reklama

Kataryna: Jeśli nowa władza będzie powielać grzechy PO, to 500+ nie będzie miało znaczenia

Anita CzuprynZaktualizowano 
Kataryna: Wielu ludzi myślało, że będzie inaczej, choć może Kaczyńskiego nie lubili. Wierzyli, że coś się zmieni, że scena polityczna się przewietrzy, że się uporządkuje, że nie będzie kolesiostwa. Szybko pozbyli się złudzeń
Kataryna: Wielu ludzi myślało, że będzie inaczej, choć może Kaczyńskiego nie lubili. Wierzyli, że coś się zmieni, że scena polityczna się przewietrzy, że się uporządkuje, że nie będzie kolesiostwa. Szybko pozbyli się złudzeń Fot. Piotr Smoliński
- Nie zgadzam się z KOD-em, nigdy bym z nimi nie poszła, ale też mi się nie podoba władza, która nie kryje pogardy dla grupy zorganizowanych obywateli - mówi Kataryna, najpopularniejsza blogerka polityczna w Polsce.

Kataryna, najpopularniejsza blogerka polityczna. Wypłynęła na szerokie wody w czasach afery Rywina i komisji śledczej. Jest aktywna na Twitterze, można ją znaleźć pod @katarynaaa

***

Jak Pani się podoba dzisiejsza polityka?
Nigdy mi się nie podobała i dzisiaj też mi się nie podoba. Różnica jest taka, że kiedy nie podobała mi się za poprzedniej kadencji, to myślałam sobie, że zacznie mi się podobać po wyborach. Ale nie zaczęła. Być może taką mam naturę. U mnie szklanka jest do połowy pusta; marudzę i mam pretensje. Nie podoba mi się polityka jako system, nie podoba mi się zachowanie wszystkich politycznych graczy.

Przyłóżmy zatem lupę do tych dziedzin w polityce, do których ma Pani największe zastrzeżenia.
Wydaje mi się, że największy problem tkwi w relacji władza-obywatel. To zawsze było problemem. Platforma Obywatelska bez żalu zmieliła setki tysięcy podpisów obywateli, których sama o nie prosiła. A potem tłumaczyła, że to było tylko takie ćwiczenie dla aktywu, żeby nie gnuśniał, tylko sobie poćwiczył zbieranie podpisów. Obecna władza jeszcze nie mieli, ale jej stosunek do obywatela jest daleki od zapowiadanego przed wyborami „słuchania Polaków” i niespecjalnie gra. Patrzę i jakoś tego słuchania nie widzę.

Co nie gra?
Przejmowanie się obywatelami. Chciałabym wreszcie po tylu latach III RP, aby władza zaczęła się rzeczywiście liczyć z głosami ludzi. Nie dyskredytować ich tylko dlatego, że, dajmy na to, Stowarzyszenie 61, które pyta o informację publiczną, było finansowane przez Fundację Batorego, a Fundacja Batorego to George Soros, w związku z tym możemy unieważnić wszystko to, co ta organizacja mówi. To najprostszy wymiar tej relacji między władzą a zorganizowanymi obywatelami. Tak jest też, jeśli chodzi o KOD. Nie zgadzam się z KOD-em, nie lubię, nie podobają mi się ich hasła, nigdy bym z nimi nie poszła, ale też mi się nie podoba władza, która nie kryje pogardy dla grupy zorganizowanych obywateli. Można się z nimi nie zgadzać, trzeba się z nimi nie zgadzać, ale pogarda władzy do obywateli to coś, co najtrudniej jest mi znieść. To się przejawia w stosunku do różnych organizacji i różnych grup. Ale także w stosunku do własnych decyzji.

Których?
Podejmowanych z poczuciem: „Nie musimy się liczyć z tym, co sobie o nas pomyślą”. Stąd mamy znajomego ministra Ziobry w czterech radach nadzorczych, pana Misiewicza w radzie nadzorczej mimo braku kursu na członków rad nadzorczych. Obywatel ma poczucie…

Nie podoba mi się polityka jako system, nie podoba mi się zachowanie wszystkich politycznych graczy

... że znów wygrywa kolesiostwo?
Ale też, że dla niego nie ma miejsca w tym wszystkim. Powiedzmy: chciałabym wystartować w konkursie na prezesa TVP. Oczywiście, nie chciałabym, mówię o tym z pozycji obywatela. Albo na członka rady nadzorczej jakiejś instytucji, spółki skarbu państwa. Ale z góry wiem, że nie ma miejsca dla takich zwykłych ludzi, nie podczepionych pod nikogo. To pokazuje, że są rzeczy, które są niezmienialne od lat. Wszyscy o tym mówią, wszyscy wiedzą, podobnie, jak wszyscy wiedzą, że mecz jest ustawiony i wiedzą, kto go ustawił.

Ale jednak nie wiemy, kto tym prezesem TVP zostanie. A przede wszystkim nie wiemy, czy zostanie nim Jacek Kurski (śmiech).
Po pierwsze nie wiemy, kto w ogóle do tego konkursu się zgłosi, bo tak są sformułowane kryteria. Ja sobie wyobrażam różne osoby na stanowisku prezesa TVP. Takie, które byłyby odważne, być może nawet brawurowe. Na przykład - Maciej Strzembosz. Był liderem obywatelskiego projektu ustawy medialnej. Ten projekt zresztą kilka lat temu połączył wszystkich od prawa do lewa: w komitecie znaleźli się i Jacek Żakowski, i Rafał Ziemkiewicz, i Jan Pospieszalski. Ale dziś mamy sytuację, jakiej doświadczyła nieszczęsna pani Katarzyna Kalata, która próbowała startować w konkursie na prezesa ZUS. Niby ma się wszystkie potrzebne kwalifikacje, ale tak naprawdę idzie się do konkursu, żeby się przekonać, że w ostateczności człowiek się wygłupi. Zgrzeszyła naiwnością, wierząc, że do tego konkursu mogą startować wszyscy. Trudno mi sobie teraz wyobrazić, że jakaś poważna osoba z dorobkiem porwie się na konkurs chociażby po to, żeby pokazać, jak on wygląda. Z jednej strony kompromitujące jest to, że nie trzeba mieć żadnego doświadczenia startując w konkursie na prezesa TVP, spółki mającej ogromne problemy finansowe i zarządcze. Z drugiej strony wszyscy wiedzą, że człowiek z doświadczeniem nie stanie do konkursu po to, żeby miał wygrać już przymierzany do tej wygranej Jacek Kurski. Gdzie tu więc jest miejsce dla obywatela? Na pewno nie ma sensu porywać się na konkursy, bo nie w nich się obsadza stanowiska.
A to, co się w telewizji wydarzyło, wydarza, jak Pani przyjmuje?
Nie podoba mi się. Przeceniłam Jacka Kurskiego. Kiedy został prezesem, pomyślałam, że tak skrytykowany z każdej strony już na starcie, będzie chciał wszystkim udowodnić, że umie zrobić dobrą telewizję informacyjną, taką, że wszyscy pożałują tych słów krytyki, jaka na początku na niego spadła. Ale niestety. Nadal wierzę, że umiałby ale - ku mojemu zaskoczeniu - nie pokazał tego, nie chce tego pokazywać i nic nie wskazuje na to, że to pokaże.

To co pokazał?
Muszę przyznać, że nie mam telewizora, więc większości rzeczy nie oglądam i nie chcę się pastwić. Ale w internecie oglądam „Wiadomości”. A „Wiadomości” to sztandarowy przykład kierunku, w jakim poszła zmiana w zakresie polityki i publicystyki. Z jednej strony bardzo fajnie, że wchodzą takie kanały jak TVP Historia, że na antenę trafiają rzeczy, których nie było wcześniej i są pokazywane w sensownych godzinach. Kurski miał różne fajne pomysły, jak ten z odnowioną „Sondą”. Ale jednak telewizja publiczna w dużej mierze potrzebowała naprawy w części polityczno-społecznej. Tymczasem są zupełnie niezrozumiałe zwolnienia, jak na przykład Małgorzaty Serafin. Miała ciekawe programy, zwykłe, spokojne rozmowy, zupełnie niekontrowersyjna i nieskompromitowana osoba. I nawet takich ludzi, którzy nie mieli dziennikarskich czy politycznych grzechów na sumieniu, pozbywa się z automatu, zupełnie nie wiadomo dlaczego. I jednocześnie trwa zagrzewanie całego środowiska do takiego zachowania: „Kuba Sufin to złóg TVN-owski!”. Sam fakt, że ktoś pracował w TVN oznacza, że nie powinien mieć wstępu do TVP. To coś, co być może było także w poprzednich czasach. Ale ja żadnej z telewizji nie poważałam, nawet jak miałam jeszcze telewizor. Teraz jednak idzie to tak na ostro, że boję się, co będzie, jak przyjdzie zmiana.

Przyjdzie?
Jeśli to wszystko będzie wyglądało tak, jak wygląda, to przyjdzie już za trzy lata. I będzie dokładnie tak samo, tylko w drugą stronę. I już na zawsze utrwali się i tak już funkcjonująca praktyka „Teraz,k…, my!”. Nie „Dobra zmiana”, tylko „Dobra, zmiana”. I to mnie jako obywatela martwi, bo nie chcę się przybliżać do żadnej strony walczącej, chcę mieć rzetelne informacje w „Wiadomościach” i nie obchodzi mnie, że w „Faktach” TVN są informacje nierzetelne. Nie jest to dla mnie żadne usprawiedliwienie, bo nie chodzi o to, żeby mieć dwie przegięte telewizje do wyboru, tylko, żeby telewizja publiczna się szanowała. Ale to się dzieje od lat. A były fajne pomysły, ciekawe osoby blisko telewizji, były nawet członkami rady programowej, na przykład Kuba Wygnański - przewodniczący tej rady, która działa społecznie, jej zadaniem jest czuwać nad jakością programów. I on zrezygnował, napisał gorzki list o tym, jak rada nie działa. A to jest osoba nieskazitelna, o nieposzlakowanej uczciwości, który miał pomysł na to, jak oceniać telewizję nie tylko przez pryzmat oglądalności, ale oglądalności, misyjności i jakości samego programu. Ciekawa rzecz, tylko nie miał tego komu opowiedzieć, bo był kwiatkiem do kożucha. Głównie w tych radach programowych są politycy. Była Iwona Śledzińska-Katarasińska, jako ta, która miała stać na straży. Teraz w Radzie Mediów Narodowych są czynni posłowie, też mają stać na straży. Gdyby ktoś przyszedł z genialnym pomysłem, ale z zewnątrz, jak przywołana tu już pani Kalata, to system nie pozwoli jej zaistnieć. Tak to jest zrobione, że się nie przeciśnie.

A pamięta Pani kampanię wyborczą? Była świeżość, nadzieja, że polityczny beton się kruszy, pęka, bo to i nadchodził Kukiz, ludzie chcieli zmiany. Ta zmiana polegała też na tym, że już nie chcieli rządów Platformy.
Myślę, że obecna władza robi błąd, myśląc, że ludzie odrzucili Platformę. Owszem, odrzucili, ale za coś. Jeśli nowa władza będzie powielać grzechy Platformy, a je powiela, to nie będzie miało znaczenia że jest 500+, do którego ludzie się przyzwyczają. Wielu moich znajomych bierze 500+, cieszy się, że są dodatkowe pieniądze, a w życiu nie zagłosuje na PiS.

Ale PiS wygrało wybory właśnie ze względu na program, na to, co proponowano. A proponowano 500+, przywrócenie wieku emerytalnego, przyspieszenie gospodarki, co firmuje postać pana Mateusza Morawieckiego, jego plan gospodarczy i innowacyjny dla Polski.
Mam kiepski słuch społeczny, a przede wszystkim nietrafione przewidywania, ale głosując kierowałam się nie obietnicami, ale oczekiwaniami, jakie sama mam, jeśli chodzi o styl sprawowania władzy i jej jakość. Wolę projekt, który mniej mi się podoba, ale został przyjęty w uczciwym procesie legislacyjnym, i po rzetelnych konsultacjach publicznych niż przepychanie ustaw kolanem i ignorowanie głosu obywateli, nawet jeśli ma to dotyczyć projektu, który mi się podoba. To psucie metodologii rządzenia. Myślę, jak bardzo niemoralne jest korzystanie ze słabości państwa. A to się właśnie dzieje. Partia propaństwowa, chcąca zbudować silne państwo nie ma prawa wykorzystywać do rządzenia słabości tego państwa. Tego, że nie ma standardów, procedur. To niemoralne i nieskuteczne.
Czyli po niespełna roku rządzenia PiS, wieszczy Pani, że przegrają wybory?
Jak mówię, moje przewidywania się nigdy nie sprawdzają, więc mogę sobie wieszczyć. Ale widzę po sobie i po reakcjach innych ludzi, którzy po cichu myśleli, że będzie inaczej, choć może Kaczyńskiego nie lubili, ale wierzyli, że coś się zmieni, że scena polityczna się przewietrzy, że się uporządkuje, że nie będzie kolesiostwa, jak szybko pozbyli się złudzeń. I to byli ludzie, którzy jakiś kredyt zaufania władzy dawali. Trudno jest mi więc wymyślić, na czym będzie można dociągnąć do powtórnego zwycięstwa. Myślę, że osoba, która zostanie szefem kampanii partii opozycyjnej będzie miała pracę marzeń - kampania jej się sama wygra na dotychczasowych wpadkach PiSu.

To przy okazji zapytam, jak dziś Pani widzi opozycję, która, co gołym okiem widać, sama jest całkowicie pogubiona, nieskładna i bezsilna.
Tak jest. Ale po pierwsze jest niewiarygodna - i mówię tu o Platformie, bo Nowoczesna jeszcze nie rządziła. Platforma jest niewiarygodna we wszystkim co mówi, bo miała na wszystko 8 lat, 5 lat ze swoim prezydentem. Wszystko mogli robić: budować standardy, procedury, rządzić nie popełniając błędów. To jedno. A drugie to słabość ludzi. Można wskazać naprawdę wyjątki - ludzi, których można z przyjemnością posłuchać.

Można powiedzieć, że wręcz sarkastycznie brzmią dziś nazwy dwóch największych w Polsce partii. Platforma Obywatelska miała być pro obywatelska i wiemy, czym się skończyło. Prawo i Sprawiedliwość z kolei pokazuje, że zarówno prawo, jak i sprawiedliwość zagwarantowane jest tylko „naszym”?
Na pewno nie jest tak, jak ja sobie wyobrażałam, ale ja jestem naiwna. Wracając do opozycji to Nowoczesna jest dla mnie trochę dziwactwem. Nie wiem, jaki mają program, czy w ogóle jakiś mają. Wiem, że mają bardzo śmiesznego lidera, który jest bardzo memogenny.

Żeby komisja śledcza zainteresowała ludzi, musi być taka afera jak Rywina: znane postaci, prosta sprawa

Ale ten memogenny lider ma ambicje być premierem.
Podobno. Ale to, co mnie najbardziej denerwuje w dzisiejszych rządach, to fakt, że on może nie być bez szans. Jak tak dalej pójdzie, to nikt nie będzie bez szans. Jak tak dalej pójdzie w Warszawie i PiS wystawi na przykład Jacka Sasina, który na pewno jest sympatyczną osobą, ale nie jest to ktoś, kto ma charyzmę, a myślę, że PiS sobie wyobraża, że z palcem w nosie tę Warszawę weźmie, to się może pomylić.

Ciekawe, czy pan Sasin powtórzy to, co mówił, kiedy kandydował na prezydenta Warszawy - że komunikacja będzie za darmo.
No tak, ciekawe czy skorzysta z programu nie używanego, czy stworzy nowy program. Ale politycy chyba nie zdają sobie sprawy, jak wielką rolę w takich sprawach odgrywają emocje elektoratu. Na tej zasadzie właśnie Kukiz zaszedł tak wysoko w wyborach prezydenckich i potem parlamentarnych. Przecież nikt go nie oceniał merytorycznie, ani ze względu na program. Ważne było, że przychodzi ktoś z zewnątrz i zrobi zamieszanie. Jeśli opozycja, a w Warszawie jedyną wiarygodną opozycją jest Miasto Jest Nasze, które jest pozapartyjne, kiedy więc ruchy miejskie skrzykną się i wystawią kandydaturę Roberta Biedronia, wcale się nie zdziwię, jeśli wygra. Biorąc pod uwagę nastroje warszawiaków, mogą pomyśleć, że wszyscy już byli, dajmy Biedronia, bo w Słupsku się sprawdza. Nie wiem, czy się sprawdza, czy nie sprawdza, ale chodzi też o to, że dajmy Biedronia, zróbmy wszystkim na złość. Politycy nie czują tego, jak i wielu innych rzeczy.

Czego jeszcze?
Apel smoleński. Ja szanuję wszystkie upamiętniania, bardzo przeżyłam katastrofę smoleńską, jestem za tym, żeby budować pomniki, ale apel smoleński przy rocznicy Powstania Warszawskiego, czy niedawno przy obchodach w obozie koncentracyjnym powoduje, że nawet ja mam silny opór. I nie będę miała do nikogo pretensji, jeśli po zmianie władzy jedną decyzją ten apel smoleński zniknie ze wszystkich uroczystości. Bo wahadło jak odbije, to odbije w taki właśnie sposób.

Jeśli już wspomniała Pani o Warszawie, to ciekawa jestem Pani zdania, zwłaszcza jeśli chodzi o ten ostatni krzyk w związku z reprywatyzacją i tym, ile pani Hanna Gronkiewicz-Waltz wiedziała, ile nie wiedziała, czy w ogóle mogła nie wiedzieć.
Mnie się wydaje, że nie można takich rzeczy nie wiedzieć. Nie wydaje mi się, aby w tym przypadku jeden urzędnik przepuszczał miliony i nikt tego nie zauważył. Nie wierzę, że można nie mieć świadomości, zwłaszcza że od lat ta świadomość była budzona przez Miasto Jest Nasze, czy alarmujące sygnały, jak zabójstwo Jolanty Brzeskiej. Naprawdę, trzeba by było bardzo chcieć nie wiedzieć, żeby tego nie wiedzieć. Druga rzecz - nie bardzo wierzę w to, że to było tylko jedno środowisko, które czerpało z tego zyski. Prócz samej reprywatyzacji jest jeszcze coś dużo bardziej trudnego do wyłapania, a być może jest w tym również podobny bałagan.
Czyli?
Wynajem i sprzedaż lokali komunalnych po preferencyjnych cenach i na różnych zasadach. To jest dopiero kopalnia. Zajmowałam się tym w 2008 roku. Sprawdzaliśmy przyznawanie lokali na warunkach preferencyjnych organizacjom pozarządowym. Interesowało nas, co o tym decyduje, jakie są kryteria. Odkrywałam przypadki, przy których łapałam się za głowę. Człowiek, który był wskazywany w prasie jako mafiozo, kasjer mafii, aresztowany przez CBŚ, założył sobie fundację z Holocaustem w nazwie, dostał od miasta super lokal przy ulicy Pięknej, gdzie kręcił swoje interesy, bo oczywiście ta fundacja nic nie robiła. Być może stało się to bez wiedzy urzędników, być może nazwa fundacji poruszyła ich i przyznali lokal. Ale to, co jest ważne, to przy tej okazji odkryliśmy mechanizm, jak łatwo jest wydobyć z miasta lokal komunalny. Miasto sprzedaje też lokale i użytkowe i mieszkalne, przyznaje je. Opisywałam tydzień temu przypadek syna radnej PO, zresztą on był też opisany w „Życiu Warszawy”. Trzydziestoparoletni, mieszkał z mamą na 80 metrach kwadratowych, mama w oświadczeniu majątkowym zadeklarowała ćwierć miliona złotych oszczędności, a on złożył wniosek o przyznanie lokalu komunalnego. Czyli takiego, które są dla wielodzietnych rodzin i innych najbardziej potrzebujących. Jego mama była w komisji mieszkaniowej, komisja, wraz z mamą poszła do mieszkania na wizję lokalną. Członkowie komisji w końcu zorientowali się, że są w mieszkaniu tej radnej, ale, co mnie zastanowiło, to niewspółmierna do tego faktu reakcja opozycji: „No, trochę to sytuacja niezręczna, że się dopiero na miejscu zorientowaliśmy, że na wizji lokalnej jesteśmy u radnej w domu” - wypowiedziała się jakaś radna z PiS. Mało tego. Ta komisja ostatecznie zdecydowała o przyznaniu synowi radnej tego lokalu. Zapewne już to mieszkanie dostał, a być może nawet je wykupił na preferencyjnych warunkach. I to są rzeczy, które puchną. To nie jest jedna wielka reprywatyzacja, w której idzie o miliony, ale gdzieś jakieś trzysta tysięcy złotych, gdzieś przyoszczędzić na lokalu. Jestem przekonana, że w tego rodzaju patologiach bierze udział znacznie więcej osób. Każdy ma rodzinę, każdy ma znajomych. Gdyby się temu przyjrzeć, to okazałoby się, że mieszkania wynajmowane są po znajomości, i sprzedawane po dużej bonifikacie. Jestem pewna, że ta słaba reakcja jest tak naprawdę kompromitująca dla opozycji w Radzie Miasta, która przyznała mieszkanie gościowi, mimo że mieszka z matką na 80 metrach, jest nieobciążony rodziną, a ona ma działkę wartą ćwierć miliona złotych. Tymczasem kiedy raz do roku w Warszawie miasto organizuje konkurs dla uchodźców na mieszkania komunalne, to do wynajęcia dla nich, na całą Warszawę, jest pięć mieszkań.

Stąd, kiedy rozmawiam na ten temat wciąż słyszę, że sprawa reprywatyzacji osławionej już działki przy Chmielnej 70 wartej grube miliony zł to tylko wierzchołek góry lodowej.
Ależ tak, to tylko wierzchołek góry lodowej. Podzielam też i taką hipotezę, o jakiej przeczytałam, że ten fakt w ogóle wypłynął z takim hukiem na skutek kłótni w rodzinie, bo ktoś inny miał chrapkę na tę działkę. To tak jak z aferą Rywina - wypłynęła niechcący, wszyscy na tym stracili, ale gdyby to się miało stać jeszcze raz, to byśmy się nie dowiedzieli. Tu była determinacja stowarzyszenia Miasto Jest Nasze, bo tylko ono i ruchy lokatorskie się tym interesowało, nie przypominam sobie, żeby opozycja w tym grzebała. A jeśli opozycja nie grzebie solidnie, nie wykopuje solidnych argumentów, którymi się wygrywa wybory, to niestety, doświadczenie życiowe podpowiada, że może ktoś z nich też siostrze, rodzinie mieszkanie załatwił, bo przecież w tej komisji mieszkaniowej byli radni wszystkich opcji.

CBA i prokuratura prowadzi już kilka śledztw. Jest nadzieja, że pewne rzeczy będą naprawione?
Nie wiem, na ile te straty można odkręcić. Na pewno będzie można wprowadzić system zapobiegający temu wszystkiemu. Ale tu jest też coś, co uważam za błąd PiS-u, czyli połączenie prokuratora generalnego z ministrem sprawiedliwości i to w osobie Zbigniewa Ziobry, postaci kontrowersyjnej. Śledztwo może być super uczciwe, ale sam fakt, że nadzoruje je osobiście i pewnie będą wychodziły przypadki wręcz ręcznego sterowania, posłuży opozycji jako argument za unieważnieniem wszystkiego, co w tym śledztwie wyjdzie. Będzie można mówić, że to polowanie, że Ziobro poluje, że PiS poluje. Zresztą takie głosy już są. Nawet biedny Jan Śpiewak cynglem PiS-u został.

Pani Hanna Gronkiewicz-Waltz już wcześniej mówiła, że aresztowania zaczną się po Światowych Dniach Młodzieży.
Jej wypowiedź świadczy o tym, jak duże ona ma poczucie tego, co tam jeszcze jest. Bez powodu człowiek nie zapowiada, że będzie aresztowany. Ona po prostu czuje, że jest materiał. Pytanie, jak to dalej będzie przedstawione. Jeśli w taki sposób, że uda się społeczeństwu wmówić, że to jest polowanie, to afera się rozmyje. Tak jak udało się w sprawach z doktorem G., z Sawicką - ludzie byli w stanie stanąć po stronie Sawickiej w konflikcie z Kamińskim. Tylko dlatego, że się udało przedstawić Mariusza Kamińskiego jako wcielonego diabła. Zdaję sobie sprawy, że to, co mówię, wygląda jak kibicowanie z kanapy, ale wydaje mi się, że lepiej byłoby gdyby ministrem sprawiedliwości była Małgorzata Wassermann, osoba spokojna, zrównoważona, budząca sympatię, do której nikt jeszcze nie miał odwagi się uprzedzić. Ziobro ma już za sobą kadencję, w której robił różne rzeczy, za jakie można mieć do niego pretensje. Małgorzata Wassermann zrobiłaby to samo, tylko w stylu, jak to mówią: „Tisze jediesz, dalsze budiesz”. Na spokojnie; trudno byłoby to obalić.
Wiarygodnie.
No właśnie. Chodzi o to, żeby dawać na strategiczne miejsca ludzi naprawdę wiarygodnych.

Pani Małgorzata Wassermann jest teraz w komisji śledczej.
W sprawie Amber Gold. Ja lubię komisje śledcze, bo przy nich nawet niechcący dużo różnych rzeczy wychodzi.

Od komisji śledczej w sprawie afery Rywina rozpoczęła Pani swoją publicystyczno-blogowa przygodę.
Ale to była zupełnie inna komisja. W pewnych sprawach jej członkowie potrafili się zachować tak, że nawet Tomasz Nałęcz włączył w dociekanie mimo że to dotyczyło jego środowiska. Późniejsze komisje były już dla amatorów takiego widowiska. Trochę śledziłam komisję orlenowską. Żeby to wciągnęło ludzi, musi być jak afera Rywina: znane postaci, prosta sprawa, prosty dowód w postaci nagrania - to są w stanie ogarnąć. Kto pamięta dziś aferę związaną z Orlenem? Ja sobie przypominam, czytając swojego bloga, bo teraz go przenoszę i myślę, ile przy okazji tej komisji wyszło ciekawych spraw, które nigdy nie znalazły ciągu dalszego. Te rozmowy, kiedy Miller mówi o zamachach. Bardzo ciekawe rzeczy z tych komisji wychodziły. I się rozmywały, bez ciągu dalszego.

To są sprawy dla dziennikarzy śledczych; czy Pani zdaniem dziennikarstwo śledcze zaniknęło?
Nie zaniknęło, bo różne ciekawe rzeczy nadal wychodzą. Nie pracowałam nigdy w redakcji, nie wiem, jak to wygląda, ale mogę sobie wyobrazić, że redakcja nie może sobie pozwolić dziś na to, żeby oddelegować jednego człowieka do wnikliwego badania jednej afery, nawet dużej. Nie wiem, ilu jest dziennikarzy śledczych w poszczególnych gazetach, ale to nie są jakieś wielkie teamy. To jedno. Po drugie mam wrażenie, że dziennikarstwo śledcze też się bardzo podzieliło politycznie i właściwie nie ma między nimi interakcji. Widać to zresztą na Twitterze: jeśli coś odkrył, opisał Wojciech Czuchnowski: „A, to można to zlekceważyć, bo Czuchnowski to cyngiel „Gazety Wyborczej”. Jeśli odkrył coś Cezary Gmyz, to druga strona mówi: „A, Gmyz, ten od trotylu, to możemy się nie przejmować”. I to jest najgorsze. W czasie afery Rywina, mam wrażenie, był jakiś dialog, ludzie do różnych rzeczy dochodzili, ale miało się poczucie, że mimo różnych sympatii, to tym ludziom zależy na tym, żeby coś z tego zrozumieć. Teraz częściej służy to jako oręż w walce politycznej.

Na przykład?
Miliony Szydły - męża Beaty Szydło, które opisał Oko.press. Niby to było dziennikarstwo śledcze, ale z punktu widzenia merytorycznego, dla kogoś, kto zna temat, to jest tyle samo warte co obecna afera z mieszkaniem córki prezydenta Komorowskiego, czyli nic. To kwestia przedstawienia danych w taki sposób, żeby rzucić grubą liczbą, jakimś faktem i udawać, że to mega afera. I ludzie biorą to za mega aferę.

Widziałam właśnie na Pani blogu, że zamieściła Pani dokumenty dotyczące zakupu mieszkania przez panią Elżbietę Komorowską. Z których jasno wynika, że pan Piotr Guział konfabulował, oskarżając ją o udział w mafii.
No tak. Żeby było śmieszniej opublikowałam te dokumenty, które dostał i PAP, i „Fakt” i są to te same dokumenty. Jest sprawa, o której mówi się w mediach kolejny dzień, dziennikarze mają przed sobą papiery, nawet zdjęcie balkonu, na którym wisiało ogłoszenie o sprzedaży tego mieszkania. Wszystko jest do ustalenia. Elżbieta Komorowska napisała, że skontaktowała się z agencją nieruchomości, która się zgodziła, że odpowie na wszelkie pytania. Wszystkiego, co chcielibyśmy wiedzieć, można się było dowiedzieć. I nikogo to nie zainteresowało. Podobnie było z „milionami” Szydło. Nikt nie drążył, czy mąż pani premier rzeczywiście nie składał sprawozdań z dotacji unijnych, a musiał składać, bo żadnej kolejnej by nie dostał, mało tego, gdyby nie składał, musiałby je zwracać, bo taka jest ustawa o finansach publicznych. Jest to więc rzucanie tematu i jestem pewna, że z pełną świadomością tego, że to jest dęte, ale chwyci. I to jest bardzo niepokojące, bo jednak dziennikarz śledczy ma ogromne możliwości zrobienia i nagłośnienia tematu. Jeśli wykorzystuje to tak, że świadomie pomija pewne informacje, które ma i które zmieniają pogląd, to jest bardzo źle.
Ale tak było już za czasów afery Rywina, kiedy „Gazeta Wyborcza” świadomie pewne rzeczy pominęła.
Tak było, ale można też było zobaczyć później i to było cudowne doświadczenie - jak to wszystko prowadziła „Rzeczpospolita” i Luiza Zalewska. Osobiście, punkt po punkcie różne rzeczy ustalała, podawała i nie czuło się, za kim ona jest, za jaką gazetą, czy jaką partią. Robiła łatwe do strawienia dla zwykłego człowieka śledztwo.

Jeśli wspomniała Pani o tym, że zmienia platformę internetową, na której pisze bloga, to przy okazji zapytam, czy znalazła może Pani sposób na to, jak sobie radzić z internetowym hejtem, jak się przed nim bronić?
Wydaje mi się, że się nie da bronić przed hejtem, niestety. Choć ostatnio myślę sobie, że dobrą metodą byłoby, jeśli zna się tożsamość jakiejś osoby, jeśli można ją łatwo namierzyć, to żeby ją pozywać. To jedyne wyjście. Ale z drugiej strony - tracić czas na ustalanie tożsamości tych osób? To jest trochę bez sensu. Nie ma właściwie pomysłu. Może niepotrzebnie czasem wdaję się w za długie dyskusje, kiedy od razy można ocenić, czy ktoś szuka informacji i chce dyskutować o faktach, czy po prostu chce się tylko powyzywać. Shejtować można absolutnie wszystko, nawet Krzysztofa Stanowskiego, który organizuje wspaniałą akcję „Dobro wraca”. Jeśli nawet do tego można się przyczepić, to nie ma sposobu na hejt. Są ludzie, którzy lubią sobie istnieć w taki sposób. Na Twitterze można je zablokować, wyciszyć. Banuję, wyciszam, nie widzę, co piszą.

Często Pani banuje?
Jak piszą wyjątkowo chamskie rzeczy. Banuję, bo niby dlaczego mam na swoim tajmlajnie narażać się na kontakt z chamstwem, którego nie zniosłabym w rzeczywistości. Jeśli ktoś jest tylko męczący, to mi nie przeszkadza, można go ignorować. Przez wiele lat człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do pewnych rzeczy, choć do życzeń śmierci nigdy się nie przyzwyczaję.

Pani życzą śmieci?
Nie pod moim adresem, ale kiedy życzono Terlikowskiemu, żeby jego córkę ktoś zgwałcił, to wtedy on zrozumie, że trzeba być za aborcją. To są rzeczy, które wykraczają poza moją wytrzymałość. Czasem jestem ciekawa: kim są te osoby? Kim są ci, co hejtują mnie? Każdy z nich mógłby do mnie zadzwonić i mi to wykrzyczeć, bo wiadomo, jaki jest mój numer telefonu do pracy. Ale jakoś nie mają odwagi.

Czasem jestem ciekawa: kim są te osoby? Kim są ci, co hejtują mnie? Każdy z nich mógłby do mnie zadzwonić

Jakie są dzisiaj Pani poglądy? Poszybowały, ewoluowały?
Moje poglądy są stałe. Co najwyżej w innych miejscach szukam ich realizacji. Aczkolwiek nie jestem w stanie przypisać się do żadnej strony na tyle, żeby powiedzieć, że w całości się zgadzam z tym wszystkim, co reprezentuje dana partia. Jeśli chodzi o leczniczą marihuanę, czyli olej z marihuany, który mógłby pomóc panu Tomaszowi Kalicie, to jestem za propozycją Kukiza i SLD, a nie za tym, co ostatnio mówił minister Radziwiłł. W sprawie aborcji jestem bliżej PiS, ale nie tak radykalnie jak Terlikowski. Wbrew pozorom, moje poglądy są takie same. To, co mnie denerwowało wtedy, denerwuje mnie i teraz. Takie same mam oczekiwania, tak samo niespełnione.

Czy w końcu udało się panu Jarosławowi Kaczyńskiemu poznać Panią i czy się spotkaliście?
Nie spotkaliśmy się. Przyznam, że miałam kiedyś okazję, jeszcze w Salonie 24, Igor Janke proponował, żebym zrobiła wywiad z prezesem Kaczyńskim do Salonu. Nie odważyłam się. Właśnie dlatego, że to jest postać na tyle fascynująca i na tyle mam dużą słabość do niego, która polega chyba na tym, że on jest bardzo jakiś, że się bałam, że nic z tego nie wyjdzie. Bałam się, że nie byłoby to ani ostre, ani ciekawe, bo prezes Kaczyński może być tak przytłaczającą osobowością dla kogoś, kto z zawodu nie jest dziennikarzem, nie umie prowadzić wywiadów. Tak więc nigdy się nie spotkaliśmy, myślę, że to był bardzo miły żart pana prezesa, kiedy o tym powiedział, ale nie miało to swojego ciągu dalszego.

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Materiał oryginalny: Kataryna: Jeśli nowa władza będzie powielać grzechy PO, to 500+ nie będzie miało znaczenia - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 19

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

D
Danuta Domańska

A propos nie składania sprawozdań przez męża pani Szydło, to nie są to absolutnie sprawozdania z dotacji. Chodzi o roczne sprawozdania finansowe z działalności fundacji (stowarzyszenia), które otrzymywało dotację a to wielka różnica i pani po prostu bredzi ...

O
Oj wielkie

Czy Sandman to rodzaj glizdy?

l
lecz chęć szczera

ZROBI Z CIEBIE OFICERA!

NIE,Macierewicz TEGO NIE POWIEDZIAŁ Czy w mojej głowie wszystko się poplątało?
Chroń nas BOŻE od takich typów!o?
Ale dla mnie jednak Macierewicz to jest ?
Ludzie,przejrzycie na oczy.
Czy wy naprawdę nie widzicie?

H
Hans bleib do

tyle że z tymi świniami kwiczy ciemny pisowski zbolszewizowany motłoch odprawiający na dodatek jakieś pogańskie gusła smoleńskie

z
zenua

Najbardziej zbulwersowana jest niedopuszczeniem jej do koryta.syndrom jadzki staniszkis.

J
Joalojz

krótko to nazywa się pierdol.nie kotka za pomocą motka!

J
Jataryniarz

Parę żali Kataryny że coś tam coś tam. To za mało na jęki. W mojej spółce na 100 osób zarządów wymienili 12 - czy to znaczy że pis miał ich wziąć z konkursu a sam usiąść w domu i słuchać mediów co tam w tych spółkach słychać????

w
wesoly kacap

jest to nie - mozliwe chyba ze kaczafi tak zarzadzi i chyba zarzadzi wiec pys..i wstecz ruki po szwam i sluchajta Swego bu - c hajta.

w
wesoly kacap

a to mi nowina zaraz sie zaczne bac jakas kataryna sie zagrala - szukam technikow teatralnych i technikow ogrodnictwa i facetow z niedokonczonym licencjatem w celu stworzenia ugrupowania ktore kiedys bedzie moze rzadzilo Polska, a moze dzis rzadzi?

W
Władysław

Dlaczego gadzinówka niemiecka TP teraz wywleka Katarynę? Dlaczego nie cytowali jej np. 4 lata temu, gdy waliła POpaprańców prawdą między ślepia?

B
Bay90

Jest niemal końcówka 2-dekady XXI wieku, ale w TVP tylko ta 2-ga z XX. Jak może być, aby w tym okresie czasowym... aby w kraju liczącym się w Europie... aby w kraju nie biednym... aby w kraju o wysokim poziomie wykształcenia... istniała TV w formie przysłowiowych jeleni na rykowisku. A innymi słowy: polityka aż do znudzenia, rozrywka infantylna, filmoteka przy emisji jednego filmu z 5-oma blokami reklamowymi po 20 min, muzyki i koncertów żadnych. A jak zdarzą się, wtedy
z przedrożonymi gwiazdami na playback i nie pamiętającymi już czasów swojej świetności, albo, słowiańskie Hej Sokoły. Cywilizowany kraj, wraz z cywilizowanymi aspiracjami, powinien posiadać przynajmniej cywilizowany i permanentny PR. Nawijanie przez 24h w dość rzadkim narzeczu słowiańskim, znajomość polskiego u ca. 90 mln populacji świata, jest zaprzeczeniem wszystkiego i o czym mowa powyżej. Nie, mnie Max Kolonko nie znanym, oglądam tylko jego kanał TV.
Ale jest widocznym, że gościu zna się na medialnym biznesie. Komunistą też nie jest, jeśli żyje w USA. Czyli co?
Ano i to, powierzyć gościowi zaufanie i kasę na stworzenie kanału „Poland Today”. Jak i ten nawali, odesłać do USA! Wywiad może ciekawy, ale konglomerat tematów nie z jednego antałka. Wino mieszane nie jest winem, lecz jest bełtem.

C
Chilon Chilonides

Skoro masz taką naturalną i pilną potrzebę to idź i uderzaj czołem pokłony swojemu guru obojętnie z której to strony sceny politycznej jego tron się akurat znajduję.

s
spokojny

„Nie zgadzam się z KOD-em, nigdy bym z nimi nie poszła, ale też mi się nie podoba władza”.

Aaa. To dlatego jest „najpopularniejsza”.
Po prostu wygodnie nie staje po żadnej stronie a tylko z boku krytykuje.
Typowe kukizostwo – nic mi się nie podoba, poza legalizacją „leczniczego” zioła
i publicznego pociągania piwka.

G
Gość

Opinia, ma mieć fakty, merytoryczne, jednak nie rzędy naiwnych wstawek stricto propagandowych. I dlatego zapytam:
czy „Kataryna” jest kolejną cheerleaders w organie Petru Unia Wolności & KOD? Jeżeli tak, wówczas gdzie w tychże
organach, stricto egoistycznych i materialistycznych, nie występuje „pogarda dla grupy zorganizowanych obywateli”, etc.

Fakty, (26 lat x 12 m-cy) = 312 m-cy. Te 312 m-cy jest jednocześnie okresem minionym od roku transformacji (1989).
PiS w tym minionym okresie „skubał” i odpowiadał za budżet zaledwie 18 m-cy. Fakty, czy nimi nie są?

I kolejny, fakt. Polityka, tudzież jej prowadzenie, nie jest zestawem wzajemnych adoracyj, np. zaperfumowanych dam, leniuchujących na królewskich dworach. PiS jest w dużej części wprost naiwnym i mięczakiem. A ściślej, za dużo
u niego gadulstwa i mamlania o niczym, za duża panuje w nim zależność od opinij organów sprzedajnych. Media i prasa
są sprzedajnymi, nigdy tymi idealistycznymi. Fakty, czy nimi nie są?

Gdyby PiS takowych wad jednak nie miał, „Kataryna” by pisała: „Testosteron rozpiera PiS”. No i właśnie, lady „Kataryna”, PiSowi na gwałt potrzebna furmanka testosteronu. Jeśli takie furmanki do PiSu nie wjadą, wówczas liczne damy pokroju „Kataryna” zmiększą ten PiS na prawdziwego obojniaka. Notabene, czego właściwie oczekuje PiS-ska konkurencja.

I meritum, tak, szanowna „Kataryna”: „szklanka jest do połowy pusta”. A pusta, bo jej zawartość została z niej wyssana.
Wyżłopana poprzez poprzednie ekipy będące u żłoba, a co bez wątpienia, i które dzisiaj już pod inną barwą log i nazw.

Tak, na kobiecy idealizm i egzaltację są m.in. dwa lecznicze sposoby: znaleźć sobie chłopa, lecz z ikrą, miast ciamciaka,
miast gosposię do zadań domowych swej damy. Po czym, urodzić zwyczajowe dwa dzidziusie, dbać o domowego ogiera. Ogiera i dzidziusie doprowadzić do ich sukcesu. Jak to się stanie, wtedy ponadziemski idealizm zaraz przekształca się
w ziemską rzeczywistość. I miłego weekend, pogoda wystrzałowa! Nie upalnie, więc da się myśleć, rzeczowo i wydajnie.

g
gosc

Żeby tu córkę króla kuców jeszcze cytować ,upadek totalny.

Dodaj ogłoszenie