Johan Cruyff - prawdziwy piłkarski romantyk

Krzysztof Michalski
„Idźcie i bawcie się” - powiedział piłkarzom przed finałem Pucharu Mistrzów w 1992 roku. Mieści się w tym istota tego, kim był Johan Cruyff - człowiekiem, dla którego nie zawsze chodziło o zwyciężanie.

Do grona najlepszych piłkarzy świata zaliczymy go na pewno, ale raczej niewielu wciśnie go na sam szczyt. Tam umieszczamy zwykle Pelego i Maradonę. Można jednak zaryzykować tezę, że jedyne co wstrzymuje nas od nazwania Cruyffa futbolistą wszech czasów, to owo idiotyczne przekonanie, że nie możesz być najlepszym piłkarzem w historii jeśli nie zdobyłeś mistrzostwa świata. Coś w stylu argumentów tych, którzy zaciekle walczą ze stawianiem na piedestale Messiego. Ale nawet jeśli „Latający Holender” nie był najlepszym z najlepszych, to bez wątpienia był jedyny w swoim rodzaju. Choćby Sherlock Holmes połączył siły z porucznikiem Borewiczem, to nie znajdą w historii futbolu drugiego takiego jak „Boski Johan”. Najpopularniejsza dyscyplina sportowa nikomu nie zawdzięcza więcej niż jemu. Jeśli istnieje coś takiego jak futbolowy romantyzm, to bez wątpienia ma twarz Cruyffa.

Twarz człowieka, który przegrał finał mistrzostw świata i mówił, że tego nie żałuje, bo jego drużyna grała najpiękniej. A po latach, już w roli obserwatora, kroczącą od zwycięstwa do zwycięstwa po kolejne srebro mundialu reprezentację swojego kraju nieustannie beształ za to, że nie gra z duchem holenderskiego futbolu totalnego. Ten pierwszy przegrany finał miał miejsce w 1974 roku. W Polsce pamiętnym ze względu na rogale Deyny, gole Laty i główki Szarmacha. Biało-czerwoni urządzili sobie festiwal pięknego futbolu i zgarnęli jeden z najbardziej sensacyjnych medali w historii mistrzostw świata. Była jednak jedna drużyna, która grała jeszcze piękniej - Holandia dowodzona przez Cruyffa i kierowana z ławki przez jego guru, Rinusa Michelsa. „Oranje” rzucili futbolowy świat na kolana, w finale cieszyli się wsparciem całego globu, a przeciw sobie mieli tylko Niemców. Przegrali, dwa lata później sensacyjnie polegli w półfinale mistrzostw Europy z Czechosłowacją (która później w finale ograła RFN po słynnym karnym Panenki), a w 1978, już bez Cruyffa, znów w finale odbili się od gospodarzy, tym razem Argentyny. Holandia z lat 70 pozostała jedną z najwspanialszych ekip, które nie odniosły żadnego triumfu na wielkiej imprezie.

Porażka z RFN w 1974 stanowiła symboliczne zakończenie epoki piłkarskiego romantyzmu i Johana Cruyffa jako jego czołowego przedstawiciela. Futbol totalny na kilka lat zapanował nad światem, przyniósł Ajaksowi Amsterdam trzy z rzędu Puchary Mistrzów, a jego znaczenie w rozwoju futbolu było tak doniosłe, że wynalazca tego właśnie sposobu grania w piłkę, Rinus Michels, otrzymał od FIFA tytuł najlepszego trenera XX wieku. Ale swoich sukcesów by nie osiągnął, gdyby w jego drużynie po boisku nie hasał Cruyff, „piłkarz roku 2000” jak go nazywano, tak bardzo bowiem wyprzedzał swoją epokę.

Gdy Pep Guardiola zrezygnował w Barcelonie z wystawiania napastnika i w jego miejsce wstawił Messiego hulającego po murawie gdzie dusza zapragnie, został nazwany wielkim piłkarskim innowatorem. Problem w tym, że Cruyff grał tak niemal 40 lat wcześniej. Niby środkowy napastnik, ale nie mający zamiaru robić tego co środkowemu napastnikowi zostało przykazane. Cruyff miał ochotę cofnąć się do środka pola i rozegrać akcję, a za chwilę z kolei uciec na skrzydło i stamtąd wykonać atak. W ojczyźnie zwą go Rembrandtem futbolu, bo tak jak Rembrandt inaczej spojrzał na światło, tak Cruyff inaczej spojrzał na boisko piłkarskie i w ten sposób stał się ucieleśnieniem idei Michelsa. A kto wie, może to sposób gry gwiazdy natchnął trenera do nakazania całej drużynie, żeby porzuciła sztywne schematy taktyczne, przestała dzielić się na oddzielne formacje i stała się jednym organizmem, w którym wszyscy bronią i atakują?

Gdy wydawało się, że mundial ‘74 będzie stanowił punkt szczytowy futbolu totalnego, na scenę wtargnęli nudni, piłkarsko niemal prymitywni i do bólu zdyscyplinowani Niemcy, którym szefował obrońca nad obrońcami (tu chyba dyskusji nie ma), Franz Beckenbauer. Bez pytania wzięli sobie mistrzostwo świata i, w postaci Bayernu, trzy Puchary Mistrzów. Ostatnim triumfem holenderskiego romantyzmu był fakt, że mimo niemieckich triumfów to Cruyff w 1974 został najlepszym piłkarzem mundialu i po raz trzeci otrzymał Złotą Piłkę. Wtedy grał już w Barcelonie, z którą los związał go nawet mocniej niż z Ajaksem.

Gdy przybył do Katalonii, „Blaugrana” czekała na mistrzostwo od trzynastu lat. Cruyff dał jej tytuł w swoim pierwszym sezonie, przyozdabiając go triumfem 5:0 nad Realem na Santiago Bernabeu. I choć przez pięć lat na Camp Nou poza tym mistrzostwem uszczknął jeszcze tylko Puchar Króla, otrzymał w Barcelonie tytuł „Zbawiciela”. Za to, że dał Katalończykom długo oczekiwany moment chwały i zwycięstwa nad zaprzysiężonym wrogiem. Za to, że nie chciał grać w bogatszym i lepszym Realu mówiąc, iż nie zagra w klubie wspieranym przez reżim. Za to, że tak mocno identyfikował się z Katalonią, że swojego syna nazwał po katalońsku, Jordi, co w tamtym czasie było w Hiszpanii zakazane. Ale dopiero, gdy 10 lat później „Zbawiciel” ponownie zstąpił na katalońską ziemię, dokonał swojego najwspanialszego dzieła.

Zanim znów zaczął zbawiać Katalonię, zdążył zbawić Ajax, gdzie od momentu odejścia Cruyffa-piłkarza czekali na triumf w europejskim pucharze. Dał im go dopiero Cruyff-trener, zdobywając Puchar Zdobywców Pucharów. A potem przejął Barcelonę i na przełomie lat 80 i 90 rozpoczął budowę „katedry, do której my tylko dodajemy kolejne elementy”, jak to określił Guardiola, główny uczeń Cruyffa. Stworzył drużynę zjawiskową, obwoływaną „Dream Teamem”, która cztery lata nieprzerwanie rządziła ligą hiszpańską, dorzucając pierwszy w historii klubu Puchar Mistrzów. A wszystko to w duchu futbolu totalnego i cruyffowskiego romantyzmu, mieszczącego się właśnie w słowach „idźcie i bawcie się”. Bo o to chodziło, o zabawę i widowisko. Trofea były tylko miłym dodatkiem. Cruyff, stosujący system z trójką obrońców, potrafił w tej trójce zmieścić dwóch ofensywnie grających bocznych defensorów. W praktyce jego drużyna grała więc jednym (!) obrońcą, którym w dodatku był Ronald Koeman, pewnie najbardziej ofensywny stoper jakiego widział piłkarski świat.

Koniec „Dream Teamu” był bolesny, Milan zlał go w finale Ligi Mistrzów 4:0. Cruyff został na stanowisku jeszcze dwa lata, ale to były dwa lata ciągłych konfliktów z drużyną i zarządem. Potem już nigdy nie zasiadł na ławce trenerskiej, ale jego dziedzictwo jest fundamentem, na którym stoją sukcesy największych drużyn XXI wieku - Hiszpanii i Barcelony.

Tak jak on po latach wskrzesił dzieło Michelsa, tak jego dzieło wskrzesił Guardiola. Współczesna Barca, ta guardiolowska oraz ta ostatnio podrasowana przez Luisa Enrique, jest bezsprzecznie lepsza od „Dream Teamu”. W dużej mierze dlatego, że nawet uważany za wielkiego filozofa Pep przy Cruyffie jawi się jak totalny pragmatyk.

Jego drużyna genialną grę w ataku łączyła z fantastyczną defensywą. Celem Pepa jest zwyciężanie, on potrafi, choć z wielkim trudem, ustąpić w swojej wizji futbolu. Cruyff tego nie umiał albo może raczej nie chciał. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że sam siebie postrzegał jako futbolowego Chrystusa, którego nadrzędnym celem nie jest zapełnianie klubowych gablot trofeami, ale nauczanie innych jedynego słusznego sposobu kopania futbolówki i sprawienie, by jego uczniowie przekazywali te nauki dalej, zbawiając futbol.

I ta misja zbawienia mu się udała. Bez niego Barca, będąca najbardziej fascynującym i najpiękniejszym zjawiskiem we współczesnej piłce, pozostałaby klubem o niespełnionych ambicjach. Bez jego filozofii, która przetrwała w stolicy Katalonii do dziś i której uczy się każdy szkrab w słynnej La Masii, nie mielibyśmy Xaviego czy Iniesty, a może nawet Messiego. Idąc dalej, bez barcelońskiego ducha gry, którego możemy, nie do końca zgodnie z prawdą, nazywać tiki-taką, nie byłoby zwycięskiego pochodu reprezentacji Hiszpanii sprzed kilku lat. Im bardziej się temu przyglądamy, tym bardziej możemy ryzykować tezę, że dzisiejszy futbol stoi na tym, co zbudował Cruyff.

Postacią idealną oczywiście nie był. Zaliczał się do pierwszego pokolenia, które zaczęło komercjalizować futbol. Do legendy przeszły historie o tym, jak to, mając podpisany kontrakt z Pumą, zaszywał jeden z pasków na produkowanych przez Adidasa strojach kadry Holandii. Uparcie wdziewał koszulkę z czternastką na plecach, choć początkowo przepisy tego zabraniały. Z Ajaksu odszedł obrażony na całą drużynę za to, że ta odebrała mu opaskę kapitana. Nie pojechał na mundial do Argentyny w ramach protestu przeciw rządzącemu tym krajem reżimowi.

Karierę trenerską w Barcelonie kończył skłócony ze wszystkimi. Był niepokorny, trudny i nieprzyjemny w obyciu. Stał się symbolem buntowników w Amsterdamie i Barcelonie. Ale nade wszystko był genialnym piłkarzem i trenerem, wizjonerem, który raz na zawsze zmienił futbol i nadał mu kierunek, w którym zmierza do dziś.

A całe jego życie spięło się klamrą łączącą dwa miasta, których stał się symbolem: na świat przyszedł w Amsterdamie, a zmarł w Barcelonie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie