Jan Miodek: Sport potrafi zjednoczyć podzielone społeczeństwo, bo z definicji jest apolityczny

Dorota KowalskaZaktualizowano 
Profesor Jan Miodek: Sport łączy, bo jest jednak apolityczny z definicji
Profesor Jan Miodek: Sport łączy, bo jest jednak apolityczny z definicji Łukasz Zarzycki
O swoim kopaniu piłki, pracy komentatorów sportowych, naszej piłkarskiej reprezentacji, talencie Bartosza Kapustki i o tym, którzy sportowcy słynęli z pięknego mówienia - mówi prof. Jan Miodek, językoznawca

Panie Profesorze, oczywiście ogląda Pan Euro 2016?
Umiarkowanie! Wie pani, w moim wieku nie przetrawiłbym wszystkiego, ale miłość do futbolu tkwi we mnie od wczesnego dzieciństwa, więc jasne, że oglądam.

Grał Pan kiedyś w piłkę?
Całe dzieciństwo. I mój ojciec grał w piłkę. Piłka nożna jest w moich genach, mogę powiedzieć.

Ale co, grał Pan w profesjonalnym, ligowym zespole piłkarskim?
Na profesjonalną grę rodzice się nie zgodzili, bo się bali, żeby mnie ktoś nie poturbował, ale całe moje dzieciństwo to piłka nożna grana przez kilka miesięcy w roku. Profesjonalnie grałem w koszykówkę, koszykówki rodzice się już nie bali, odpuścili trochę. Ja jestem stary sportowiec, nie tylko kibic.

Sama skończyłam Akademię Wychowania Fizycznego w Katowicach i zawodowo grałam w siatkówkę, więc ja też nie tylko kibic.
No proszę bardzo! Siatkówkę lubiłem najmniej, powiem pani szczerze, i najsłabszy byłem w siatkówce. Natomiast świetny w piłce nożnej, koszykówce, w piłce ręcznej, w ping-pongu - to były moje dyscypliny.

Panie Profesorze, język komentatorów sportowych jest dość charakterystyczny, prawda?
I wszyscy w nich walą jak w bęben, a mnie ich trochę żal. Pracują na wielkich emocjach, dlatego bym ich trochę usprawiedliwiał. Jednocześnie usprawiedliwiam ich z tego powodu, że na pytanie: Kto był Pana mistrzem słowa?, nieodmiennie, kiedy wspominam swoje pierwsze fascynacje językowe, a więc ludzi, którzy mnie też w jakimś sensie ukształtowali zawodowo, to wymieniam sprawozdawców sportowych i noszę w sobie uczucie wdzięczności wobec: Witolda Dobrowolskiego, Bohdana Tomaszewskiego, Bogdana Tuszyńskiego czy Jana Ciszewskiego, którego z tej czwórki lubiłem najmniej, ale nie mogłem nie widzieć jednak jego ekspresyjności. To był ten wielki kwartet polskiego sprawozdawstwa sportowego, do którego z żyjących dołączyłbym Tomasza Zimocha w radiu, bo gdyby tak relacjonował mecze w telewizji, byłby nie do wytrzymania. W radiu - chapeau bas.

Myśli Pan, Profesorze, że to udawane emocje czy może rzeczywiście komentatorzy sportowi aż tak się nakręcają?
Myślę, że ten cały kwintet, z tej pierwszej czwórki żyje jeszcze tylko Bogdan Tuszyński, miał pewne predyspozycje psychiczne, podobnie jak Tomasz Zimoch. Oni mówią całym sobą, dlatego są tacy świetni. Tak jak mówił całym sobą Bogusław Kaczyński, tylko o muzyce, czy Lucjan Kydryński, także o muzyce. Tam, gdzie jest ekspresja, tam jest atrakcyjność w odbiorze. To są ludzie, którzy działają na wyobraźnię, dlatego są tacy wspaniali. Dlatego ja ich uznaję za swoich mistrzów słowa.

Chce Pan powiedzieć, że komentatorzy sportowi są w swojej pracy najbardziej prawdziwi, najbardziej autentyczni?
Myślę, że ci najlepsi tak. Chyba każdy z nich angażuje się w swoją pracę, tylko z różnym skutkiem ludycznym. Jeśli ja w niedzielę przeczytałem w jednej z relacji z jednego z meczów piłkarskich, że „wszedł w obronę jak w masło, ale strzał był miękki jak roztopiony ser”, to przyzna pani, że dosłowność metafor poszła tutaj za daleko. Myślę, że ktoś chciał pójść śladem Zimocha, ale chyba przesadził. Nie udało mu się. Zacytuję tu Stanisława Tyma, który tu kiedyś u nas, we Wrocławiu, w salonie prof. Dudka bronił tak samo sprawozdawców, dziennikarzy sportowych jak ja, ale powiedział: „Oni są czasem niestrawni, kiedy chcą na siłę być bardzo poetyccy. Wtedy ocierają się o granice językowego kiczu”. Zgodzi się pani ze mną, że ta metafora o maśle, roztopionym serze ocierała się o granice kiczu?

Zgadzam się, jak najbardziej! Czasami te metafory są wręcz groteskowe, to prawda.
Jak się rozpędzą, tak się zdarza. Wtedy potrafią powiedzieć: „Wszystko w rękach konia”, wiem, że wszystko w czyichś rękach znaczy, że wszystko zależy do kogoś, ale jeśli to gonitwa końska i słyszymy: „wszystko w rękach konia”, to jednak zgrzyt. Trzeba z tym uważać. Wiadomo, że na piłkarzy Cracovii zawsze będziemy mówić: „pasiaki”, bo od zawsze występują w koszulkach w pasy, ale jeśli drużyna Cracovii jedzie do Oświęcimia, to z tymi pasami trzeba być ostrożnym. A ja kiedyś przeczytałem w gazecie: „Dzielna postawa »pasiaków« w Oświęcimiu”, no i wyszła tragiczna groteska.
Ale, z drugiej strony, mam wrażenie, że słuchacze czy widzowie więcej wybaczają komentatorom sportowym niż innym, na przykład politycznym.
Pewnie dlatego, że w sporcie wszyscy się kochamy. Polsce chyba kibicujemy wszyscy i tutaj jesteśmy poza podziałami, o czym się w ostatnich dniach głośno mówi. To działa na zasadzie: „Chłopcy, w was nadzieja, że wy nie zawiedziecie Polaków. Z sympatii do piłkarskiej reprezentacji Polski nie będziemy się różnić”. I to jest punkt wyjścia.

Panie Profesorze, czemu to społeczeństwo polskie, które jest tak strasznie podzielone…
Strasznie, strasznie, to prawda!

Więc czemu sport je łączy?
Sport je łączy, bo jest jednak apolityczny z definicji. Chociaż widzimy, że na tym sporcie próbują też wygrywać politycy, zawsze tak było.

Politycy uwielbiają pokazywać się ze sportowcami, zwłaszcza jeśli ci osiągają sukcesy.
Tak, to prawda: z dziećmi, ze sportowcami, to ociepla ich wizerunek. Działa na wyborców.

Jak Pan ocenia naszą drużynę na Euro 2016, bo wydaje się lekko odmieniona: zgrana, skuteczna, pozytywnie nastawiona.
Oceniam ją bardzo wysoko. Jeszcze lat temu pięć, kiedy się patrzyło na reprezentacje Hiszpanii, Francji, Niemiec, Brazylii, Holandii, a potem na naszą reprezentację, widziało się tę kolosalną różnicę. W czasie meczu z Irlandią krzyknąłem nawet do żony: „Patrz, oni przez pięć minut są w posiadaniu piłki!”. Nasi piłkarze już też, jak ci najlepsi, wszystko umieją, jeśli chodzi o opanowanie piłki, przytrzymanie piłki, żelazną taktykę. Dlatego przy tak wyrównanym poziomie nasze euro może się skończyć zaraz po wyjściu z grupy, ale polscy piłkarze równie dobrze mogą dojść do finału. Natomiast ja się w prognozy bawić nie będę, bo wszystko jest możliwe, ale z satysfakcją, jako Polak, stwierdzam, że nasi chłopcy umieją wszystko tak jak piłkarze reprezentacji Niemiec, Hiszpanii, Francji, że przywołam tych najlepszych.

Ten zgrany zespół, który się nawzajem dopinguje i wiele potrafi, to sukces trenera Nawałki?
Na pewno jego sukces, ale - zachowując odpowiednie proporcje - powiedziałem to kiedyś w oczy Kazimierzowi Górskiemu, publicznie o tym mówiłem i pisałem również, że nie umniejszając zasług Kazimierza Górskiego, który był na pewno wspaniałym psychologiem, a to jest coś bardzo ważnego, miał też trochę szczęścia, bo przyszło mu prowadzić drużynę chłopców, moich rówieśników, roczniki 40. Co myśmy mieli poza piłką nożną? Myśmy nie mieli komputerów, telewizorów, myśmy byli pokoleniem, chłopcy roczników 40., pokoleniem, które cały rok grało w piłkę nożną. W styczniu, w lutym, w marcu też, tylko w czapkach na głowach, w rękawiczkach, otuleni szalikami. I dlatego Górski od bramkarza po lewoskrzydłowego miał praktycznie równorzędnych graczy trzech, czterech na każdą pozycję. Szczęście Nawałki, w niczym, powiadam, nie umniejszam jego umiejętności psychologicznych i merytorycznych, wiedzy trenerskiej, polega na tym, że wreszcie ma chłopców z drużyn europejskich, którzy tam w Ajaksie Amsterdam, w Bayernie czy lidze francuskiej nie grzeją ławy, tylko są pierwszoplanowymi postaciami, z Lewandowskim, Milikiem, Grosickim na czele. A ten świetny skład doprawiony jest jeszcze nieziemskim talentem tego przesympatycznego Bartosza Kapustki, lat 19. W meczu z Irlandią był bezdyskusyjnie najlepszy na boisku.

No właśnie! Pan też jest oczarowany tym młodym Kapustką? Bo mam wrażenie, że piłkarski świat na jego punkcie oszalał.
Jestem oczarowany, napędza mnie jeszcze czteroletni wnuczek, który też jest zakochany w Kapustce, to jego idol. Każde jego uderzenie piłki mój wnuk straszliwie przeżywa, a chyba pójdzie w ślady dziadka, bo jest świetny, ma takie wyczucie, wie, jak przyłożyć nogę, choć ma dopiero cztery latka.

I co w tym Bartoszu Kapustce takiego porywającego, Panie Profesorze?
Ma tego nosa piłkarskiego, mówię teraz językiem swojego ojca, zna geometrię piłkarską, ma wyczucie. Wspaniały był w meczu z Irlandią. Najlepszy! No i ten harujący jak wół Kuba Błaszczykowski też mi zaimponował, bo ten człowiek w każdym meczu haruje za pięciu.
Miałam wrażenie, że Kapustka wyszedł na mecz z Irlandią bez żadnych kompleksów, niektórzy nazwali to nawet młodzieńczą bezczelnością.
Tak, tak, tu też się mogę z panią zgodzić. Młody wiek mógł go spiąć, ale tak się nie stało. On ma staż reprezentacyjny, niewielki, ale Nawałka dał mu już szansę. Wspaniały był na tym meczu z Irlandią! Myślę, że wytrzymałby do końca spotkania, ale dobrze, że go trener zmienił, bo miał tę żółtą kartkę. Mógłby wejść źle w piłkę, a sędzia rumuński był dość rygorystyczny, mógłby pokazać drugą i kończylibyśmy mecz w dziesiątkę. Na spotkaniu z Irlandią polscy piłkarze zaimponowali mi nie tylko tą umiejętnością przytrzymania piłki, ale też nieprawdopodobnym sercem, co się mogło źle skończyć po tej pechowej centrze, kiedy z jednakową determinacją do piłki wyskoczyli Piszczek i Szczęsny. Mogli się wzajemnie tak skrzywdzić, że już do końca mistrzostw by nie wystąpili. Bogu dzięki, że to się tak skończyło, jak skończyło, chociaż Szczęsny ma jakiegoś krwiaka, tylko że to z innego powodu, nie wskutek zderzenia z Piszczkiem.

A nie uważa Pan, Profesorze, że my, Polacy, choć podzieleni, jesteśmy świetnymi kibicami? Bo tacy kibice siatkówki znani są na całym świecie, piłkarsko też dajemy radę.
I dzięki Bogu, że jeszcze jest ten sport, który Polaków nie dzieli, bo tak w ogóle jesteśmy podzielni tak jak jeszcze nigdy w historii.

Ale potrafimy świetnie kibicować, prawda?
Myślę, że tak. Żeby tylko ten śpiew był trochę lepszy. Trochę cierpi moje muzyczne ucho nad śpiewem Polaków, zazdroszczę Węgrom, Włochom, Niemcom, Rosjanom, Francuzom. My ze śpiewem trochę powinniśmy dać sobie spokój.

Co Pan mówi? Tak źle z tym naszym śpiewaniem?
Nie słyszała pani wykonania hymnu? Tragiczne zupełnie! Koniecznie trzeba podszkolić śpiew, jeśli chodzi o polskich kibiców. I urozmaicić repertuar. Ze strony kibiców Anglii czy Niemiec słyszę czasami śpiewane arie operowe. I proszę teraz kazać polskiemu kibicowi zaśpiewać arię operową, kiedy przeciętny polski kibic ma kłopoty z hymnem.

Pobawmy się trochę we wróżbitów, kto, Pana zdaniem, ma największe szanse na wygranie Euro 2016?
Nie da rady! Przy tak wyrównanym poziomie nie odważę się być wróżbitą, bo tu wszystko jest możliwe. Mistrzem Europy może zostać Polska, mogą Czechy, Hiszpania, Rosja, Niemcy, Francja - każda z tych drużyn może triumfować. Tak poziom jest wyrównany. No, może Albania nie zostanie mistrzem, na pewno nie będzie mistrzem, Węgry też nie. Ale nie jestem w stanie wskazać pewniaka do tego tytułu, absolutnie nie! My też możemy zostać mistrzem, ale nie będę miał ćwierć promila pretensji, jeśli odpadniemy tuż po wyjściu z grupy, bo tego, że wyjdziemy z grupy, jestem prawie pewien. Jeśli jednak po pierwszym meczu w systemie pucharowym odpadniemy - nie będę miał żadnych pretensji, bo to jest tak wyrównany poziom.

A wracając jeszcze do języka, jak Pan ocenia sportowców? Kiedyś się strasznie z nich śmiano, zarzucano im, że nie potrafią mówić poprawną polszczyzną, że w ogóle mało mają do powiedzenia.
Mam tyle lat, że mogę to powiedzieć - to, co było po wojnie, a to, co jest teraz - to niebo a ziemia. Po wojnie to jeszcze umiał jako tako zachować się językowo lekkoatleta, tenisista, bo było wśród nich sporo studentów, czasem to był lekarz, czasem inżynier. Powojenne wywiady z bokserami, kolarzami, piłkarzami to była tragedia - oni nie byli w stanie wyjść poza zdanie pojedyncze lekko rozwinięte. Dzisiaj przeciętny piłkarz, kolarz, bokser, lekkoatleta mówi sprawną, literacką polszczyzną. Ja tu nie widzę różnicy między nimi a przedstawicielami inteligenckich zawodów - tak się poziom sprawności gramatycznej, a i stylistycznej przeciętnego sportowca podniósł.
Ma Pan ulubionego mówcę sportowca?
W przeszłości słynęli z pięknego mówienia Ryszard Szurkowski, Włodzimierz Lubański, ale powiem, on już nie żyje, mój ukochany Gerard Cieślik - ja go pamiętam z czasów tużpowojennych i potem, kiedy udzielał wywiadów, jako straszy już pan po osiemdziesiątce - też niebo a ziemia. Myśmy w ogóle, jako społeczeństwo, bardzo się podnieśli, jeśli idzie o sprawność językową. Bardzo poszliśmy w górę.

Politycy także?
Gramatycznie także, natomiast spuśćmy zasłonę milczenia na zawartość słowną, na to, o czym już mówiliśmy, że tyle w przestrzeni publicznej nienawiści, wzajemnego oskarżania się. Na to spuśćmy zasłonę milczenia. Natomiast pod względem gramatycznym, to są detale, że ktoś powie: „wziąść” zamiast „wziąć”. Ja jako 70-latek mogę to powiedzieć, to wszystko bardzo, ale to bardzo poszło w górę.

Czyli chce Pan powiedzieć, że Polacy w ogóle ładniej mówią?
Powiedziałbym, że mówią lepiej, lepiej przestrzegają norm gramatycznych. Pewnie gorzej jest z wyczuciem stylistycznym, z tym, co wypada, a co nie wypada w takiej czy innej sytuacji życiowej powiedzieć. Z tym jest na pewno gorzej, Polak jest stylistycznie zdezorientowany. Ze sprawnością gramatyczną jest sto razy lepiej niż sto lat temu, nomem omen, natomiast śmiem twierdzić, że wyczucia stylistycznego więcej miała moja babcia, prosta, wiejska kobieta, która nie wiem, czy dwie zimy chodziła do szkoły podstawowej, niż współczesny, przeciętny Polak.

Panie Profesorze, pozostaje nam zatem kibicować dalej.
Kibicujemy dalej, tylko oby to nie rodziło jakichś szowinizmów, nienawiści. Kibicujmy z elementem ludyczności: zabawa, zabawa i jeszcze raz zabawa, to jest tylko sport. Taki jest mój apel - starego sportowca i starego kibica - brońmy się przed fanatyzmem, plemiennością i nienawiścią.

Na razie jest spokojnie, pobili się tylko kibice Anglii i Rosji. Polscy kibice z irlandzkimi dobrze się bawili.
Tak było przed czterema laty w Polsce i oby tak było dalej. Sam byłem w zeszłym roku w Irlandii i był to jeden z najsympatyczniejszych moich wyjazdów zagranicznych w życiu. Cóż to za sympatyczni ludzie ci Irlandczycy! Jak oni są serdecznie do nas, Polaków, nastawieni: od lotniska po wszystkie miejsca, które mi tam dane było odwiedzić.

Kibice Anglii najlepszej sławy nie mają, prawda? Chociaż to ponoć kibice Rosji byli prowodyrami tej awantury na stadionie i na ulicach miasta.
Chociaż sama Anglia z problemem chuligaństwa na stadionach ponoć się uporała. Ale od czas do czasu ci chuligani dają o sobie znać i mieliśmy tego potwierdzenie.

Czyli co, Panie Profesorze, jedyne, co wiemy na pewno, to to, że wyjdziemy z grupy?
Wydaje mi się, że z grupy wyjdziemy na pewno, a co dalej - to wielka niewiadoma. Wachlarz emocji jest szeroki: od skrajnego optymizmu, że zostaniemy mistrzami Europy, po brak pretensji, jeśli Polacy odpadną w pierwszym meczu pucharowym.

polecane: FLESZ: Podział Mandatów po wyborach parlamentarnych

Wideo

Materiał oryginalny: Jan Miodek: Sport potrafi zjednoczyć podzielone społeczeństwo, bo z definicji jest apolityczny - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 1

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

b
buralczyk

miłośnik "Związku Radzieckiego", ma do powiedzenia i o piłce

Dodaj ogłoszenie