zgodzić. Nie chodzi przy tym o samo przyjęcie zasad konwencji chicagowskiej w prowadzeniu dochodzenia, czyli o początkową naiwność ekipy rządowej, która nie zdawała sobie w punkcie wyjścia sprawy z tego, że w ten sposób skazuje Polskę na odgrywanie roli coraz bardziej upokarzanego petenta, który musi bezsilnie przyjmować reguły gry, narzucane przez Rosję. Chodzi o cały ciąg działań, które sprawiały wrażenie, jakby ekipa Donalda Tuska nigdy, poza pierwszymi dniami, nie potrafiła uznać Smoleńska za „swoją” sprawę. Znalazłszy się pod obstrzałem najcięższych zarzutów o ukartowanie wspólnie z Rosją zbrodni, zajęła pozycję kogoś, kto bezstronnie, z daleka pozwala, by całe dochodzenie, tak po rosyjskiej, jak i polskiej stronie, toczyło się swoim trybem. Rząd zapomniał jakby, że w całej tej sprawie, niemającej precedensu w najnowszej historii nie tylko Polski, ale i świata - tu znów wypada się zgodzić z Antonim Macierewiczem - reprezentuje nie tylko samego siebie, ale i polskie państwo. Próbując uniknąć oskarżeń o wspólnictwo, tym łatwiej naraził się na oskarżenia o bierność, o porzucenie samej sprawy, a także ludzi - choćby członków rodzin ofiar.

Wszystko to prawda, i to prawda, wokół której narosły olbrzymie emocje, uniemożliwiające rzeczowy dialog. Emocje nie powinny jednak prowadzić do pomieszania dwóch porządków. Czym innym jest pytanie, czy polskie państwo, a dokładniej: ekipa Donalda Tuska, zdało w sprawie Smoleńska egzamin, a czym innym - współudział w zbrodni. Za to pierwsze rząd Platformy poniósł już polityczną odpowiedzialność, tracąc (m.in. z tego powodu) władzę. To drugie - trzeba by dopiero udowodnić. Czyli najpierw dostarczyć dowodów, że w Smoleńsku doszło do zamachu. Dowodów, a nie hipotez, zmierzających do zakwestionowania, w tym czy innym punkcie, tez raportu Millera.

Z dowodami na zamach zaś, z materialnymi faktami, jest niestety tak, że nie mogą się one w pełni zmaterializować. Póki Prawo i Sprawiedliwość było w opozycji, mogło przekonywać, że te dowody są ukryte we wraku tupolewa albo w działaniach posłusznych wobec rządu ekspertów i prokuratorów czy gdzie indziej jeszcze. Odkąd sprawuje władzę, musi na nowo znaleźć uzasadnienie. Stąd wskazywanie na nowe miejsca ukrycia prawdy, np. na pocięty w niszczarce Dziennik Działania Dyżurnych Sił Operacyjnych Sił Zbrojnych RP. Takich miejsc zapewne odkryjemy więcej.

Lista odpowiedzialnych

Co jednak zrobimy, gdy materialne twarde dowody na przeprowadzony zamach nigdy nie wynurzą się na powierzchnię? Wtedy pozostanie próba ukarania tych, którzy za ten stan rzeczy odpowiadają. Tu znów trzeba by jednak rozdzielić dwa porządki. Czym innym jest odpowiedzialność urzędników czy wojskowych za organizację i przebieg tragicznego lotu tupolewa, a czym innym planowanie zamachu czy zacieranie śladów po nim. Dwa te porządki rozdzieliła nie tak dawno wciąż prowadząca swoje dochodzenie prokuratura wojskowa (która nie zmieniła zdania, że 10 kwietnia był katastrofą lotniczą), zakładając osobne teczki: w sprawie odpowiedzialności dwóch wojskowych za organizację lotu - oraz dochodzenia mającego na celu ustalenie przyczyn katastrofy.

Tak samo trzeba patrzeć na proces, który czeka ministra Tomasza Arabskiego i innych urzędników. Chodzić będzie o ustalenie, czy organizacja lotu nie wpłynęła na jego bezpieczeństwo, a nie o to, czy w Smoleńsku doszło do zamachu. Dobrze zresztą, że proces się odbędzie i że sąd nie zgodził się na umorzenie postępowania, zaproponowane przez prokuraturę. To sąd powinien ocenić, kto odpowiada za oczywisty organizacyjny bałagan, towarzyszący lotowi prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska. Przy czym chodziłoby nie tylko o odpowiedzialność urzędników kancelarii premiera, ale i urzędników kancelarii prezydenta. Powinniśmy wiedzieć np., dlaczego dopiero na pokładzie samolotu improwizowano, na jakie lotnisko zapasowe odlecieć, powinniśmy wiedzieć, czy ktoś zadbał o pełną prognozę pogody. Problemów byłoby wiele.

Wszystko to jednak razem nie ma nic wspólnego z zamachem. Jeśli nie będzie na niego bezdyskusyjnych dowodów, sześcioletnią opowieść o zamachu w Smoleńsku trzeba będzie w końcu między bajki włożyć. Co miałoby ogromną polityczną siłę rażenia.

Dlatego byłoby o wiele lepiej, gdyby sprawy pobiegły tak, jak to zarysował minister Macierewicz w swoim wystąpieniu. Najpierw podkomisja stwierdzi, że jest wiele przesłanek, potwierdzających tezę, że w Smoleńsku doszło do zamachu na prezydenta Polski i towarzyszącą mu ekipę. Jeśli zaś nie będzie na to twardych dowodów, wskazać będzie można ludzi, którzy tę prawdę przed polską opinią ukryli. Nie tylko ekspertów, także, cytując ministra Macierewicza, „część mediów i część środowisk politycznych”.

Jak przyjmie to polska opinia publiczna? To największa zagadka. Pozostaje liczyć na ludzki rozsądek. Ktoś rozsądny, słuchając np. ministra Macierewicza, mówiącego o samolocie, który rozpadł się na wysokości 15-18 metrów, może zapytać nawet nie o to, który z wysokościomierzy pokazał taki parametr, tylko o to, co właściwie na tak niebezpiecznej wysokości robił prezydencki samolot, w gęstej mgle? Kto go tam sprowadził? Kto za to odpowiada?

Pytań o odpowiedzialność rzeczywiście nie powinniśmy się obawiać. Pytań o to, jaka jest prawda, a także o to, kto ją ukrywa i kto nią manipuluje.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 4

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

a
adwokat

On najlepiej wie jaka jest prawda.
Pan Maciarewicz byl na lotnisku wtedy i dobrze widzial co sie dzialo.
Pan profesor Binienda dokonal obliczen nie do podwazenia z ktorych jasno wynika ze bylo czterech wybuchow

w
wiern

Czyli ci wojskowi /najwyżsi/, co stoją obok już uwierzyli w zamach? Szybko.

X
XYZ

Taką to tezę obwieszcza niejaki Jarosław Zalesiński, dla którego widocznie pojęcia te: prawdy i sprawiedliwości - luźno są związane. Żałosne to . A także i to, że p. Zalesińskiego nie martwi
specjalnie fakt pospiesznego zniszczenia 400-stronicowego dokumentu.
Pan Zalesiński nie kryje swojej pewności zawartej w jego konstatacji:
"Przy czym analizować ten nieznany dokument będą wyłącznie eksperci przekonani, że do takiego zamachu doszło." Czy i kiedy ci eksperci upoważnili go do takiego obwieszczenia?

P
Polihistor

Nie może być ani dochodzenia, ani wymierzenia sprawiedliwości bez dojścia do PRAWDY.
Niech Pan wprzódy uporządkuje sobie niego siatkę pojęć.
Wtedy będzie można z Panem porozmawiać.

Dodaj ogłoszenie