reklama

Katarzyna Hall: Nikogo nie zmuszamy, jedynie przekonujemy do idei

Jarosław ZalesińskiZaktualizowano 
Katarzyna Hall
Katarzyna Hall Wojciech Gadomski
Z minister edukacji narodowej Katarzyną Hall rozmawia Jarosław Zalesiński

Jako polityk otrzymała Pani kilkuprocentowe poparcie dla Pani programu. Tylko tylu rodziców zdecydowało się posłać swoje sześcioletnie dzieci do pierwszej klasy.
Sześciolatki to tylko niewielki fragment obecnej reformy polskiej szkoły. A dokładne dane o tegorocznej rekrutacji pojawią się dopiero w październiku. Ze wstępnych szacunków wynika, że ok. 6 proc. sześciolatków - spośród tych, które mogły - trafi do klas pierwszych. Pamiętajmy, że warunkiem przyjęcia tych dzieci było uczestniczenie wcześniej w edukacji przedszkolnej, a nie wszędzie było to możliwe.

Ale w stosunku do początkowych prognoz, gdy została ogłoszona koncepcja reformy, to bardzo niewiele.

Dla mnie najważniejszą tegoroczną zmianą jest to, że każdy pięciolatek zyskał prawo do wychowania przedszkolnego. Jeśli tylko rodzic sobie tego życzy, gmina musi mu taką możliwość stworzyć. Będziemy bardzo uważnie monitorować, czy to prawo jest respektowane. Już dziś znam gminy, w których dzięki środkom europejskim udało się poprawić statystyki - odsetek dzieci pięcioletnich chodzących do przedszkola wzrósł z 20 do 80 proc.

Medialna burza cały czas dotyczy sześciolatków, a na pięciolatki nie zwraca się uwagi?

A tymczasem reforma zaczyna się od pięciolatków, i to jest jej najważniejszy tegoroczny punkt. Zobaczymy w przyszłym roku, ilu rodziców zdecyduje się posłać do szkoły dzieci w wieku sześciu lat. Dzisiaj zdecydowali się na to odważni rodzice, którzy wierzą w swoje dzieci.

A nie odważyli się ci, którzy nie uwierzyli reformie.

Zaufanie buduje się latami. Na lata jest też rozłożony cały program obniżania wieku rozpoczynania obowiązku szkolnego. Także program "Radosna szkoła", który ma wspierać dyrektorów w przygotowywaniu jak najlepszych warunków do przyjęcia młodszych dzieci, ma paroletni cykl. Zakładamy, że jeśli nie uda się stworzyć miejsc zabaw w szkole w tym roku, uda się to w roku przyszłym. W budżecie zaplanowano środki, dzięki którym do 2010 r. wszystkie szkoły mogą otrzymać dofinansowanie na tworzenie miejsc zabaw. Mam nadzieję, że uzupełni to luki, które w tym roku pewnie będą, bo odpowiednie wnioski złożyło ok. 60 proc. szkół.

Czy społecznego zaufania do reformy nie zmarnował sam rząd, obcinając w pewnym momencie przeznaczone na nią środki?

Akcje protestacyjne organizowano i wcześniej. Z grupą protestujących rodziców również spotykałam się przy różnych okazjach. Przyjęty program zmian wychodzi również naprzeciw ich obawom. Jeśli są rodzice, którzy nie chcą posłać sześciolatka do szkoły, niech przez najbliższe trzy lata mają wolny wybór. Nikogo do tego nie zmuszamy, a przez te trzy lata chcemy jedynie przekonać do idei, ulepszając wyposażenie i metody pracy tak, by szkoła stawała się bardziej przyjazna dla młodszych dzieci. Zmianę programową rozpisujemy aż na sześć lat. Dziś obejmuje ona dwa roczniki szkolne na dwanaście.
Co to za wolny wybór skierowania dziecka albo do zerówki, albo do pierwszej klasy, skoro program dla sześciolatka jest realizowany od tego roku tylko w pierwszej klasie podstawówki.

Powtórzę: to będą lepsze programy. Zostaną wprowadzone w tym roku również w pierwszej klasie gimnazjum. Za sześć lat będą się według nich uczyć w gimnazjach także dzieci, które w tym roku trafiają do szkół podstawowych. Zaś jeśli chodzi o dzieci siedmioletnie i powtarzanie przez nich nauki pewnych umiejętności, muszę coś przypomnieć. Również do tej pory - i to od ładnych paru lat, odkąd nauka w zerówce stała się obowiązkowa - mimo wszystko w pierwszej klasie edukacja zaczynała się od nowa od kaligrafowania litery "a". To, że uczono dzieci wstępnie pisania literek w przedszkolu, wcale nie znaczyło, że systematyczna nauka pisania nie zaczynała się od nowa w pierwszej klasie. Tak czy inaczej dzieci pewne rzeczy powtarzały. Ten dziwny stan prawny trwał kilka lat, bo zamrożono zmiany, w 2002 r. zaplanowane jako szybsze. Nic się więc specjalnie nie zmieniło. Zmieni się to dopiero za rok, kiedy do szkół trafią dzieci już po nowym - w mojej ocenie lepszym - przygotowaniu przedszkolnym. Dzieci uczą się w przedszkolu bardzo wielu ważnych, często dla nich nowych rzeczy. Najważniejsze to umiejętność współpracy, funkcjonowania w grupie, duża motoryka. Samo natomiast pisanie ma sens wtedy, kiedy te inne umiejętności już są wykształcone. Kłopoty szkolne brały się dotychczas raczej właśnie ze zbyt wczesnego - bez odpowiedniego przygotowania - sadzania dzieci w ławkach szkolnych.

To za rok. Ale w tym roku we wrześniu zsumują się niepokoje rodziców dzieci kilku roczników.
Jakkolwiek jest to czasem trudne, system edukacji musi być zmieniany. Wszystkie kraje stale prowadzą reformy edukacji, to nie jest fanaberia tego czy innego ministra. Świat się zmienia, edukacja musi za tym nadążać, także za zmianami w wiedzy pedagogicznej. Nowe programy, o których teraz rozmawiamy, są na niej oparte. Nauczanie zaczyna się w nich od tak zwanej dużej motoryki, by potem dojść do małej, czyli poprzez ruch, zabawę przechodzi się między innymi do nauki pisania.

Nie wiem, czy to uspokoi zaniepokojonych.
Rodzic, po raz pierwszy prowadząc dziecko do szkoły, zawsze jest pełen lęków. Wierzę, że jest coraz więcej przesłanek świadczących o tym, że te obawy są może nadmierne. Widzę teraz, ile zrobiono w Warszawie, gdzie obawy były największe, ile szkół zadbało o nowe wyposażenie.

Zastanawiający jest dla mnie przykład Gdyni, gdzie ponad 20 proc. rodziców posłało sześciolatki do szkół. Rekord krajowy. Dobra współpraca samorządu z rodzicami?
Wiem, że pani Ewa Łowkiel, wiceprezydent miasta odpowiedzialna za edukację, spotkała się ze wszystkimi zainteresowanymi rodzicami. Przypomnę, że prowadzenie szkół jest zadaniem gminy i to ona ma najwięcej do powiedzenia. Ministerstwo stwarza pewne ramy, opracowując podstawę programową czy np. przekazując subwencję na każde dziecko, które trafia do pierwszej klasy. Natomiast to, jak samorząd się zorganizuje, w jakim tempie, i na ile przekona rodziców, to już jest jego sprawa. Dlatego ten proces jest rozłożony na lata, bo czasem wpływ na decyzje rodziców mogą mieć bardzo lokalne przesłanki. Na przykład jakaś gmina zaplanowała sobie stworzenie większej liczby miejsc w przedszkolach, dlatego nie bardzo zachęcała rodziców, by kierowali dzieci do pierwszej klasy, mówiąc im: poczekajcie, aż rozbudujemy szkołę. To jest na tyle duża zmiana, że musi być rozłożona w czasie. Trzeba samorządom dać kilka lat na jej przeprowadzenie.
Minister Giertych w wywiadzie dla "Polski" zacierał ręce, że we wrześniu nareszcie załamią się notowania rządu z powodu frustracji dużej grupy rodziców.
Ja upieram się przy tym, że przyjaźnie i bezpiecznie w szkole ma się czuć nie tylko sześcio- czy siedmiolatek, ale tak samo ośmio- czy dziewięcioletnie dziecko. Im także mają służyć zmieniające się w szkołach warunki. Buntuję się też przeciwko takiemu podejściu, że skoro szkoła wydaje mi się nieprzyjazna, to poślę do niej dziecko za rok. Z tego raczej wynika, że tę szkołę trzeba zmieniać jak najszybciej. Buntuję się również przeciwko szkole opresyjnej i restrykcyjnej, a wiele opresji i restrykcji wprowadzał właśnie minister Giertych. Jestem przeciwko takiej szkole.

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie