Jubileusz Uniwersytetu Gdańskiego. Prof. Edmund Wittbrodt: Nowe czasy wymagały nowych ludzi [ROZMOWA]

Barbara Szczepuła
Prof. Edmund Wittbrodt: - Za moich dwóch kadencji rektorskich zwiększyliśmy liczbę studentów o prawie 100 proc. arch. prywatne
Nie zamierzałem nikogo zwalniać z powodów czysto politycznych - mówi prof. Edmund Wittbrodt, w latach 1990-96 rektor Politechniki Gdańskiej.

- Jak to było z tą żmiją?
- Gdy zostałem wybrany rektorem Politechniki Gdańskiej, po burzliwych latach osiemdziesiątych i zmianach politycznych 1989 roku, podjąłem między innymi decyzję o połączeniu dwóch wydziałów: Budowy Maszyn, na którym pracowałem, i Mechanicznego Technologicznego, który ukończyłem. Chodziło mi oczywiście o dobro uczelni i wzmocnieniu wydziałów mechanicznych. Części pracowników łączonych wydziałów to się nie spodobało, bo między innymi zmniejszała się liczba stanowisk. Wtedy na radzie wydziału, który ukończyłem, ktoś powiedział o mnie: wyhodowaliśmy na własnej piersi żmiję, która nas zniszczy.

- PZPR przestała istnieć, dla niektórych był to szok.
- Nigdy do PZPR nie należałem, byłem jednym ze współzałożycieli Solidarności na PG. Na swoim wydziale, na którym w latach osiemdziesiątych pełniłem funkcje prodziekana i dziekana, wspierałem ludzi z opozycji, broniłem studentów, których chciano w latach 80. relegować z uczelni. Wydział Budowy Maszyn był szczególny, działała tu silna organizacja partyjna i mocna opozycja. Jeden z działaczy partyjnych wystąpił nawet do ówczesnego rektora o odwołanie mnie z funkcji dziekana. Musiałem sobie z tym radzić. Widocznie robiłem to nieźle, czego dowodem jest to, że po zmianach politycznych grupa złożona z naukowców z różnych wydziałów PG wysunęła moją kandydaturę na stanowisko rektora, a Solidarność mnie poparła. Zostałem wybrany już w pierwszym głosowaniu, przy czterech kandydatach. Byłem najmłodszym rektorem Politechniki Gdańskiej. Miałem 42 lata. Nowe czasy wymagały nowych ludzi.

Czytaj także

- Ale teraz dopiero zaczęły się schody.
- Dostawałem raz od jednych raz od drugich. Część działaczy Solidarności uważała, że nadszedł ich czas i domagała się szybkich działań personalnych w stosunku do tych pezetpeerowców, którzy przez lata wielu osobom zaleźli za skórę. Nie zamierzałem jednak nikogo zwalniać z powodów czysto politycznych. Jeśli pracownik akceptował nową rzeczywistość, nie robił wcześniej świństw i był lojalny wobec nowego rektora, mógł zachować stanowisko. Nie chciałem też dopuścić do tego, by Solidarność zastąpiła PZPR i dyktowała rektorowi, co ma robić. Kierowałem się własnymi przemyśleniami i doświadczeniem. Jeśli zaś chodzi o wykładowców, zacząłem ich rozliczać za osiągnięcia naukowe, do których byli zobligowani, za publikacje, terminową realizację doktoratów i habilitacji et cetera. Słabo to wyglądało u niektórych, szczególnie zaangażowanych działaczy partyjnych.

- Kilka osób pan wyrzucił.
- Za brak lojalności. W jednym przypadku chodziło o krzywdzące, negatywne oceny i atak na doktora Piotra Dominiaka. PZPR chciała się go pozbyć z uczelni od 1986 roku, bo nie chciał omawiać na zajęciach ze studentami kolejnych reform gospodarczych generała Jaruzelskiego. Omawiać, czyli chwalić. Partia uznała, że taki ktoś nie powinien być nauczycielem akademickim. Przełożeni pisali więc na niego negatywne opinie. Jakoś się jednak uchował. Gdy zostałem rektorem, chciałem go powołać na dziekana nowo tworzonego wydziału Ekonomii i Zarządzania. Zażądałem wtedy od dyrektora administracyjnego dossier Dominiaka, bo chciałem przywołać te opinie, jako świadczące o jego wiedzy, postawie i dojrzałości. Dyrektor przyniósł mi pustą teczkę i mówi: „kierownik działu kadr twierdzi, że takich opinii nie ma w teczce doktora Dominiaka”. Ponieważ wiedziałem, że były, miałem nawet ich kopie, wydałem dyrektorowi polecenie - proszę natychmiast zwolnić kierownika kadr. Po dwóch dniach dyrektor wraca: panie rektorze dokumenty się znalazły. Powiedziałem wtedy: w tej sytuacji tym bardziej ma go pan zwolnić, bo utraciłem do niego zaufanie i taki sposób działania mi nie odpowiada. To były jednak wyjątkowe sytuacje, bo większość chciała normalnie pracować, robić kariery naukowe i z wolnej Polski się cieszyła. Trzeba było jednak szybko się przestawić, by sprostać nowym wyzwaniom.

- Nie dla wszystkich było to łatwe.
- W PRL wszystko od lat było poukładane, to można, tego nie można, pieniądze na badania szły z ministerstwa i przedsiębiorstw państwowych, raz więcej, raz mniej, często po uważaniu. A tu szok! Gospodarka rynkowa wszystko przewróciła do góry nogami. Trzeba było dostosowywać uczelnię do potrzeb zmieniającej się rzeczywistości. Szkoły wyższe zaczynały być oceniane, zaczęła się liczyć jakość, wprowadzono kategoryzację wydziałów, trzeba było zabiegać o pieniądze w drodze konkursów, składać dobrze umotywowane aplikacje, wprowadzać mechanizmy podnoszące jakość kadry i jednostek uczelni. Mój Wydział Mechaniczny na przykład, od którego zaczęliśmy rozmowę, ma się dziś świetnie i posiada kategorię A.

- Młodzi ludzie przypuścili szturm na uczelnie.
- Liczba osób z wyższym wykształceniem była w PRL bardzo mała, stanowiła około 11 procent społeczeństwa. Na PG studiowało wówczas około 5,4 tysiąca osób. Uczelnie miały odgórnie narzucane limity przyjęć, to minister decydował, ile osób można przyjąć na poszczególne wydziały. W wolnej Polsce zaczęliśmy sami decydować o limitach przyjęć i oczywiście zwiększyliśmy znacznie liczbę studentów, choć nie szły za tym środki. Wiedzieliśmy, że wolna i reformowana Polska potrzebuje dobrze wykształconej młodzieży. Mieliśmy wiele do nadrobienia. Za moich dwóch kadencji rektorskich zwiększyliśmy liczbę studentów o prawie 100 procent.

- Rozpoczęła się współpraca z Uniwersytetem Gdańskim i Akademią Medyczną (dziś GUM).
- Bardzo nam na tym zależało. Rozpoczęliśmy od symbolicznego, wspólnego posiedzenia naszych senatów w 1991 roku dla uczczenia dwusetnej rocznicy Konstytucji 3 maja. Była to okazja do integracji naszych środowisk. Spotkaliśmy się wszyscy w togach na UG, było uroczyście i godnie. Potem pojawiły się między innymi środowiskowe inauguracje roku akademickiego z wspólnym koncertem, powołaliśmy środowiskowe laboratorium rezonansu magnetycznego, czy też międzyuczelniany wydział biotechnologii. Jednak największym naszym wspólnym przedsięwzięciem było powołanie Trójmiejskiej Akademickiej Sieci Komputerowej, służącej całemu pomorskiemu środowisku. Byliśmy biedni jak myszy kościelne, ale występując wspólnie, mieliśmy przewagę nad innymi. Można powiedzieć, że takim cudem nam się udało. Dziś TASK, wspólnie zarządzana i rozwijana, należy do wiodących w kraju. Umożliwia nam współpracę, także krajową i międzynarodową, korzystanie ze światowej bazy informacji i dorobku naukowego. Nie wyobrażamy dziś sobie uprawiania nauki bez TASK.

- Obchody dziewięćdziesięciolecia uczelni wywołały kontrowersje.
- Technische Hochschule zbudowali Niemcy w 1904 roku. Polacy również tu studiowali w okresie Wolnego Miasta. Podjąłem decyzję, aby w 1994 roku zorganizować uroczystości nawiązujące do całej historii uczelni. Powstał problem: czy i jak świętować dziewięćdziesięciolecie? Polska to uczelnia, czy niemiecka? Pomogły nam zmiany polityczne, refleksja nad trudną przeszłością, budujące się pojednanie polsko-niemieckie, wspieranie naszych dążeń do członkostwa w NATO i Unii Europejskiej ze strony Niemiec. Udało się przekonać senat PG i środowisko. Prezydent Lech Wałęsa w skierowanym do nas z tej okazji liście napisał „Gdańskie kamienie mówią nie tylko po polsku, ale także po niemiecku”. Wydawało się, że coraz powszechniejsze staje się przekonanie, że musimy budować na tym, co łączy, a nie szukać tego, co dzieli. Tymczasem po jakimś czasie podzieliliśmy się. Podziały te są często absurdalne na lepszy i gorszy sort, na prawdziwych i nieprawdziwych Polaków, na swoich i obcych, oskarża się nas o „opcję niemiecką”. Tym większe zadanie dla pomorskich uczelni, trzeba uczyć młodych ludzi szukania porozumienia rozpoczynając od słuchania siebie nawzajem i rozmawiania ze sobą, budowania wspólnoty ludzi rozumiejących się i otwartych, widzących w różnorodności nie zagrożenie, ale szansę i bogactwo.

Doktoraty honorowe Uniwersytetu Gdańskiego otrzymają 30 marca, w pięćdziesiątą rocznicę jego powstania trzej znakomici uczeni: prof. Stefan Angielski z Akademii Medycznej (dziś GUMed.), prof. Zbigniew Grzonka z UG i prof. Edmund Wittbrodt z PG.
To właśnie oni, w wyniku przeobrażeń zainicjowanych w roku 1989 zostali wybrani na rektorów według nowych, demokratycznych procedur. Oni też przeprowadzali uczelnie przez trudny czas transformacji od realnego socjalizmu do wolności.

Najnowsze informacje dot. koronawirusa

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 7

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Żydokomuna z UG zachwycona transformacja wierzy dalej w "mamonę"

G
Gość

Uważam że Pan Profesor tez był układny -chociaż stanowisko szefa ZKP i co zrobił ? chyba nic

G
Gość

Nie zamierzałem nikogo zwalniać z powodów czysto politycznych - mówi prof. Edmund Wittbrodt, ... .

Oczywiście !!!. Trzeba (jednak) wiedzieć, że PG była "azylem" dla frakcji "ideowo-technicznej" partii komunistycznej (PZPR), zaś UG "azylem" dla frakcji "ideologiczno-prawnej" partii komunistycznej (PZPR), oraz dla "frakcji" masońskiej (umocowanej w tzw. Freie Stadt Danzig. Nad tymi "frakcjami" (starał się) funkcjonował tzw. "ojciec chrzestny, tzw. prof, Jerzy Młynarczyk ze swym kapeluszem aktorem Bistą". Żałośnie to wszystko (dzisiaj) wybrzmiewa (szczególnie postać tzw. prof. J. Młynarczyka), lecz takie są konsekwencje realizacji strategii opartej na (konsekwentnym) wdrażaniu postanowień układu jałtańskiego (1945 r.) przez Super-mocarstwo USA. Pozostaje (tutaj, jedynie) "dokończyć" proces "Decentralizacji" niemieckiego obszaru politycznego do "status quo" sprzed zaistnienia II-giej (bismarkowskiej) Rzeszy Niemieckiej. I (wtedy) będzie można powiedzieć, że II-ga Wojna Światowa (rzeczywiście) została zakończona !!!.

G
Gość

idiota

G
Gość

a jak tam było z wycięciem lasu w Matemblewie pod osiedle notabli. Ile pan na tym zarobił

G
Gość

Nowe czasy wymagały nowych ludzi, czyli czyli ci sami złodzieje na nowe czasy bez dezubekizacji. Dekomunizacja w UG wciąż możliwa !

G
Gość

A kiedy odznaczenie dla andrzeja ceynowy za przyjęcie tłuka jakuba płażyńskiego mimo, że nie zdał egzaminu? Kanalie [wulgaryzm]!

Dodaj ogłoszenie