Jan Misiek: Zapowiadałem się na kwadransik, a wychodziłem po kilku godzinach [ROZMOWA]

Gabriela Pewińska
G.Mehring/archiwum DB
Udostępnij:
- Był dla mnie jak latarnia morska. Nadawał właściwy kierunek. Tego światła będzie mi bardzo brakowało - mówi o zmarłym 30 marca wybitnym malarzu Władysławie Jackiewiczu jego dawny student Jan Misiek

Ostatnie spotkanie?

Niedawno. Odwiedziłem go w szpitalu, wraz z kolegą, też jego dawnym studentem, Jackiem Mydlarskim. Profesor żartował na temat swojej nowej sytuacji. Zawsze był w formie, a teraz źle się czuł. Odniosłem wrażenie, że wolałby, by go nie oglądać w tym stanie.

Często się Panowie widywaliście?
Od kilkunastu lat odwiedzałem go stale - zdarzało się, że dwa razy w miesiącu, albo i częściej - aby tradycyjnie pozrzędzić.

Pozrzędzić? Na jaki temat?

Zapowiadałem się na kwadransik, a wychodziłem po kilku godzinach. Gderaliśmy o wszystkim, głównie o sztuce. Czasem Profesor wtrącał coś na temat polityki, to mi najmniej pasowało, czytuję gazety z miesięcznym opóźnieniem.

Był Pan jego studentem.

Marzyłem, by dostać się do jego pracowni, ale jako drobny robaczek nie miałem odwagi, by się tam zapisać. Zdałem się na kolegów, zastrzegłem, że może być każda, tylko nie tam, gdzie się pije. Tak zostałem studentem rektora.

A rektor to był gość! Papież! Wymagający, niedostępny. W czasie studiów zamieniliśmy ze sobą kilka słów, ale słuchałem go jak wyroczni.

Pierwsze zajęcia z Profesorem?

To był czas oczekiwania na olśnienie. Wielu wysiadywało po knajpach, ja nie wychodziłem z kina. Dlatego gdy któregoś dnia porównał malarstwo do reżyserii, potraktowałem to jako objawienie. Nie narzucał niczego. Bardzo cicho mówił, może to było zamierzone, bo wymagało skupienia uwagi. Jak podczas słuchania muzyki klasycznej. Czasem podchodził do studentów i robił korekty ich prac.

Czytaj też: Jan Misiek: Spalę swoje gdańskie prace, jeśli Gdańsk mi za taki performance zapłaci ROZMOWA

Panu też robił korekty?

Podchodził, patrzył, ale nic nie mówił. Zazdrościłem, widząc, że innym poświęca tyle czasu. Któregoś razu odważyłem się i poprosiłem, by zrobił mi normalną, porządną korektę. - To panu też potrzeba? - zdziwił się. - Dobrze, dobrze, przyjdę… Przez następne dwa tygodnie nie odwiedził pracowni. Normalnej korekty nie doczekałem się. Po przeszło 20 latach, podczas kolejnego naszego zrzędzenia, spytałem Profesora, czy pamięta tamtą sytuację. A on na to: - Tak, ale co ja wtedy miałem powiedzieć?

Jak go Pan zapamiętał z tamtych lat?

Zawsze kiedy próbuję zrekonstruować okoliczności, w jakich kształtowało się moje myślenie o sztuce, pojawia się przed oczyma postać Profesora. Pochylony, w półobrocie, z charakterystycznym gestem, jakby poprawiał kieszenie u marynarki albo czegoś w nich szukał. Może to właśnie wówczas, jak iluzjonista, sprytnie wydobywał z owych kieszeni pełne garście historyjek z życia, które potem szybowały wokół, wzbudzając uśmiechy, ale i niepokój. To, co oczywiste, stawało się nagle niepokojące, to, co nudne - zastanawiające.

Co to za historyjki?

Te jego anegdotki, opowiastki to było źródło zadziwiająco praktycznych informacji, wręcz życiowe wskazówki! Na przykład uwagi o jeździe na rowerze - akurat był Wyścig Pokoju - skuteczniej naprowadzały na ścieżkę malarskich wtajemniczeń niż wykłady o sposobach, zasadach i powinnościach. Niż obrazy wielkich mistrzów! O czymkolwiek by nam nie opowiadał, to zawsze było o malarstwie, czym ono jest, czym powinno być. Często mówił o powadze artysty. Uważał, że tworzenie to nie zabawa.

Gdy ktoś rozwodził się nad koncepcją obrazu, opowiadał barwnie o swoich zamiarach, Profesor mówił: - Proszę to zrobić! A czasem rzucał niecierpliwie: - Zrób to Pan!

Miał dystans wobec feerycznych pomysłów raptusów rzeczywistości, wobec egzaltowanych szalonych koncepcji, wobec lekką ręką rzucanych arcydzieł i błogiego samozadowolenia. Uczył tak, by mieć wątpliwości wobec utartych opinii wybrzmiewających w salonach sztuki, a przekazywanych z ust do ust na podobieństwo przenoszonego przez przeciągi z pokoju do pokoju kurzu.

Był Pana mistrzem?

Podziwiałem jego, jako artysty, postawę. Jest czas pracy i czas żartów - mawiał. Nie wolno tych pojęć mieszać. Nawet żarty są śmieszne wtedy, gdy robi się je na serio. A co dopiero sztuka!

Te nasze pogawędki ostatnich lat były najważniejsze. Optymista. Wciąż mówił: - Panie Janie, jakoś tam będzie... Często, zrezygnowany, pytałem go, czy ma sens to malowanie. Kogo to właściwie obchodzi, po co to robić? Odpowiedział: - Dla potomności, panie Janie, dla potomności...

Uważał, że w tym świecie, gdzie tak dziwne rzeczy się dzieją, trzeba robić swoje, jakoś te dziwactwa przetrzymać. Codziennie, do końca swoich dni, sumiennie przychodził do swojej pracowni. Zawsze można było go tam zastać. Będąc w pobliżu, dzwoniłem, czy mogę wpaść. Mam wrażenie, że on też na te wizyty nie był obojętny. Przynosiłem pączki albo ciastka. A on mnie częstował pierożkami lub kotlecikami pani Lody. Czasem robił mi prezenty.

Prezenty?

Ni stąd ni zowąd dawał mi pędzle albo farby, nawet przywiezione z Niemiec przez kogoś kredki. Ostatnio zajmuję się głównie kolażami i teraz przyszło mi do głowy, czy to nie była aluzja: - Czas na malowanie!

Kiedy byliśmy sami - mówił do mnie „pan”, w grupie - po imieniu. Dla mnie jednak zawsze był Panem Profesorem. Ta hierarchia w tytułowaniu nadawała jakiś uroczysty, nierealny ton naszym spotkaniom.

Do czego były Panu potrzebne te spotkania? Po co Pan właściwie chodził do Profesora?

Z nim mogłem mówić o sztuce bez zbędnych objaśnień. Bez ustalania płaszczyzny porozumienia. Bywało, cały świat zachwycał się jakimś geniuszem, a według mnie był to geniusz koślawy. Profesorowi nie musiałem wyjaśniać, dlaczego tak myślę, niepotrzebne były wszelkie jałowe dyskusje. Jakby mnie utwierdzał w moim patrzeniu na sztukę. Mówił czasem: - Panie Janie, my to stare wróble jesteśmy, nikt nam nie będzie wciskał...

Właściwie od dzieciństwa przyklejałem się do starszych. Z rówieśnikami nie bardzo mi szło, chyba że z dziewczynami. Dziewczyny zawsze wydawały się mądrzejsze, choć oczywiście były i takie, co się zawsze „głupio śmieją”...

Poza tym wolałem słuchać. Zwłaszcza tych, co przeżyli wojnę. Charakteryzował ich poważny stosunek do świata.

Profesor miał wpływ na Pana twórczość?

Gdy w latach 70. zaczął malować te pierwsze nagie ciała, właściwie nie malować, a „rozlewać” je na płótnie, to było dla mnie objawienie. Prawdę mówiąc, nawet trochę naśladowałem ten sposób malowania… Profesor uważał, że w tych plamach jest ćwiczenie dla wyobraźni.

Kiedyś przyjechał kolega z Heidelberga, malarz, studiowaliśmy razem. Zapowiedzieliśmy się z wizytą u Profesora. Wchodzimy do pracowni, a Profesor czeka… z zagruntowanymi płótnami. Chciał, byśmy spróbowali tej jego metody tworzenia plam.

Jak poszło?

Okazało się, że po jakiewiczowsku rozlać plamę na płótnie, tak żeby kolory odpowiednio się ułożyły, to wcale nie jest proste. Męczyliśmy się zdrowo. Wzięliśmy obrazy do domu, by popracować nad nimi. Kolega jeszcze nie dokończył dzieła.

A Pan?
Wciąż się przymierzam. Ale nie chcę, by to szło w stronę Jackiewicza, tylko by było Miśkowe. Jednak przebić się przez ten styl to szalenie trudne. Jego wizja jest tak sugestywna.

Będzie mi brakowało naszych rozmów. Choć, bywało, wcale nie rozmawialiśmy. Po prostu milczeliśmy, jakby wszystko już dawno zostało powiedziane. Czasem sama jego obecność wystarczała.

Kiedyś przyjeżdżam doń, a ziąb był straszny. Profesor czeka już. Z kawą. I grappą, na rozgrzewkę. Niechcący wyrwało mi się, że przyjechałem na rowerze… Bez słowa zakorkował butelkę i schował do szafy. Zawsze był na serio. Nigdy też, cokolwiek by robił, nie przymilał się publice.

Po studiach przez długi czas nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ miała na mnie jego osobowość. Świadomość, że trzeba poważnie traktować sztukę, choćby z szacunku dla dawnych mistrzów. Z niezgody na wszechobecny chłam intelektualny. Uważał, że należy być przekonanym o tym, co się robi, i przede wszystkim rzetelnie pracować. Najgorsze to już na starcie uwierzyć w swój geniusz.

Przez te wszystkie lata wciąż oczekiwał Pan od Profesora korekty?

No nie, ale ciekawe byłoby dowiedzieć się, co stary wróbel powiedziałby drugiemu wróblowi. Był dla mnie jak latarnia morska. Nadawał właściwy kierunek. Tego światła będzie mi bardzo brakowało.

Mam Pan jakiś obraz Profesora?

Akt, który wykonał, gdy był jeszcze studentem. Ocalał z jakiegoś wielkiego porządkowania w magazynach szkoły.

Pana pracownia przypomina może Jego pracownię?

Troszkę. Kiedy wszedłem do niej pierwszy raz, zdziwiłem się. Że jest tam rozgardiasz, że ściany niemalowane od lat. Odetchnąłem z ulgą - jak u mnie! - wszystko porozrzucane. Wtedy już wiedziałem, że chaos pracowni jest artyście niezbędny, bo malarstwo to porządkowanie świata. Żałuję, że pani Mirka - moja żona, nie zobaczyła nigdy pracowni Profesora. Może wtedy dałaby mi dyspensę? Mój bałagan jakoś mnie konserwuje i zmusza do formowania utworów porządnie wykonanych i wyzbytych chaosu.

W środę odbył się pogrzeb Profesora.

A mnie przypomniała się jego opowieść z dzieciństwa. Często ją przywoływał: otwarta okiennica, padające z zewnątrz światło, błyski wody, na ścianie cienie migotających liści. Ta chwila, ten moment musiał być dla niego wielkim przeżyciem. Ale nigdy nie powiedział, dlaczego.

Myślę, że ta pierwotność natury, z której wyszedł - urodził się w Podbrodziu na Wileńszczyźnie - miała na niego wielki wpływ. Emocje, intuicja, nie rozum. Picasso myślał podobnie. No i też był bałaganiarzem.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Bałtycki
Dodaj ogłoszenie