Jerzy Boczoń: Pracują bez etatów, pomagając ludziom i zastępując państwo ROZMOWA

rozm. Dorota Abramowicz
archiwum DB
Z Jerzym Boczoniem z Regionalnego Centrum Informacji i Wspomagania Organizacji Pozarządowych w Gdańsku rozmawia Dorota Abramowicz.

Dlaczego co drugi Polak nie ufa organizacjom pozarządowym?

Dlatego, że Polska - prócz Grecji - jest krajem o najniższym poziomie zaufania społecznego w Europie. Generalnie nie ufamy wszystkim, a organizacje pozarządowe automatycznie znalazły się na czarnej liście.

Nawet, jeśli widzimy, jak pomagają współobywatelom?

Odpowiem nieco przewrotnie - jak mogą zdobyć prestiż społeczny organizacje, które nie mają pieniędzy, z kupą zwariowanych wolontariuszy, którzy poświęcają swój czas na nie wiadomo jaką pomoc? Nie interesujemy się, co konkretnie robią, dlaczego, jakie są efekty.

Przecież wielu z nas spotkało się z działalnością hospicjum, słyszymy o ludziach pomagających bezdomnym, szkolących rodziny zastępcze...

Oczywiście, ale nie kojarzymy tego z działalnością pozarządową. Z tej niewiedzy wynika lęk. Tymczasem zaufanie jest warunkiem działania u podstaw. Niestety, politycy, prócz Lecha Wałęsy, który zaapelował: "bierzcie sprawy w swoje ręce", nie przyczyniają się, by edukować społeczeństwo w tym kierunku. Trafiają do naszego centrum studenci czwartego roku socjologii, którzy nawet nie wiedzą, co to jest trzeci sektor. Nawet oni nie rozumieją, że demokracja wspiera się na władzy państwowej, gospodarce i właśnie na działalności organizacji pozarządowych.

Prawie każdy za to wie, co robią fundacje Ewy Błaszczyk czy Anny Dymnej . Czy trzeci sektor może działać bez sław?

Kilka wielkich fundacji, promowanych przez sławnych ludzi, dzieli przepaść finansowa i promocyjna od tysięcy pozostałych organizacji. Tam nie działają specjaliści od PR. Jak wykazały badania przeprowadzone w ubiegłym roku na Pomorzu, ponad połowa organizacji pozarządowych dysponuje rocznym budżetem nieprzekraczającym 10 tysięcy złotych. Zdobycie przez nie większych kwot jest bardzo trudne. Władze samorządowe przekazują na ich działanie resztki budżetów, po wydaniu pieniędzy na "najważniejsze" sprawy.

Resztki, czyli ile?

Duże miasta, jak Gdańsk, Sopot Gdynia, przeznaczają około 1 procenta budżetu, mniejsze miejscowości ułamki procenta. Przystępowanie do konkursów jest bardzo frustrujące. Do walki staje 5-6 razy więcej organizacji niż ma szansę na otrzymanie pieniędzy. W dodatku przygotowanie projektów wiąże się z ogromną biurokracją. Przypominam, że większość osób działających w fundacjach pracuje bez etatów.

Rozpoczął się właśnie proces prezesa fundacji Kidprotect, który wykorzystywał pieniądze fundacji na własne potrzeby. Czy jeszcze bardziej wzmoże to nieufność?

W każdej grupie zawodowej i społecznej może pojawić się nieuczciwa osoba, a media od razu to nagłośnią. Nie powinno przysłonić to jednak efektów pracy dziesiątków tysięcy innych uczciwych organizacji, które wykonując ogromną pracę i zastępując w wielu dziedzinach państwo walczą o przetrwanie. Niektóre samorządy wolą wydać pieniądze na kiełbasę lub festyn, zamiast na pensje dla pracowników fundacji. To nie tylko kwestia społecznej sprawiedliwości, ale także szansa na walkę z bez-robociem. W polskich NGO na etatach zatrudnionych jest 1 proc. pracowników. Tymczasem w Unii Europejskiej 7-9 proc., a w Holandii aż 12,5 proc. Nie potrzebujemy skórzanych foteli i apartamentów, wystarczą niewielkie pomieszczenia i pieniądze na zapłacenie pracującym na rzecz innych ludzi.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie