Kalendarium muzyki rozrywkowej: John Lennon kontra Jezus (WIDEO)

Dariusz Szreter
Nie oceniam, stwierdzam fakt. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że teraz telewizja jest popularniejsza od chrześcijaństwa - tłumaczył się Lennon
Nie oceniam, stwierdzam fakt. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że teraz telewizja jest popularniejsza od chrześcijaństwa - tłumaczył się Lennon Lennon
Dokładnie 45 lat temu popołudniówka "London Evening Standard" opublikowała wypowiedź Johna Lennona na temat chrześcijaństwa, która wywołała skandal i nieodwołalnie zmieniła przebieg kariery The Beatles. Przypominamy kulisy tamtej sprawy.

4 marca 1966 roku spragnieni nowych wieści o życiu Wielkiej Czwórki czytelnicy mogli się zapoznać z artykułem Maureen Cleave "Jak mieszka Beatles? John Lennon właśnie tak".

Kilka dni wcześniej autorka odwiedziła Lennona w jego wiejskiej posiadłości w Weybridge. Było to dwa miesiące po tym, jak Beatlesi wypuścili swoją szóstą (w ciągu trzech lat) płytę długogrającą "Rubber Soul", a z piosenką "Day Tripper" trzeci rok z rzędu znaleźli się na szczycie bożonarodzeniowego wydania listy przebojów. Mieli ledwie po dwadzieścia kilka lat, byli bogaci, nieprawdopodobnie popularni i... zagubieni.

W tamtym czasie rock wciąż jeszcze uważano za przemijającą modę, a dwa-trzy lata wydawały się maksymalnym okresem żywotności młodzieżowej gwiazdy. Sami muzycy Wielkiej Czwórki byli już zresztą zmęczeni falą beatlemanii, wielotysięcznymi tłumami towarzyszącymi im na każdym kroku, fanami koczującymi pod ich domami i hotelami oraz nieustającym histerycznym piskiem wielbicielek na koncertach, który nie pozwalał im samym dobrze słyszeć tego, co grają.

Tym bardziej że zdawali sobie sprawę (i udowodnili to wspomnianym wyżej albumem), że ich talenty kompozytorskie i poetyckie wykraczają daleko poza ramy trzyminutowych hitów z Top 20. Przyszła też naturalna pora na zastanowienie się nad tym, co dalej zrobić z tak nadspodziewanie udanie rozpoczętym życiem. A że przy okazji świeżo się zetknęli z rozmaitymi specyfikami poszerzającymi świadomość i, co tu kryć, zasmakowali w nich, wędrówki do wnętrza własnego ja stały się ich codzienną niemal praktyką. Johna dodatkowo frustrowały sprawy osobiste. Trapiło go "niedokończone" dzieciństwo: matka zginęła tragicznie, gdy miał 14 lat, ale i tak od małego wychowywany był przez ciotkę; ojca, z którym nie miał kontaktu od 20 lat, a który właśnie niespodziewanie przypomniał sobie o synu, John podejrzewał, że liczy na jego pieniądze. Na dodatek jego własne małżeństwo, z Cynthią Powell, dawną koleżanką ze szkoły, która zaszła z nim w ciążę, też było w permanentnym kryzysie.

Uwiązany na wsi, w domowych pieleszach, musiał zazdrościć Paulowi McCartneyowi, który w "swingującym" Londynie wiódł kawalerski żywot, odwiedzał najmodniejsze galerie i sale koncertowe, gdzie słuchał Strawińskiego i Stockhausena, kombinując, jak przełożyć to na język pop music.

W takim to, melancholijnym nastroju, ale też i nieco rozdrażnionego, zastała Lennona dziennikarka. John oprowadzał ją po domu, pokazywał zawartość swojej biblioteczki, ale też piwniczki z winem, rysunki trzyletniego syna, pozostałości prezentów świątecznych, które kupił dla przyjaciół, ale nie zdążył ich podarować, zmusił ją do wysłuchania 20-minutowego nagrania klasycznej hinduskiej ragi, która w tamtym czasie inspirowała jego i George'a Harrisona. I gdzieś pomiędzy tym wszystkim rzucił od niechcenia złotą myśl: "Chrześcijaństwo przeminie. Skurczy się i zniknie. Nie ma o czym dyskutować. Mam rację i zostanie ona dowiedziona. Teraz my jesteśmy popularniejsi od Jezusa; nie wiem, co odejdzie pierwsze - rock'n'roll czy chrześcijaństwo. Chrystus był w porządku, ale jego uczniowie byli przeciętni i nieokrzesani. Według mnie, to oni wypaczyli i zrujnowali jego naukę".
Tekst ukazał się, jak wspomnieliśmy, 4 marca i... nic. Najwyraźniej na londyńczykach takie enuncjacje nie robiły wrażenia. Na amerykańskiej elicie chyba też nie, bo przedruk artykułu w lipcowym magazynie "Time" też nie wywołał żadnych reakcji.

Dopiero kiedy w sierpniu amerykański periodyk dla nastolatków "Datebook" zacytował na okładce najbardziej kontrowersyjny fragment tekstu, rozpętało się prawdziwe piekło. Wyjęte z kontekstu zdanie, później często zresztą przekręcane na: "Beatlesi są więksi od Jezusa", oburzyło DJ-a, a zarazem szefa stacji WAQY z Birmingham w stanie Alabama, Tommy'ego Charlesa. Uznał on, że Beatlesi zbyt długo wypowiadali się na różne tematy, bez oglądania się na konsekwencje. I teraz nadeszła pora, żeby sami je ponieśli. W związku z tym ogłosił, że jego stacja nie będzie odtwarzać piosenek Wielkiej Czwórki, a do słuchaczy zaapelował o pozbycie się "beatlesowskich śmieci" z domowych płytotek. Bojkot podjęło natychmiast wiele innych rozgłośni, co zresztą nierzadko miało wymiar czysto symboliczny, bo i tak nigdy nie grano w nich Beatlesów, serwując country 24 godziny na dobę. Tak jak trzy lata wcześniej Ameryka oszalała na punkcie czterech rozśpiewanych chłopaków z Liverpoolu, tak teraz, szczególnie w konserwatywnym "pasie biblijnym", zaczęła urządzać skierowane przeciw nim seanse nienawiści, podczas których niszczono płyty, palono okładki, t-shirty z podobiznami Johna, Paula, George'a i Ringo oraz inne gadżety związane z zespołem.

Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że właśnie zaczynała się trasa Beatlesów w USA. Aby nie dopuścić do katastrofy, tuż po przylocie zwołano konferencję prasową, podczas której Lennon, wspierany przez pozostałą trójkę, przepraszał wszystkich, którzy się poczuli urażeni, i wyjaśniał, że nie chodziło mu o poniżanie religii ani też wywyższanie się czy porównywanie z Jezusem, ale o stwierdzenie faktu, że obecnie, szczególnie w Wielkiej Brytanii, ich zespół jest bardziej popularny niż chrześcijaństwo.

- Równie dobrze mogłem powiedzieć, że telewizja jest popularniejsza od Jezusa - tłumaczył.
Nie wszystkich to przekonało. Kilku najbardziej zawziętych przywódców Kościoła baptystów zagroziło ekskomuniką wiernym, którzy się zdecydują pójść na koncert. Ku Klux Klan groził muzykom śmiercią. Paradoksalnie - zadziałało to na korzyść zespołu, bowiem zaangażowanie ekstremistów otrzeźwiło bardziej umiarkowanych krytyków. Ale przed kilkoma koncertami pojawiły się telefony ostrzegające o podłożonych na widowni bombach, a koncert w Memphis został przerwany w panice, gdy wybuch fajerwerku uznano za odgłos wystrzału karabinowego.

Całe to zamieszanie przypieczętowało decyzję, z którą muzycy, a zwłaszcza Lennon, nosili się już od jakiegoś czasu. Koncert na stadionie bejsbolowym Candlestick Park w San Francisco 29 sierpnia 1966 roku był ostatnim oficjalnym publicznym występem The Beatles na żywo.
Koniec koncertowania oznaczał, że muzycy mogli się w pełni skupić na pracy w studiu. Już nagrany późną wiosną 1966 roku, a więc jeszcze przed finałowym tournée, album "Revolver" uznany został za przełomowy, nie tylko w ich dyskografii, ale w dziejach rocka w ogóle, ze względu na bogactwo aranżacyjne i zastosowane efekty studyjne. Wkrótce okazało się, że była to tylko przygrywka przed prawdziwą psychodeliczną eksplozją, jaką był singel "Strawberry Fields Forever" oraz LP "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", pierwsza płyta rockowa, na której, niezależnie od zaangażowania całej orkiestry symfonicznej, głównym instrumentem była konsoleta mikserska. To tam nagrane przez muzyków ścieżki mieszano, cięto, sklejano, zapętlano, odtwarzano od tyłu, tworząc zupełnie nową jakość.

Uwolnieni od konieczności ciągłego podróżowania (obliczono, że w latach 1960-1966 dali ok. 1400 koncertów), Beatlesi mogli też wreszcie ułożyć sobie życie osobiste. W przypadku Johna oznaczało to rozwód z Cynthią i związek z Yoko Ono, której apodyktyczny charakter doprowadził do eskalacji konfliktów wewnątrz zespołu i przyspieszył jego, prawdopodobnie i tak nieuchronny, rozpad.

Z religijną obsesją Lennona coś było jednak na rzeczy. Jeden z jego przyjaciół, Pete Shotton, wspominał, że któregoś razu po zażyciu LSD nabrał on przekonania, że jest Jezusem we własnej osobie. "Trip" musiał być mocny, bo następnego poranka John zwołał zebranie członków kierownictwa należącej do Beatlesów firmy Apple i podzielił się z nimi tą rewelacją. Skonsternowani koledzy z zespołu i najbliżsi współpracownicy uznali, że należy przeczekać i dyplomatycznie zaproponowali przerwę na lunch. W restauracji do Lennona podszedł jakiś rozentuzjazmowany fan.

- Cieszę się, że udało mi się ciebie spotkać! Jak się masz?
- Jestem Jezusem Chrystusem - odpowiedział John.
- Naprawdę? Podobała mi się twoja ostatnia płyta.

Krytycy i fani drobiazgowo analizujący teksty Lennona zwracają uwagę na "mesjanistyczny" fragment piosenki "The Ballad of John and Yoko" z 1969 roku, w którym śpiewa o tym, że sprawy zmierzają w takim kierunku, iż zostanie on ukrzyżowany. Jak wiadomo, 11 lat później John został zastrzelony przez szaleńca, któremu wydawało się, że to on jest prawdziwym Lennonem. Znaleźli się zresztą i tacy, którzy utrzymują, że zabójca został wcześniej poddany praniu mózgu przez CIA, która w ten sprytny sposób, cudzymi rękami, wyeliminowała niepokornego muzyka.

Ostatni akord tej historii wybrzmiał w listopadzie 2008 roku, kiedy to oficjalny organ Stolicy Apostolskiej, "L'Osservatore Romano", poinformował, iż papież Benedykt XVI udzielił Lennonowi pośmiertnego rozgrzeszenia za kontrowersyjną wypowiedź sprzed 42 lat, uznając ją za "wyraz zwykłej zarozumiałości ze strony młodzieńca z brytyjskiej klasy robotniczej, który musiał zmierzyć się z nieoczekiwanym sukcesem". Amen.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie