Janusz Moryś: Nie każde miejsce, gdzie się leczy, to jest klinika

rozm. Jolanta Gromadzka-AnzelewiczZaktualizowano 
Janusz Moryś
Janusz Moryś Grzegorz Mehring/Archiwum
Z profesorem Januszem Morysiem, rektorem GUMed i przewodniczącym Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych, rozmawia Jolanta Gromadzka-Anzelewicz

Rektorzy 11 polskich uczelni medycznych będą dziś uczestniczyć w Gdańsku w centralnej inauguracji nowego roku akademickiego, po niej członkowie KRAUM spotkają się na kolejnym posiedzeniu. Co dla tego typu uczelni jest dziś tematem numer jeden?
Najważniejszą sprawą na dziś jest obecna sytuacja i przyszłość szpitali klinicznych, bo są one naszym warsztatem pracy. Za wiedzą i przyzwoleniem ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza przygotowujemy propozycję zmian ustawowych i chcemy je dziś przedyskutować. Przekażemy je na ręce wiceministra Krzysztofa Chlebusa, odpowiedzialnego w resorcie za szkolnictwo wyższe i szpitale kliniczne.

Publikujemy tylko 5 proc. treści. Resztę, 95 proc. przeczytasz po zalogowaniu się.

Jakie zmiany są Pana zdaniem konieczne?
Na początek musimy zdefiniować szereg pojęć, jak szpitale kliniczne, tzw. baza obca, procedury ratujące życie itd. Nie do pomyślenia jest, by prywatne firmy nazywały swoje szpitale klinikami lub oddziały "klinicznymi", bo nie ma ku temu podstaw. Leczą one pacjentów, ale nie prowadzą ani dydaktyki, ani badań naukowych. Powinny więc nazywać się oddziałami szpitalnymi i to bez względu na to, czy są własnością państwową, czy prywatną.

Czy to naprawdę takie ważne?
Bardzo ważne, bo w Polsce brakuje przepisów prawnych, które można by zastosować do szpitali klinicznych, by ułatwić im spełnianie misji, do których zostały powołane. Chodzi głównie o źródła finansowania zadań szpitali klinicznych związanych nie tylko z leczeniem, ale również uczeniem studentów i specjalizowaniem lekarzy, bo ciężar tego spada na nie.

Ministerstwo Zdrowia nie przekazuje dotacji na te zadania?
Ministerialna dotacja na dydaktykę przeddyplomową, którą uczelnia przekazuje następnie szpitalowi, jest wielokrotnie niższa od rzeczywistych kosztów ponoszonych przez niego na ten cel. Drugi, powszechnie już znany problem, to sposób finansowania tzw. trzeciego stopnia, czyli szpitali klinicznych, które muszą leczyć pacjentów ze skomplikowanymi chorobami, a system JGP (służy do rozliczeń z NFZ) traktuje je tak samo jak szpitale powiatowe.
A ile tak naprawdę powinien płacić GUMed Uniwersyteckiemu Centrum Klinicznemu za naukę studentów przy łóżkach pacjentów?
Trzy, cztery razy więcej niż dziś, a więc 3-4 mln zł. Kompensujemy to częściowo szpitalowi poprzez zakupy aparatury, modernizację budynków (ze środków uczelni wybudowano choćby pawilon dla PET), ale zwiększa to jednocześnie nasz potencjał naukowy, najwyższy więc czas, by te sprawy zostały prawnie uregulowane. Podobnie jak kwestia wyrównywania rzeczywistych kosztów ponoszonych przez szpitale kliniczne na skomplikowanie chorych, których leczenie w innych szpitalach nie jest możliwe. Musi powstać katalog procedur medycznych uwzględniający referencyjność szpitali. Trzeba też jasno określić sposób finansowania w nich i to nie tylko dydaktyki, ale również badań naukowych oraz wprowadzania do nich innowacyjnych technologii medycznych. Ustawa o szpitalach klinicznych jest tym bardziej paląca, bo już w kwietniu przyszłego roku placówki, które nie zakończą bieżącego roku z dodatnim wynikiem finansowym, będą musiały - i to obligatoryjnie - przekształcić się w spółki. A jak pokazuje smutna rzeczywistość - znaczna większość z 44 tego typu placówek zakończy ten rok z ujemnym wynikiem finansowym. Nic dobrego to nie wróży.

I nie będzie to smutny efekt złego zarządzania tymi szpitalami?

Absolutnie nie. W przeszłości wiele szpitali rzeczywiście było źle zarządzanych, czasem nawet nonszalancko, bez liczenia się z kosztami. Jeżeli takie przypadki jeszcze gdzieś się zdarzają, to powinno to być pokazywane i jawnie dyskutowane, bo społeczeństwo, z którego podatków opłacana jest służba zdrowia, powinno o tym wiedzieć. Natomiast pamiętajmy o tym, że szpitale kliniczne, podobnie jak instytuty badawcze czy naukowe (np. Centrum Zdrowia Matki Polki, Centrum Zdrowia Dziecka), wybudowane za potężne pieniądze państwowe z zamiarem zabezpieczenia właśnie pacjentów z trudnymi i rzadkimi chorobami, były przez ostatnich kilkanaście lat kompletnie niedofinansowane. Zapomniano, że te procedury są dużo bardziej kosztochłonne niż te stosowane w innego typu szpitalach. Jeśli się to nie zmieni, szpitale kliniczne w formie spółek nie będą rentowne.

Na finansową zapaść skarżą się również pracownicy uczelni zajmujący się nauką i dydaktyką…
Niepokoimy się, że planowana od nowego roku likwidacja ulg dla twórców odbije się na zarobkach pracowników dydaktycznych. Wysłaliśmy nawet do ministra zdrowia symulację, z której wynika, że np. profesor może na tym stracić nawet 600 zł miesięcznie, a to oznacza jeszcze większe zejście poniżej progu, którego i tak nigdy nie osiągnęliśmy, czyli w przypadku profesora - trzech średnich krajowych.
A jak aktualnie kształtują się zarobki na uczelni?
Miesięczna pensja asystenta rozpoczynającego pracę to 2020 zł brutto, adiunkta - 3400 zł. Przypomnę tylko, że aby zostać adiunktem trzeba mieć doktorat i specjalizację, co w najbardziej sprzyjających okolicznościach trwa pięć lat, ale i wówczas nie jest łatwe i to nie ze względu na promotora, który to hamował, bo te czasy bezpowrotnie się skończyły. Z asystenckiej pensji trudno wyżyć, a przecież trzeba zarobić na chleb i utrzymanie rodziny. Doktor habilitowany zarabia ok. 3800 zł brutto, wynagrodzenie profesora sięga 4,5-5 tys. zł. Niskie zarobki powodują, że coraz trudniej jest nam zatrzymać zdolnych ludzi na uczelni, a szczególnie pracowników teoretycznych. Jedynym magnesem może być dla nich projekt naukowy, ale skuteczność uzyskiwania grantów spadła poniżej 20 proc. Co piąty, szósty projekt nie ma więc szans na zdobycie finansowania przy dzisiejszych zasadach. Obcięto bowiem środki na badania własne uczelni, zmniejszono środki na badania statutowe. Tak naprawdę jedynym źródłem finansowania nauki stały się środki centralne, siłą rzeczy liczba wniosków o granty wielokrotnie się zwiększyła. Co prawda są one finansowane dużo wyżej niż poprzednio, co jest olbrzymią zasługą minister Barbary Kudryckiej, ale ich liczba jest mniejsza. Większość osób ubiegających się o granty ich nie otrzymuje, co przekłada się na mniejsze zainteresowanie pracą naukową.

Nawet w GUMed?
Nawet. Kiedyś o jedno miejsce ubiegało się kilku kandydatów, dziś ogłaszane przez nas konkursy kończą się niczym, bo nie zgłasza się żaden chętny. Ponadto wynagrodzenie rezydenta (ok. 3 tys. zł), czyli absolwenta po stażu, który rozpoczyna specjalizację, jest wyższe od pensji, którą otrzymuje jego nauczyciel. Nie chodzi o to, by zmniejszać pobory rezydentom, ale podwyższyć pensje pracowników naukowo-dydaktycznych.

Rezydentur, czyli etatów specjalizacyjnych finansowanych przez Ministerstwo Zdrowia, jest jednak coraz mniej. W tym roku do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy minister finansów przekaże na ten cel pieniądze…
Można się było tego spodziewać, bo to w skali kraju olbrzymi wydatek z budżetu. Efekt tego będzie taki, że młodzi lekarze znowu będą uciekać z Polski.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

K
Krytyk

a w szczególności wysokość zarobków na uczelniach kompromituje Tuska i jego partię. Jak się bowiem ma wynagrodzenie profesora,5 tys zł/mies., z reguły wysokiego specjalisty, do półmilionowych premii np. dla budowniczego stadionu w Warszawie - o czym było głośno. Podobnie jest w wielu innych przypadkach. Trudno więc się dziwić temu, że zdolni ludzie uciekają z uczelni. Taka polityka prowadzi nas do nikąd!

Dodaj ogłoszenie