Karol Strasburger: Maestro w podróży

Ryszarda Wojciechowska
Paweł Relikowski
O tym, dlaczego nigdy nie żałował udziału w "Familiadzie" i że nie rozumie słowa "suchar", o swoich dzisiejszych i minionych sukcesach i o tym, co napisałby na swojej wizytówce, z Karolem Strasburgerem rozmawia Ryszarda Wojciechowska.

Trochę było w Pana życiu miłości osobistych i zawodowych.

Cała masa miłości, można powiedzieć. Bo wszystko, co robię, staram się robić z uczuciem. Ale najważniejsza jest miłość do kobiety. Do tego jednak dojrzewa się latami.

Miłość życia to żona Irena?

To prawda, ale kiedyś główną miłością był sport, potem zawód, praca w filmie.

Teraz z większym dystansem podchodzi Pan do pracy?

Kiedy człowiek jest młody, to mu się wydaje, że jest najlepszy, że inni się nie liczą. Myśli - ja tu jestem numer jeden...

I łatwo wtedy o tak zwaną wodę sodową, zwłaszcza jeśli są sukcesy?

Na szczęście nigdy mi się nie wydawało, że mam świat u swoich stóp. Byłem i jestem człowiekiem skromnym. Wychowano mnie w pokorze i w szacunku do starszych. Ale był czas, kiedy wierzyłem, że to, co robię, jest bardzo ważne. I czasami tego dystansu brakowało. Teraz mam wrażenie, że wszystko mi lepiej wychodzi. Człowiek nie jest już taki napalony i nabzdyczony.

Pan miał swoje bardzo dobre lata zawodowe. Były "Agent numer jeden", "Noce i dnie", "Polskie drogi".

To były dobre lata, otrzymałem kilka nagród, zagrałem w głośnym filmie i serialach, które przetrwały do dziś. Ale tamta popularność zapracowała na to, co mam w tej chwili. I myślę, że teraz jestem nawet bardziej popularny niż wtedy.

To sprawka "Familiady"?

Chyba tak. "Familiada" ma prawie 4 miliony widzów. Jestem jak bohater serialu, który pokazuje się w soboty, niedziele oraz w poniedziałki i wtorki. I tak od 18 lat. Nie ma filmu ani serialu, który by miał taką widownię przez tak długi czas. A co do umiejętności, to mam wrażenie, że z latami mi ich przybyło. Wtedy miałem dużo młodzieńczego zapału, pasji. Teraz dochodzi doświadczenie.

Czasami jeszcze w telewizji można obejrzeć "Agenta numer jeden", z Panem w roli głównej, czy "Polskie drogi". Kiedy Pan patrzy na siebie sprzed tych, powiedzmy, 30 lat, co Pan myśli? Boże, jaki przystojny byłem?

Tak na pewno nie myślę. Ale z zaciekawieniem oglądałem "Agenta...", który został na taśmie odświeżony. Elektronicznie poprawiono jakość zdjęć i dźwięku. I wtedy pomyślałem, że fajny film obejrzałem. Jednak gdy człowiek patrzy na siebie sprzed lat, to mu przemknie przez głowę: cholera, jaki ja wtedy byłem wysportowany, jak się wspinałem po drzewach, tam skakałem, tu pływałem, brzuszka nie było, więcej włosów miałem. Dlaczego tak nie zostało? Szkoda, że ten czas tak mija. Ale to jest chwila i zaraz z godnością biorę to na klatę.

Pan lubi "Familiadę"?

Lubię. Przyjmując propozycję prowadzenia tego programu, wiedziałem, że nie będę go robił lewą ręką, tylko po to, żeby zarobić parę groszy. Nie uważam tego programu za kichę. To wcale nie jest łatwe stać przed kamerą i dźwigać na barkach odpowiedzialność za cały program. Robić go tak, żeby się stał w pewien sposób kultowy, razem z tymi żartami, które opowiadam. Wiem, że wielu się z tego śmieje. Uważają, że opowiadam jakieś suchary. Zresztą długo nie mogłem sobie przyswoić tej nazwy. Prawdę mówiąc, do tej pory nie czuję tego, czym jest suchar. Uważam, że niektóre dowcipy są niezłe. A że kpiarzy nie brakuje, zwłaszcza wśród młodych? Taka jest natura młodości, jej przywilej kpić sobie z innych. Ale mam wielu młodych przyjaciół, którzy z tych żartów śmieją się prawdziwie, nie złośliwie. Moi koledzy z zespołu Afromental poszli w tę moją konwencję i zaprosili mnie do swojego teledysku, w którym opowiedziałem jakiś najgłupszy żart na świecie.

Tu też zachowuje Pan dystans? Nie przejmuje się?

Na pewno zachowuję leciutki dystansik. Nie można wszystkiego traktować tak serio. Nie roszczę sobie praw do tego, żeby opowiadać takie dowcipy, po których ludzie padają ze śmiechu na twarz.

Osiemnaście lat to jak stare, dobre małżeństwo. "Familiada" już przylgnie do Pana na stałe. To warte jest tych pieniędzy?

To nie jest sprawa tylko pieniędzy. Chociaż posiadanie jakiegoś stałego dochodu staje się niezwykle ważne dla człowieka, nie tylko w moim zawodzie. Wielu moich kolegów ma problem z utrzymaniem się. Ludzie, nie tylko z naszej branży, boją się o własną przyszłość. Wie pani, musiałbym być wariatem, żeby się bać, że coś do mnie przylgnie. Jeśli człowiek buduje sam, na własnych barkach, jeden produkt, i to przez tyle lat, i ma tak wysoką oglądalność, to dlaczego miałbym z tego powodu cierpieć? No i fajnie, że przylgnie, bo oddałem temu programowi swój zapał, swoją osobowość. To prawda, że słyszę czasami "o, pan Familiada".

I co wtedy?

No dobrze, ale patrząc na sportowców czy polityków, mówimy czasami: pan od kuli, pan prezydent od rządzenia. Każdy jest od czegoś. I ten człowiek od kuli nie boi się, że to do niego przylgnęło, bo jest złotym medalistą. Ważne, żeby inne rzeczy też robić w życiu. I ja robię. Gram, na przykład, w serialu "Pierwsza miłość". I wielu telewidzów kojarzy mnie z bohaterem tego serialu. Słyszę często: oglądamy i lubimy tego pana Wekslera, który jest taki dziwny i rozrabia.

Czy może zrezygnował Pan kiedyś z jakiejś roli i dziś żałuje?

Żebym tak strasznie czegoś żałował, to chyba nie. Pamiętam, że w czasach minionych miałem kilka propozycji wyjazdów do USA. Wydawało mi się, że ta Ameryka jest taka fantastyczna. Wtedy Gustaw Holoubek, mój dyrektor i nasz zawodowy guru, mówił: - A wiesz co, synku, posiedź ty sobie tutaj. Przygotowujemy "Króla Leara" z panem Jarockim, "Rzeźnię" Mrożka, Gombrowicza. To dla ciebie ważniejsze. Te Stany jeszcze zaliczysz. Trochę żałowałem tamtych szans, ale po latach, kiedy pojechałem do Ameryki, stwierdziłem, że on miał rację. To, że grałem wtedy w Teatrze Dramatycznym, który był wyjątkowy, ukształtowało mnie nie tylko zawodowo.

Z czegoś Pan jeszcze zrezygnował?

Z paru reklam, i to finansowo ciekawych. Ale nie potrafiłbym reklamować produktu beznadziejnego, nawet jeśliby dużo płacili. Nie wezmę, na przykład, udziału w reklamie papierosów. Nie palę i nie pochwalam palenia, więc jak mógłbym to reklamować?

Gdyby Pan miał na wizytówce napisać: Karol Strasburger, aktor jednej roli, to jaka by to była rola?

Nigdy bym o sobie nie napisał: aktor jakiejkolwiek roli. Mało tego, nie napisałbym sobie nawet aktor. Są tacy, którzy lubią wypisywać: aktor teatru, filmu, serialu. Na swojej wizytówce mam tylko: Karol Strasburger. I to wszystko. Robię różne rzeczy w życiu. Raz jestem aktorem, raz prezenterem, raz sportowcem. Z jeszcze jednego powodu nie wymieniłbym żadnej roli. Bo każda z nich była ważna i każda z nich, na swój sposób, stała się nieważna.

To znaczy?

To jak w teatrze przed przedstawieniem. Wspólnie nad tym pracujemy, przeżywamy razem próby, ekscytujemy się. Potem jest premiera. A potem robi się nowe przedstawienie i tamto idzie w niepamięć. To nie jest tak, że ja przed snem rozważam, jaki miałem kiedyś zawodowo wspaniały czas. Jak grałem na przykład Laertesa w "Hamlecie", w towarzystwie Marka Kondrata i Gustawa Holoubka. Graliśmy. Fajnie było, ale się skończyło.

To co z tą wizytówką?

Ktoś mi dawno temu zrobił taką wizytówkę dla żartu. I pod nazwiskiem Strasburger wpisał: maestro w podróży. I mimo że powstała przed 20 laty, nadal jest aktualna. Bo ja jestem maestro w podróży.

W tych podróżach towarzyszy Panu jedna kobieta, Irena. Jest jakaś recepta na udany związek?

Nie ma recepty ani na życie, ani na związek. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to... tolerancja. W każdym związku są wzloty i upadki. Ale jeśli pani pyta o receptę, to mam jedną, którą stosuję rygorystycznie. Nigdy się nie chwalę swoim szczęściem publicznie, ponieważ moje szczęście jest tylko moje. Nie opowiadam scen ze swojego życia prywatnego, tego, jak śpimy, jak jemy, o czym rozmawiamy. Nie opowiadam też o swoich kłopotach, tak jak to robią niektórzy koledzy.

Po co to robią?

Nie wiem. Może żeby się pochwalić przed światem, jacy są ważni? Albo jacy są biedni? Może nie mają o czym rozmawiać, więc opowiadają o swoich kłopotach? Może uznali, że ich życie prywatne jest taką książką, którą inni powinni czytać? Ja swojej książki prywatnej nie dawałbym do czytania. Nie chcę, żeby się ktoś wtrącał w moje życie. Komentował publicznie - dlaczego robię tak, a nie inaczej. A co to kogo obchodzi? Nasze życie z żoną jest tylko nasze. I niech tak zostanie.

r.wojciechowska@prasa.gda.pl

Możesz wiedzieć więcej!Zarejestruj się i czytaj wybrane artykuły Dziennika Bałtyckiego www.dziennikbaltycki.pl/piano

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie