Jak zostaje się prezydentem. Dziwne przypadki kandydatów w kampanii wyborczej w USA

Magda Gacyk
Udostępnij:
Walka o najważniejszą pozycję polityczną na świecie trwa. W jej przebiegu nie stosuje się już reguł wyłożonych w klasycznym tekście Sun Zi „O sztuce wojny”, a raczej zasadę wyznawaną w wolnoamerykance, czyli „wszystkie chwyty dozwolone”.

Klasyczny oręż polityczny: merytoryczne dysputy na temat przyszłości kraju czy argumenty, dotyczące najbardziej palących kwestii jak sytuacja ekonomiczna, zagrożenia terrorystyczne czy bezrobocie, odchodzą do lamusa. Ich miejsce zajmuje broń tyleż niebezpieczna, co obusieczna. Wzajemne obrzucanie się błotem. Mogą to być relatywnie niewinne przezwiska wymierzone w przeciwnika: Mały Marco (Marco Rubio), Marionetka (Jeb Bush) lub Kłamczuszek Ted (Ted Cruz). Mogą być to uszczypliwości wobec małżonków kandydatów na prezydenta. Z tej metody skorzystali m.in. zwolennicy republikańskiego Teda Cruza, którzy wrzucili do sieci zdjęcie częściowo roznegliżowanej Melanii Trump, niegdyś modelki, z sarkastycznym podpisem „Poznajcie przyszłą Pierwszą Damę. Takiej chcecie?”. Na ripostę nie trzeba było długo czekać. Donald Trump zamieścił na Twitterze dwie fotki. Jedna z nich przedstawiała wystylizowaną Melanię podczas eleganckiej sesji zdjęciowej, drugą było wyjątkowo niepochlebne ujęcie Heidi Cruz. Kolejny wpis nie pozostawiał wątpliwości, że Trump zamierza bezwzględnie odparowywać wszystkie ciosy, celując poniżej pasa. „Uważaj, bo mogę zdradzić sekrety Twojej żony” - zagroził w tweecie kandydat Republikanów.

Eksperci są zgodni. Takiej kampanii jeszcze nie było.

Deez Nuts: Jak kandydat na prezydenta został memem

Latem ubiegłego roku Stany Zjednoczone obiegła informacja, że oto pojawił się niezrzeszony kandydat, który w błyskawicznym tempie zdobywa popularność wyborców. W niektórych stanach uzyskał 5-6 procent głosów. W Karolinie Południowej zdobył nawet 9 procent poparcia, co dało mu trzecie miejsce w rankingach. Sponsorzy z 23 stanów zadeklarowali chęć finansowego wsparcia tajemniczego kandydata. Ustalenie jego prawdziwej tożsamości nie było jednak proste i zajęło dziennikarzom kilka tygodni. Okazał się nim... licealista z Iowa, Brady Olson. 15-latek zgłosił swój wniosek do Federalnej Komisji Wyborczej (FEC), ponieważ „nie podobali mu się główni gracze polityczni”. Dla obywateli zmęczonych dotychczasową przewidywalnością amerykańskiej sceny politycznej, gdzie wiadomo było, że wygra jedna z dwóch partii, pryszczaty nastolatek był jak powiew ożywczego powietrza. Nie przeszkadzało im to, że na zajęcie przez Deez Nuts fotela prezydenckiego trzeba by było poczekać dwie dekady; według Artykułu 2 Konstytucji Stanów Zjednoczonych prezydent musi mieć ukończone 35 lat. W rozwijanie kampanii nastoletniego pretendenta zaangażowani byli głównie internauci i to oni pomogli mu zaistnieć w zbiorowej świadomości. Tymczasem zbliżały się egzaminy semestralne w liceum i Brady Olson postanowił po angielsku wycofać się z wyścigu prezydenckiego. Została po nim pamięć internetu. Deez Nuts został memem. Na fali jego powodzenia do Federalnej Komisji Wyborczej wpłynęły setki podobnych kandydatur. Większość ze zgłoszeń o rozpoczęciu kampanii wyborczej przyprawiła urzędników o ból głowy. Musieli się zapoznać z podaniami takich ochotników jak Pan Duch, Ronald Reagan, Obi-Wan Kenobi czy kot o wdzięcznym imieniu Limberbutt McCubbins.

W obecnych wyborach Komisja naliczyła ponad 1500 kandydatur. Kilkadziesiąt lat wstecz, w 1976 roku, tych kandydatur, mniej lub bardziej efemerycznych, było ponad dziesięć razy mniej, bo tylko 139.

Bezprecedensowa jest nie tylko liczba chętnych do zamieszkania w Białym Domu, ale również długość ostatniej kampanii prezydenckiej. To prawdziwy maraton wyborczy, trwający - w wielu wypadkach - dobre półtora roku. Republikanin Ted Cruz ogłosił początek swojej kampanii rekordowo wcześnie, aż 596 dni przed terminem wyborów. Niecałe trzy tygodnie później to samo zrobiła Hillary Clinton. A jeszcze pół wieku wcześniej kampanie trwały o połowę krócej. Mimo to często pojawiały się zarzuty, że jest to stanowczo za długo, że koncepcja takiego prowadzenia wyborów jest archaiczna, bo bierze się z czasów, gdy ubiegającym się o najwyższy urząd w kraju, podróż dyliżansem i pociągiem, z jednego krańca kraju na drugi, zajmowała wiele tygodni.

Donald Trump: Jak sprzedawać steki podczas kampanii wyborczej

The Donald (jak nazywany jest coraz częściej) to najbardziej kontrowersyjny kandydat wyborów 2016. Biznesmen, którego niezachwiana pewność siebie, jest w takim samym stopniu zarówno przedmiotem drwin jak i podziwu, drastycznie zmienił sposób prowadzenia prezydenckiej kampanii wyborczej. Na miejsca spotkań z wyborcami wybiera nie aule uniwersyteckie, sale szkolne czy skwery, a stadiony. Występuje otoczony produktami, które wypuszczają na rynek jego rozliczne firmy: wodą mineralną Trump, winem Trump i stekami Trump. Mają świadczyć o jego sukcesie. W przemowach obiecuje wyborcom to, co zawsze - ze zmiennym szczęściem - obiecywał swoim wspólnikom: że dzięki niemu staną się „wielcy”. Reszta jego poglądów nie jest stała, zmienia się w zależności od sytuacji i budzi przerażenie zarówno wśród politologów jak i ekonomistów. „To jak bełkot twojego pijanego wujka na weselu” - podsumowała światopogląd republikanina aktorka i zdobywczyni Oscara, Susan Sarandon, a jeden z think tanków obliczył, że gospodarcze propozycje The Donalda będą kosztowały Amerykę 15 bilionów dolarów tylko w ciągu najbliższej dekady. Nie wliczono w to kosztów budowy muru na granicy z Meksykiem, gdyż - jak obiecał Trump - to Meksykanie zapłacą za jego powstanie.

Nieważne jest zresztą, co Trump mówi, ważne jak mówi i jakich kanałów komunikacyjnych używa, by nawiązać kontakt z wyborcami. Sposób przemawiania świeżo upieczonego polityka określany jest często jako styl „wrzeszczącego populisty”. Jego głośne i butne komunikaty docierają jednak do ogromnej rzeszy Amerykanów, ponieważ Donald Trump - jak żaden kandydat do tej pory - osiągnął mistrzostwo w wykorzystywaniu mediów społecznościowych do swoich celów. Szczególnie aktywny jest na Twitterze, gdzie często zachowuje się jak typowy internetowy troll obrażając wszystkich, którzy go krytykują. Jak skrupulatnie wyliczył New York Times do początku kwietnia tego roku The Donald zdołał w ten sposób zniesławić 210 osób i instytucji. Tym niemniej strategia ta przyniosła nadspodziewanie dobre efekty. Posty oraz tweety republikańskiego kandydata są chętnie cytowane przez wszystkie media. SocialFlow, firma zajmująca się badaniem mediów społecznościowych, obliczyła, że gdyby Trump chciał dotrzeć do tak wielomilionowej grupy w sposób tradycyjny, np. przez emitowanie ogłoszeń wyborczych, musiałby wyłożyć 380 milionów dolarów. Internetowe wpisy ma za darmo, a publikę ogromną, biorąc pod uwagę, że facebook ma miliard sześćset milionów aktywnych użytkowników miesięcznie, a Twitter 385 milionów. Wśród internautów apetyt na tzw. trumpizmy rośnie w miarę jedzenia.

„Donald Trump to nie socjologiczny dziwoląg, który nagle pojawił się nie wiadomo skąd i dlaczego” - twierdzi Cezary Ornatowski, profesor na Uniwersytecie San Diego State, specjalista w zakresie retoryki politycznej - „Nie wyskoczył jak kukiełka z pudełka. To produkt współczesnych czasów. Konstrukt współczesnych mediów, które w ostatniej dekadzie przeszły zasadniczą przemianę, coraz bardziej stawiając na tabloidyzację, by zwiększyć oglądalność, bo widz chce sensacji. Trump, wygadując niestworzone brednie, podbija im słupki. Amerykanie sami więc zafundowali sobie takiego kandydata”.

Bernie Sanders: Jak sprzedawać wyborcom rewolucję

Bernie Sanders to kolejny nietypowy i kontrowersyjny kandydat. Jednocześnie w środku i na zewnątrz politycznego establishmentu. Doświadczony polityk i jednocześnie outsider, niekorzystający (jak inni liczący się kandydaci) z pieniędzy wielkich korporacji podczas finansowania swojej kampanii. W amerykańskiej polityce bezprecedensowe jest jego wejście do peletonu wyścigu prezydenckiego dzięki socjalistycznym poglądom, hasłom równości ekonomicznej wszystkich obywateli i obietnicom rewolucji w systemie politycznym USA. Do tej pory nic tak nie odrzucało Amerykanów od polityka jak etykietka „socjalisty”.

- Bernie to nie tylko utopijny socjalista. To też klasyczny populista - mówi profesor Cezary Ornatowski. - Moim zdaniem jego poglądy nie są autentycznie rewolucyjne. Są obliczone pod publiczkę. To taka rewolucja intelektualisty z ekskluzywnej uczelni, który uprawia salonowy marksizm. O dziwo, taka rewolucja też się sprzedaje.

Sanders swoje „populistyczno-rewolucyjne” ideały potrafi sprzedać w zgrabnym pakiecie, który jego zwolennicy kupują hurtem. I ma bodajże najbardziej oddany elektorat wśród wszystkich kandydatów, a jego wyborcy zachowują się bardziej jak fani gwiazdy rocka niż poplecznicy lewicującego polityka.

Hillary Clinton: Jastrząb kreujący się na gołębia

Zaledwie letnie uczucia budzi natomiast wśród elektoratu Hillary Clinton. To jej odwieczny problem. Była Pierwsza Dama nie potrafi skutecznie ocieplić swojego wizerunku. Analitycy mówią o wizerunkowej stagnacji i zwracają uwagę, że jej obecna kampania wyborcza do złudzenia przypomina tę z 2008 roku. Clinton sprawia wrażenie zimnej i wyrachowanej. Rozpaczliwa próba zjednania sobie latynoskich wyborców, podczas której sztab kandydatki reklamował ją hasłem: „Hillary Clinton jest jak Twoja „abuela” (po hiszpańsku: babcia), okazała się bolesnym strzałem w kolano. Tysiące oburzonych Latynosów zaprotestowało przeciwko takiemu porównaniu, uznając je za wyjątkowo niewiarygodne i obraźliwe dla ich babć. Demokratka Clinton jawi się raczej jako typowa przedstawicielka politycznego establishmentu, dbająca przede wszystkim o interes swój oraz kilkunastu wielkich korporacji, które sponsorują jej trasę wyborczą. A sumy, które trafiają do jej sztabu, są ogromne. George Clooney, przyjaciel Clintonów, często prowadzący dla Hillary „zbiórki pieniędzy” wśród sławnych i możnych, przyznał, że kwoty, które lądują na koncie kampanii Clinton są „obscenicznie duże” i „politycy nie powinni być finansowani w taki sposób”.

A jednak demokratycznej kandydatce udaje się (jak wynika z rankingów w poszczególnych stanach) pozostawić w tyle prawie wszystkich innych. Do części Amerykanów przemawia jej twardość i konsekwencja, a także to, że - w przeciwieństwie do kontrkandydatów - nie obiecuje złotych gór. Wierzą, że pewną ręką poprowadzi kraj w trudnych czasach.

- Warto pamiętać, że dla wielu obywateli obecne czasy to trudne czasy - tłumaczy Cezary Ornatowski. - Dla nich USA są od 15 lat w stanie wojny, której początkiem były zamachy terrorystyczne z 11 września 2001 roku. Europejczykowi może być trudno zrozumieć taką koncepcję. W Europie działania wojenne toczyły się „na miejscu”. Podczas walk ginęli żołnierze i cywile, plądrowano domy, palono i bombardowano wioski oraz miasta. Stany Zjednoczone nigdy nie doświadczyły tego na taką skalę. Zarówno I jak i II wojna światowa toczyły się daleko od kraju. Późniejsze konflikty zbrojne też działy się „gdzieś daleko”. Dlatego dla Amerykanów jedyną wojną, którą toczą, jest ta z terroryzmem.

Stąd potrzeba prezydenta, który tę wojnę wygra.

Zoltan Istvan: Jak obiecać Amerykanom życie wieczne na ziemi

Zoltan Istvan, kandydat na prezydenta Amerykańskiej Partii Transhumanistycznej należy do tzw. kandydatów obrzeża (fringe candidates) i nie wierzy, że wygra wyścig do Białego Domu. Ten były dziennikarz National Geographic wystartował w wyborach, by krzewić ideę transhumanizmu, ideologii, której wyznawcy wierzą w możliwość stworzenia znacznie doskonalszego człowieka dzięki najnowszym technologiom. Człowiek-cyborg będzie silniejszy, mądrzejszy, wiecznie młody, a być może uda mu się pokonać nie tylko procesy starzenia, ale i samą śmierć.

Podczas swojej trasy wyborczej kandydat transhumanistów przemierzył cały kraj „Autobusem Nieśmiertelności”, czyli busem z 1978 roku przerobionym na trumnę. Zoltan nie jest jednak obłąkanym politykiem, a rozsądnym graczem, który widzi, że w 2016 roku zmieniły się reguły, jakie do tej pory rządziły kampaniami wyborczymi. Zdaje sobie sprawę, że wybory prezydenckie to również spektakl. I, jak w przedstawieniu teatralnym, jest szansa, by zaistnieli różni aktorzy, także ci od ról charakterystycznych. Tacy jak Zoltan Istvan, Donald Trump czy Deez Nuts.

Magda Gacyk

z wykształcenia iberystka i socjolożka, z zawodu dziennikarka i tłumaczka oraz instruktorka karate. Niegdyś prowadziła w TVP poranny program „Kawa czy herbata”. Jest korespondentką Polskiego Radia w Kalifornii. W ub. roku wydała książkę „Ścigając Steve’a Jobsa. Historie Polaków w Dolinie Krzemowej”. Sama żyje w „oceanicznym rozkroku” między Doliną Krzemową a Trójmiastem.


[email protected]

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie