José Maria Florêncio, dyrygent, dyrektor muzyczny Opery Bałtyckiej: Widok pustej sceny powoduje ucisk serca [ROZMOWA]

Gabriela Pewińska
Gabriela Pewińska
José Maria Florêncio: Miałbym ochotę dyrygować wszędzie i z całym światem!
Co dzień jeżdżę do opery. W skupieniu przemierzam puste korytarze... Te zamknięte na głucho pokoje wywołują nostalgię. Zaglądam na widownię, ta cisza, widok zamarłych w oczekiwaniu rzędów foteli, obraz pustej sceny tęskniącej za wykonawcami powoduje ucisk serca – mówi José Maria Florêncio, dyrygent, dyrektor muzyczny Opery Bałtyckiej.

Co robi wzięty dyrygent w izolacji domowej? Dyryguje na balkonie?

Miałbym ochotę dyrygować wszędzie i z całym światem! Nawet tworzyć orkiestrę z sąsiadami i prowadzić ją z okna. Pulpitem dyrygenckim byłby okienny parapet.

A tymczasem...

Czas, gdy nie prowadzę orkiestry, wykorzystuję na to, by zwrócić się ku sobie. Posłuchać, co w duszy gra. Mimo że w Operze Bałtyckiej działalność artystyczna teraz wyhamowała, to jednak praca organizacyjna, koncepcyjna, planowanie idą pełną parą. Jednak izolacja spowodowana pandemią będzie dla mnie zawsze przede wszystkim tym momentem w życiu, w którym los dał mi, dał nam... czas. Przecież ostatnio mieliśmy go dla siebie wciąż za mało, niektórzy wręcz modlili się o wolną chwilę dla siebie, dla rodziny. A teraz czas jest nam dany, czyż to nie jest wspaniałe?

Cieszmy się tym, bez względu na to, co ów nam przyniesie po pandemii, cieszmy się, mimo smutku, który tej pandemii towarzyszy, mimo choroby, samotności, nawet mimo śmierci. Może teraz tym bardziej zwrócenie się ku sobie, swoim bliskim, rodzinom tylko wyjdzie nam na dobre?

Czytaj także

Ktoś spytałby Pana, co to właściwie znaczy, zwrócić się ku sobie. I jak to zrobić?

Dzielę mój dzień na części. Przede wszystkim czytam. Ale i uczę się, także nowych dzieł muzycznych. Ponieważ zajęcia na uczelni prowadzę teraz zdalnie, trzeba było przemyśleć, a i zmienić sposób nauczania dyrygentury. W tych dniach uprawiam też sport, kondycja fizyczna jest teraz szczególnie ważna, psychicznie trzyma nas w ryzach.

Co Pan trenuje?

Karate i stretching. Korzystam z pomocy aplikacji internetowych. Troska o kondycję ciała i duchowe uniesienie to dobre połączenie. Zapewne docenię je szczególnie wtedy, gdy znów stanę za pulpitem dyrygenckim. Dziś mogę powiedzieć, że czuję się przez los obdarowany.

Czegoś, mimo wszystko, brakuje?

Ludzi. Tęsknię za moimi artystami, muzykami, śpiewakami, tęsknię za pracownikami technicznymi naszego teatru, zawsze miałem słabość do obserwowania i podziwiania pracy oświetleniowców, akustyków, brak mi spotkań z ludźmi zajmującymi się charakteryzacją, z tymi, którzy szyją nasze kostiumy, z garderobianymi. Co dzień jeżdżę do opery. W skupieniu przemierzam puste korytarze...

Te zamknięte na głucho pokoje wywołują nostalgię. Zaglądam na widownię, ta cisza, widok zamarłych w oczekiwaniu rzędów foteli, obraz pustej sceny tęskniącej za wykonawcami powoduje ucisk serca. Brakuje mi mojej publiczności.

Tylko apoteoza ducha może sprawić, by tę tęsknotę znosić godnie. I doszczętnie nie stracić nadziei.

Czytaj także

Pomysły, by wystąpić dla kilkumilionowej, choć internetowej publiczności, jak choćby Andrea Bocelli, samotnie śpiewający w katedrze w Mediolanie, podobają się Panu?

Wszystkie, nawet te najbardziej szalone pomysły artystów zrozpaczonych odizolowaniem od sceny rozczulają mnie. Świadczą o tym, że adaptacja człowieka do życia w trudnych warunkach następuje dużo szybciej, niż mogłoby się wydawać. Że zwykły balkon też może być sceną.

Sięga tradycji tych najlepszych. Z balkonu śpiewał sam Jan Kiepura!

Aktywność artystów, kreatywność wszystkich ludzi w tym nieludzkim czasie wzrusza mnie do łez. Zwłaszcza że wielu z nich przecież niezmiennie odczuwa zagrożenie, czasem wręcz bezsilność wobec tego, co się stało. Mimo to podnoszą się, walczą, nie poddają się. Piękna lekcja życia.

Na sierpień została przesunięta premiera opery „Wehikuł czasu” w Operze Bałtyckiej. Orkiestrę poprowadzi Francesco Bottigliero. I tytuł, i fakt, że dyrygent pochodzi z nadzwyczaj dotkniętych pandemią Włoch, to będzie bardzo symboliczne nowe otwarcie.

Symbolika jest nieodłączną częścią naszych codziennych poczynań.

Czytaj także

Z kolei inny włoski dyrygent, w czasie pandemii prowadzi w internecie lekcje... gotowania połączone z nauką włoskich pojęć muzycznych.

(śmiech) Nie wiem, czy robi to z potrzeby finansowej, czy z potrzeby serca, może z nudów? Ale teraz wielu z nas redefiniuje swoją aktywność. Nie zdziwiłbym się, gdyby w tym czasie ktoś, kto nigdy nie malował, nagle zaczął malować, a inny spełnił swoje dotąd niezrealizowane marzenie i nauczył się – korzystając z pomocy kursu internetowego – tańczyć tango. Wyprzedzając Pani pytanie, ja dyrygentury nie zamienię na nic innego. Ale mogę ją w tych nowych okolicznościach wzbogacić, może nawet spędzając więcej czasu niż kiedyś w kuchni, podczas przygotowywania obiadu. Poznanie nowych obszarów twórczości jest czynnikiem wyłącznie wzbogacającym wrażliwość, to dla artysty niezbędne. Sprawia, że stajemy się lepsi.

Tancerze Opery Bałtyckiej pokazali w nagraniu online opery „Thaïs”, że są w stanie zatańczyć układy choreograficzne we własnej kuchni z równą determinacją jak na scenie.

To mnie wzruszyło. Pomyślałem: Sztuka nie zna granic. W tym nagraniu zespół Opery Bałtyckiej pokazał, że wciąż działamy, współpracujemy, pracujemy nad sobą, dbamy o formę, bo ona będzie, gdy wrócimy na scenę, niezbędna. Teraz nie możemy zaprosić publiczności do gmachu Opery Bałtyckiej, ale możemy spotkać się z nimi w ich domach, za pośrednictwem operowego Facebooka i Youtube’a. W programie najbliższych majowych koncertów zobaczyć i usłyszeć będzie też można fragmenty z „Hrabiny” czy „Snu nocy letniej”. Przygotowując te spektakle, mimo oddalenia, wciąż jesteśmy razem. Może bliżej niż kiedykolwiek? To sposób na wzmocnienie więzi także z naszą publicznością, ona też tęskni... Cykl zakończymy przesłaniem z „Kandyda” Bernsteina: Pozwólmy działać naturze! Niech na nowo wszystko zakwitnie!

Pan dyrygował z domu?

Z budynku opery. Ale po raz pierwszy w życiu nie z kanału orkiestrowego, a z widowni!

Przed oczami miałem pustą scenę... Jej widok wywołał smutek. Łzy.

Czytaj także

Wzruszenie jest nieodłączną częścią mojego codziennego życia – powiedział pan przed laty, dyrygując „Traviatę”.

Niejedna orkiestra widziała mnie, dyrygenta we łzach. Równie mocno poruszają mnie ostatnie sceny „Skrzypka na dachu”, finał „Rigoletta” czy poważne rozważania dzieł Wagnera, Richarda Straussa albo utwory Szymanowskiego. W zasadzie doprowadzanie siebie i publiczności do płaczu to sprawa codzienności życia dyrygenta. Kiedyś podczas jednego tournee zagraliśmy 43 przedstawienia „Traviaty” i codziennie, gdy słyszałem arię „Amami, Alfredo!” nie mogłem powstrzymać łez.

Nie inaczej jest teraz, gdy dyryguję „Thaïs” w naszej produkcji online. Nawet nie próbuję tych wzruszeń ukrywać. Widok pustego teatru jest rozdzierający. To emocjonalne doświadczenie, które mnie sporo kosztowało.

Jakie będzie wzruszenie, gdy uda się na scenę wrócić!

To będzie doświadczenie przełomowe. Cieszę się na tę chwilę jak dziecko, ale myślę też o tym czasie z niepokojem, czuję bowiem, że świat po pandemii będzie inny. Zmieni się, i to w wielu aspektach, zmieni się na zawsze. Boję się, że wielu naszych słuchaczy przyzwyczai się do tego, że uniesienia muzyczne można przeżywać równie dobrze, patrząc na ekran komputera, z perspektywy domowej kanapy. To może sprawić, że będziemy musieli nieco zmienić nasze myślenie o teatrze, uwagę zwrócić także ku działaniom online. Być może staną się równie ważne co żywa sztuka? Niewątpliwie zmienią się też ludzie.

Ciekaw jestem zderzenia się dwóch światów, tego po pandemii z tym, kiedy byliśmy pewni, że już zawsze będzie tak samo, że możemy chodzić do opery, kiedy tylko mamy na to ochotę... Wielu z nas na pewno przemyśli teraz wiele spraw. Wielu zmienia się już teraz.

Muzyka pomaga przetrwać.

Efemeryczność muzyki jest tym, co utrzymuje nas przy życiu. Dzięki niej, nawet w zamknięciu, możemy czuć się wolni. Sama muzyka jest wszak formą zamkniętą. Nuty są zamknięte w taktach, utwór jest zamknięty w partyturze, ale sama muzyka jest dziełem poza przestrzenią. Poza czasem.

To pozwala mi zrozumieć, że zamknięte drzwi nic nie znaczą, bo ja jestem wolny dla całego świata dzięki muzyce. Dopóki ona istnieje w mojej głowie, dopóty każdy czas jest dobry. Słuchając muzyki, jestem poza domem, poza chorobą, poza śmiercią. Nie ma koronawirusa.

Czytaj także

O co chodzi w Hot16Challenge2?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie