Jak Roman Stegart tworzył struktury Solidarności w stoczni gdyńskiej

Barbara Madajczyk-Krasowska
Tomasz Bołt
W stanie wojennym stworzył podziemną siatkę konspiracyjną Solidarności w stoczni gdyńskiej, był łącznikiem stoczni w podziemnej strukturze miejskiej. Sam drukował ulotki, biuletyny, nadawał audycje radia Solidarność w Trójmieście i Kościerzynie. Roman Stegart, niekwestionowany lider podziemia w Gdyni. Nigdy nie miał wpadki, choć raz omal nie zdekonspirowała się cała struktura.

Znaczek wyrwany z kołnierzem

Pod koniec 1981 r., jak niemal wszyscy działacze NSZZ Solidarność, wyczuwał, że coś wisi w powietrzu. Nie był tylko pewny czy to nasi, czy Rosjanie będą próbowali zdławić 10-milionowy związek. Dwa dni przed wprowadzeniem stanu wojennego dyskutowali o tym zresztą do późnej nocy na spotkaniu stoczniowych liderów. W niedzielę, 13 grudnia był u kolegi. Część działaczy ze stoczni została internowana. Pozostali zebrali się u ojca Edwarda Ryby, w kościele Redemptorystów w Gdyni na ul. Portowej naprzeciwko komisariatu milicji. Zdecydowali: od poniedziałku w stoczni strajk okupacyjny.

W stoczni pracowało wówczas około 10 tys. osób, 14 stycznia do strajku przystąpiło pięć tysięcy, ale na noc zostało ich około dwóch tysięcy. Większość strajkujących zebrała się na wydziale Stegarta - K2, bo był największy. W tłumie zawsze raźniej.
W nocy pod bramę podjechało ZOMO i czołgi z wojskiem. Straszyli ich tak do świtu.

Około godz. 5 rano doszło do rozmów przewodniczącego Komitetu Strajkowego Tadeusza Pławińskiego z wojskowym dowódcą akcji. Zawarto porozumienie. Strajkujący opuszczą zakład pod warunkiem, że nikt nie zostanie zatrzymany.
15 grudnia nad ranem wychodzili ze stoczni razem w zwartym szeregu, trzymając się pod ręce, żeby kogoś nie wyciągnęli. Po obu stronach w odległości od dwóch do trzech metrów stali w szpalerach zomowcy.

- Miałem w klapie znaczek Solidarności w pewnym momencie podskoczył zomol i wyrwał znaczek razem z fragmentem kołnierza - opowiada Stegart.

Szli, trzymając się pod ręce, aż do dworca, dopiero tam się rozstali.

Kilku młodych pistoletów

Roman Stegart przed stanem wojennym był w zarządzie Komisji Wydziałowej Solidarności, wcześniej uczestniczył w sierpniowym strajku, ale żadnym związkowym przywódcą nie był.

Jest Kaszubą. Rodzice chcieli, żeby po szkole podstawowej uczył się dalej w rodzinnej Kościerzynie, ale on się uparł i w 1969 r. przyjechał do Gdyni, by uczyć się w Zespole Szkół Okrętowych. Jako uczeń automatycznie stał się pracownikiem stoczni. Jeszcze przed strajkiem w sierpniu w 1980 r., przez kolegę ze stoczni, miał kontakt z Wolnymi Związkami Zawodowymi Wybrzeża. Ten kolega namówił go, żeby przed kościołem ks. Hilarego Jastaka kolportował ulotki i "Robotnika", nielegalne pismo opozycji.

W sierpniu on i jego koledzy byli już przygotowani do strajku. Gdy Andrzej Kołodziej, który zaledwie dzień wcześniej zatrudnił się w gdyńskiej stoczni, gdzie posłał go Bogdan Borusewicz, ogłosił strajk - miał poparcie tych uświadomionych stoczniowców.

- Sam Kołodziej bez poparcia ludzi, kilku młodych pistoletów, niewiele by zrobił - podkreśla pan Roman.
Tłumaczy, że radykalna forma gdyńskiego strajku w Sierpniu '80 (zamknęli dyrektora w gabinecie, siłą przejęli radiowęzeł, drukarnię, wyrzucili partyjnych z zakładu) wynikała nie tylko z radykalizmu Kołodzieja, ale z doświadczenia z Grudnia '70, kiedy to władza najpierw rozmawiała z robotnikami, a potem strzelała do bezbronnych i wsadzała do więzienia.
- Nie warto było z nimi rozmawiać, bo od pierwszego dnia nam przeszkadzali - podkreśla. Przeszkadzał dyrektor, I sekretarz komórki zakładowej PZPR i kierownicy. Tych ostatnich nie usunęli, tylko pilnowali.

Zniszczyć się nie daliśmy

Wróćmy jednak do pierwszych dni stanu wojennego. 15 grudnia najaktywniejsi ponownie zebrali się w kościele Redemptorystów. Zastanawiali się, co dalej. Było ich kilkunastu. Stegart nie jest pewien, czy był z nimi wtedy przewodniczący Pławiński, który musiał się ukrywać, bo był na liście do internowania. Postanowili odtworzyć podziemne struktury Solidarności.

- Każdy z nas miał obowiązek zorganizowania jednej osoby, zaufanych ludzi, z każdego wydziału. Skontaktowaliśmy się ze Zbyszkiem Belką ze stoczni Nauta i kilkoma innymi zakładami i na poziomie miasta stworzyliśmy grupę - opowiada pan Roman.
Na początek zaczęli zbierać pieniądze, by pomóc rodzinom internowanym, wyrzucanym z pracy. Ale za równie ważne uznali zapewnienie ludziom prawdziwych informacji i podtrzymanie nadziei, że Solidarność nie dała się zniszczyć, tylko zeszła do podziemia.

W ten sposób spontanicznie, żywiołowo powstawały podziemne struktury niejako obok Komisji Zakładowej. Przewodniczący tej ostatniej, Tadeusz Pławiński od maja 1982 r. współpracował z regionalnym podziemiem, RKK Gdańsk. Jako elektronik był też odpowiedzialny za radio Solidarność. W końcu 1982 r., kiedy nadawał audycję, został zatrzymany. Skazano go na rok więzienia. Po wyjściu na wolność w 1984 r. wyemigrował do Kanady, gdzie mieszka i pracuje obecnie.

Stegart w 1982 r. zaczął tworzyć podziemną sieć poligraficzną. Na początku z Mirosławem Jezuskiem z wydziału elektrycznego zorganizowali prymitywną drukarnię.

- Drukowaliśmy na matrycach białkowych i tak powstał "Informator wojenny". Na początku były to jednokartkówki, później poważniejsze pisma: "Biuletyn Solidarność", "Kadłub" - wylicza.

W pewnym momencie nadzorował siedem punktów drukarskich.
Organizował też z kolegami manifestacje, nadawał audycje radia Solidarność w Gdyni, Gdańsku i Kościerzynie.

Agentów nie było

Wśród współpracowników udało mu się nie mieć agentów. To bardzo ważne, bo po latach okazało się, że agenci zdobywali zaufanie wytrawnych konspiratorów i znanych działaczy.

Pan Roman mówi, że to zasługa ojca, który podczas II wojny światowej działał w Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski.

- Ojciec mówił: "pamiętaj, jak was będzie trzech, to nie ma cudów, w którymś momencie wpadniecie, a jak będziecie konspirować we dwóch, to będziesz wiedział, kto doniósł: on albo ty".
I tej zasady bezwzględnie przestrzegał.

- O drukarni wiedziałem tylko ja i jeszcze jedna osoba. Jeśli była druga drukarnia, to znowu była to inna osoba i ja. Nawet jak tamci dwaj się znali, to oni nie wiedzieli o sobie nawzajem, że cokolwiek robią w konspiracji. Każdy był przekonany, że działa tylko ze mną. Przy nadawaniu audycji radiowych było podobnie: wiedziałem ja i właściciel mieszkania. Miałem tyle roboty, że padałem na twarz, ale nie było wpadki - opowiada.

Chociaż raz o wpadkę się otarł. Zorganizowali konspiracyjne spotkanie w kościele Redemptorystów w czasie mszy. Chodziło o to, by móc potem wmieszać się w tłum wychodzących z kościoła. Na tym spotkaniu nie zjawił się jednak kolega z jednego wydziału, tylko ktoś inny w jego zastępstwie.

- Od razu podejrzewałem, że może się to źle skończyć - wspomina.
I faktyczne, gdy wychodzili z kościoła, zauważyli, że pobliski plac Kaszubski jest obstawiony esbekami w cywilu. Udało im się zbiec, ale jeden z kolegów, Andrzej Tyrka, został zatrzymany. Pan Roman natychmiast pojechał do jego mieszkania i uprzedził żonę, żeby wyczyściła mieszkanie z ulotek, książek. Godzinę po jego wyjściu przyjechali funkcjonariusze, zrobili rewizję, ale nic nie znaleźli.

Przed urzędem wyrosły krzyże

Oprócz manifestacji organizował inne spektakularne akcje. Razem z aktorem Szymonem Pawlickim w rocznicę tragedii grudniowej przygotowali tyle krzyży, ile było ofiar. Krzyże miały od pół metra do 70 centymetrów wysokości, tak by można je było schować pod kurtkę, a od dołu były zaostrzone. I każdy z niosących krzyż miał w kieszeni kamień. Postanowili te krzyże ustawić na klombie przed Urzędem Miasta, gdzie 17 grudnia 1970 roku zginęły od strzałów kolejne osoby. Około godz. 17. po południu na gwizdek z wszystkich stron zbiegli się mężczyźni i kamieniami wbili krzyże w zmarzniętą ziemię.
- Zbiegli się ludzie, ale po godzinie ZOMO pogoniło ich i powyrywało krzyże - wspomina pan Roman. - Tę akcję jeszcze powtórzyliśmy - dodaje.

Wywiad w psychiatryku

W 1984 r. Roman Zwiercan, jeden z późniejszych liderów Solidarności Walczącej był pracownikiem działu szkoleniowego Stoczni Gdynia. W stoczni, zaplanowano strajk, ale został on odwołany. Jednak dział szkoleniowy zastrajkował i wszyscy oni zostali zwolnieni ze pracy. W proteście Zwiercan i Adam Borowski weszli na komin stoczniowej elektrociepłowni. Wywiesili narodową flagę i transparent z napisem "Solidarność". Na tym kominie wisieli kilka godzin, w końcu naczelny dyrektor zagwarantował, że jak zejdą, przywróci ich do pracy. Tymczasem, gdy tylko stanęli na ziemi, od razu zostali zatrzymani i zawiezieni na Srebrzysko do szpitala psychiatrycznego.

Z zatrzymanymi chciał się spotkać dziennikarz radia BBC. Stegart przez lekarza laryngologa Franciszkiewicza ze stoczniowej przychodni załatwił kontakt z lekarzami z psychia-tryka. Wieczorem lekarze wprowadzili ich do szpitala i przez dwie noce dziennikarz przeprowadzał wywiady, bo tam "hospitalizowano" prawie cały dział szkoleniowy. W dzień lekarze ukryli ich w dyskretnym pomieszczeniu.

Ludzie byli życzliwi

Roman Stegart do dziś ma w dobrej pamięci życzliwość ludzi, dzięki którym było łatwiej znosić trudy konspiracji.
Ofiarnie gościła ich np. pielęgniarka Chudzicka, właścicielka mieszkania na Płycie Redłowskiej, gdzie była jedna z drukarń, chociaż sama miała ciężkie życie, bo musiała opiekować się chorym na alzheimera mężem.

Kiedyś, w przeddzień rocznicy Grudnia '70, gdy jeszcze była godzina milicyjna, Stegart wracał z nocnej akcji. Przy pomniku poświęconym Ofiarom Grudnia powkładali z kolegą ulotki i poprzyciskali je kamieniami.

Gdy już wracał do domu, zatrzymał go milicyjno-wojskowy patrol ZOMO. Miał książeczkę ubezpieczeniową wystawioną na fałszywe nazwisko, ale nie miał przepustki. Było to w pobliżu przystanku autobusowego. Zauważył wolno jadący autobus. W pewnym momencie pan Roman rozepchnął zaskoczonych funkcjonariuszy i pobiegł w kierunku autobusu. Autobus stanął, kierowca otworzył drzwi i błyskawiczne odjechał z panem Romanem, wysadził go przed przystankiem dworca.
- Jestem przekonany, że kierowca stracił pracę, a kto wie, może trafił do więzienia? Przecież łatwo było sprawdzić, kto tym kursem jechał. On mimo wszystko zaryzykował - wspomina.

Pamięta także życzliwość kierownika wydziału K2 .
W poniedziałek rano, 14 grudnia kierownik Mackiewicz zwołał spotkanie w największej hali, przyszło około tysiąca pracowników. Powiedział im, że jest pierwszy raz w takiej sytuacji i poprosił, żeby się wypowiedzieli i postanowili, co robić, oni odpowiedzieli, że będzie strajk. "No dobra, przyjąłem do wiadomości, że jest strajk, to wszystko" - przytacza słowa kierownika pan Roman.

***

W podziemiu Stegart działał do końca, aż do wyborów w 1989 roku.
- Od 1988 roku występowaliśmy już jawnie, tworzyliśmy komitety organizacyjne, podjęliśmy próbę rejestracji organizacji związkowej w sądzie - opowiada.

Obecnie Roman Stegart pracuje w Dziale Informacji Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ Solidarność.

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie