Karolina Korwin-Piotrowska: Teraz głos ma pokolenie absolutnego szyderstwa [ROZMOWA]

rozm. Ryszarda Wojciechowska
Karolina Korwin-Piotrowska: Szczyt wielu celebryckich karier mamy za sobą. Teraz nadchodzi pokolenie ironiczne, które wiele spraw bierze w cudzysłów. Pokolenie, które zna wszystkie mechanizmy i nie da sobie wcisnąć kitu i nieautentyczności mat. wydawnicta Prószyński i S-ka
- Polski kołtun się zeuropeizował, ma lepsze ciuchy, samochody, ale mental został ten sam - mówi pogromczyni celebrytów, dziennikarka, felietonistka i pisarka, Karolina Korwin-Piotrowska.

Zastanawiam się, w jaki sposób porusza się Pani po tym celebryckim świecie. Skoro w pewnym sensie sama jest taką celebrytką, żeby nie powiedzieć - ćwierćcelebrytką, w nawiązaniu do tytułu książki "Ćwiartka raz".
Może i jestem ćwierćcelebrytką, skoro dwa razy do roku, podczas konferencji TVN Style, prezentuję się na ściance. Ale to są wszystkie ścianki, na jakich się pojawiam. Ja nie poruszam się w tym świecie. Siedzę z boku. Oglądam i potem głośno mówię, co o tym myślę. Na Blog Forum Gdańsk ktoś powiedział, że jako jedna z zaledwie kilku osób publicznych mówię to, co myślę. A w Polsce takie zachowanie to najwyższa forma anarchii. Więc jak pani widzi, nie jestem celebrytką, tylko anarchistką.

Pytam o ten świat, bo Pani w swoim programie "Magiel towarzyski" jeździ po celebrytach jak po łysej kobyle. A potem co? Trzeba się z nimi spotykać.
Nie spotykam się. Nie funkcjonuję w tym świecie. Mam znajomych z innej bajki. Moi przyjaciele są dziennikarzami, prawnikami, fryzjerami, hodują psy. W tym świecie, o którym rozmawiamy, mam najwyżej dwoje zaprzyjaźnionych ludzi. Zresztą ostatnio dowiedziałam się od jednej śmiesznej celebrytki, że ja nie mam wcale przyjaciół. Nie żyję jednak w tym świecie. Co niektórych wkurza, bo nic o mnie nie wiedzą. Nie orientują się, co się wokół mnie dzieje, więc plotą androny na mój temat. A mnie to bawi. To rozkosz czytać o sobie banialuki, wypowiadane przez osoby, które mnie tak naprawdę nie znają, a za uszami mają takie rzeczy, że gdyby one wyszły na jaw, to ich "kariery" poleciałyby w kosmos. I tak ma zostać. To mój świadomy wybór. Chcę być znana tylko z tego, co mam do powiedzenia.

Nie żałuje Pani czasami swoich wypowiedzi?

Uważam, że i tak się często tonuję. Od moich studentów, od ludzi na spotkaniach autorskich nieustannie słyszę, że jestem za delikatna. Że powinnam mocniej o jednym czy drugim celebrycie coś powiedzieć. Tonuję się, bo jest we mnie człowiek, który mi podpowiada, żeby pewnych granic nie przekraczać.

Świat show-biznesu to bardzo miałki świat. Czemu on tak nami zawładnął?
Bo to bajka, która się dzieje na naszych oczach. Mamy tu sławę, miłość, pieniądze, czyli to, co lubimy. A że jest to miałkie? Myślę, że wszędzie jest miałkie i wszędzie urasta do rangi kościoła. Mówi się przecież o kościele celebryckim, a nie intelektualnym, o tym, że to musi być tanie, głupawe, obleczone w kolorowe cekiny. Mówi się, że teraz ludzie, zamiast do kościoła, wchodzą na Facebook i lajkują Fanpage gwiazd. Nie tylko ja patrzę na to krytycznie. Równolegle wyrasta świat szydery wobec tej celebry. Takiej szydery świadomej, bezkompromisowej i zdecydowanej.

Ale ta szydera też nakręca tę celebrę.
Rozmawiam o tym ze studentami. I mówię im: - Wściekacie się, że pewne osoby są lansowane. Ale wiecie, kim one są. Wchodzicie na te strony, czytacie te newsy. I wtedy słyszę: - No tak, ale my to robimy dla beki.

Mówi Pani, że młodym już ten celebrycki świat nie robi tak z mózgu wody?
Ten świat już nawet nas nie pociąga tak bardzo. Uważam, że szczyt wielu karier mamy za sobą. Teraz głos ma pokolenie szyderstwa, i to takiego absolutnego, które zakłada Fanpage na Facebooku "Beka z...". I tu można wpisać dowolne nazwisko. Nadchodzi pokolenie ironiczne, które wiele spraw bierze w cudzysłów. Pokolenie, które zna wszystkie mechanizmy i nie da sobie wcisnąć kitu i nieautentyczności.

Bardzo się zdewaluowało słowo gwiazda. Przyznam, że nie znam większości ludzi, których kolorowe media tak nazywają.

To nieważne, czy nazwiemy kogoś gwiazdą, celebrytą, czy osobą znaną. Jeden pies. Ważne, czy do takiego człowieka mamy zaufanie. Większość osób z "szołbizu" pisze dzisiaj książki o sobie. Mało kto z nich je sprzedaje. Bo ludzie, żeby kupić książkę, muszą ufać jej autorowi. I myślą sobie - mogę na tę panią czy pana popatrzeć w telewizji, ale nie muszę wydawać na niego pieniędzy. Pytanie brzmi - chcesz być popularny czy wolisz wzbudzać zaufanie? Osoby maksymalnie popularne w Polsce, lansowane, wzbudzają jedynie szyderstwo. To ciekawe zjawisko.

Miała Pani dylemat, czy warto pisać "Ćwiartkę raz"? Czy warto robić taki osobisty ranking zmian, jakie zaszły u nas w ostatnim ćwierćwieczu w popkulturze, świadomości i gustach?
Nie tyle czy warto, ale czy potrafię. Takie sobie stawiałam pytanie. Ja się cały czas uczę i mam nadzieję, że będę się uczyła do końca życia. Ta książka była dla mnie takim rodzajem testu. Sądząc po tym, jakie ona wzbudza emocje, to test zdałam.

Który rozdział tej ćwiartki był najtrudniejszy?
Lata 90. Dlatego że ja z tamtego czasu najmniej pamiętałam. Musiałam przejrzeć sporo archiwaliów, żeby sobie przypomnieć. To były bardzo barwne lata w historii Polski. Trochę zapomniane, niedoceniane, nieco wytarte z pamięci, bo wtedy chcieliśmy być lepsi. I wstydziliśmy się tego, jacy jesteśmy. Nie byliśmy gotowi na to wejście do Europy, ale strasznie chcieliśmy się zmienić. I jeszcze to hasło naczelne lat 90.: prawie jak w Europie. My wtedy byliśmy prawie. Ale to było spontaniczne i urocze.

A potem...
Potem przychodzą tabloidy, "Big Brother" i robi się wielkie bum. Wylewa się kupa.

Nie taka jak teraz w przypadku "Warsaw Shore". To dopiero jest dla mnie nie do ogarnięcia.
Zawsze jęczeliśmy nad kondycją mediów. A ja myślę, że nie ma co przesadzać z wpływem programu "Warsaw Shore" na społeczeństwo polskie, bo ta nisza, która oglądała "Big Brothera" czy inne kretyńskie programy, dalej będzie miała podobne obrazki w telewizji. Czasy, kiedy wszyscy kochali Ewę Demarczyk i Starszych Panów, są dawno byłe. I trzeba się z tym pogodzić. Świat się zmienił. Media się bardzo spersonalizowały i każdy może sobie ułożyć własną ramówkę w telewizji albo internecie. Uważam, że jestem szczęściarą, bo żyję w czasach rewolucji medialnej. To nieprawdopodobne, jak zmieniły się media w ciągu ostatnich 10 lat, kiedy weszły media społecznościowe, tablety i smartfony. Do głosu dochodzi pokolenie, dla którego ten świat ze smartfonem w ręku jest światem zastanym i jedynym, jaki oni znają.

Pani w swojej książce napisała, że duszy nie sprzedała. A jak się sprzedaje duszę w polskim show-biznesie?
Łatwo się sprzedaje - za okładki kolorowych pism, za rabaty na zakupy albo prezenty z drogich sklepów i... sprzedając kolegów. Ostatnio, na przykład, choć wiedzą, że o znajomych nie plotkuję, najwyżej coś mogę skomentować, dzwonią do mnie koleżanki z gazet i pytają chociażby o to, czy Agnieszka Szulim naprawdę ma szofera i czy była we Florencji. W bagażniku jej samochodu nie mieszkam, w walizkę mnie nie zapakowała, więc nic nie wiem, a i tak pytają. Wiem jednak, że najlepiej zawsze oplotkują cię koledzy z pracy. To jest sprzedawanie siebie i duszy też, zakładając, że się ją ma.

Co się nie zmieniło przez te ostatnie 25 lat? Czy polski kołtun trzyma się dzielnie? Czy może teraz zmienił oblicze?
Polski kołtun się zeuropeizował, ma lepsze ciuchy, samochód, kredyt w banku, ale mental pozostał niezmienny. Jest bardziej dwulicowy. Niech pani spojrzy na polskich posłów, którzy pouczając innych, jak mają moralnie żyć, sami zagrali w Kac Madryt, jeździli po Europie Batmobilem za nasze pieniądze i byli w dwóch odległych od siebie miejscach równocześnie. To kwintesencja kołtuństwa.

Co Panią ostatnio zaskoczyło w kolorowych mediach? Czy mamy jeszcze jakieś tabu do sforsowania?
Podoba mi się, że w mediach jest więcej kobiet o własnych, niewyprasowanych twarzach, w różnym wieku i w różnych rozmiarach. Powraca moda na retro - nawet pojawił się miesięcznik o ploteczkach z dawnych lat, a na rozkładówce jest sam Zbigniew Cybulski. Dla mnie bomba. Na horyzoncie widzę też kilka ciekawych inicjatyw w internecie, dotyczących szeroko rozumianej kultury, popkultury, lifestylu. A tabu? Granica jest w nas. Od nas zależy, czy będziemy ją przekraczać, czy nie.
r.wojciechowska@prasa.gda.pl

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie