reklama

Jak już wreszcie znajdę pracę, będę z chęcią do niej wstawała

Ryszarda Wojciechowska
Bartek Brosz
To jest rynek: jest sprzedawca, kupiec i towar, który trzeba zaprezentować. Ale nikt nic nie musi. Sprawdziliśmy, jak gdański Urząd Pracy szkoli bezrobotnych w poszukiwaniu nowego zajęcia.

Kiedy przez kilka miesięcy szukałam pracy i nie mogłam jej znaleźć, pytałam siebie: co ze mną jest nie tak? Czułam poniżenie, strach i zmęczenie. Traciłam motywację do dalszego szukania. Teraz wiem, że to nie ze mną jest coś nie tak. Tylko rynek pracy się zmienia i trzeba za nim nadążać - mówi jedna z kobiet.

Ona, podobnie jak ponad dwadzieścia innych osób, uczestniczyła w szkoleniu dla bezrobotnych, które zorganizował gdański Urząd Pracy. To taki trening umiejętności osobistych, który uczy, jak skuteczniej szukać nowego zajęcia.

Potraktowano mnie jak gońca

Katarzyna jest energiczna, otwarta, zadbana. I jak mówi, potrzebowała tego szkolenia, także po to żeby bez wstydu móc wreszcie powiedzieć na głos: - Mam na imię Kasia, jestem bezrobotna i szukam pracy. Jeszcze rok temu zajmowała eksponowane stanowisko w jednym banków. Nie zwolniono jej. Raczej zmuszono do odejścia. Forma inna, ale boli tak samo.

Przez pierwsze tygodnie chodziła jak zaczadzona. Zryw nastąpił latem. Była zmęczona bankowością i zaczęła szukać czegoś w innej branży. Wpadła na pomysł, że każdego dnia wybierze sobie ulicę i obejdzie wszystkie firmy, które się na niej znajdują.

Wchodziła, pytała i jeśli ktoś chciał wysłuchać, opowiadała o swoich kwalifikacjach. Wyliczała znajomość finansów, umiejętność zarządzania ludźmi, łatwość w nawiązywaniu kontaktów, umiejętność motywowania ludzi i realizacji planów sprzedażowych. Nawet dysponowała własną bazą klientów. Zazwyczaj słyszała, że nie ma wolnych miejsc. Jedna firma, handlowa, wykazała zainteresowanie.

Kasia wolałaby o tym zapomnieć, bo podczas tej rozmowy mocno ja upokorzono.

- Potraktowano mnie jak gońca, jak dziewczynkę bez doświadczenia. Zaproponowano umowę-zlecenie i mniej niż tysiąc złotych miesięcznie na rękę. To był kij, który mocno poczułam. Marchewką miała być prowizja, jeśli na nią zasłużę. Zasięgnęłam języka u jednej z pracownic i okazało się, że na prowizję mało kto w tej firmie zasługuje - opowiada.

Co się wtedy z człowiekiem dzieje?
- Straszny zjazd - odpowiada krótko. I dodaje: - Dobrze, że to było lato.

Poddała się. W styczniu tego roku trafiła do Urzędu Pracy w Gdańsku. Szła, jak przyznaje, z uczuciem, że trafiają tu tylko najgorsi, nieudacznicy. Trochę się sama tego wstydziła. Co mi mogą zaoferować? - myślała. Pierwsze zaskoczenie - potraktowano ją jak człowieka. Zaproponowano też szkolenie. Co szkodzi? - pomyślała.

- Wie pani, że teraz po tym szkoleniu czuję, że mam power do szukania pracy. Nabrałam wiary w siebie. Kiedy szukałam wcześniej pracy, mocno obniżałam już własne wymagania. Ale teraz wiem, że jeżeli ja nie będę od siebie wymagała, to kto będzie?

Przyznaje, że niełatwo jest finansowo. Luty już pokazuje jej zęby. Ale wytrzyma. Bo czuje, że praca dla niej jest blisko.

Zabijać czas, żeby on nie zabił

35-letnia Ania ma za sobą kilkunastoletni staż w gastronomii. Była kierownikiem i menedżerem w restauracjach. Z ostatniej pracy zwolniła się sama przed dwoma miesiącami. Szefowa nie chciała podpisać umowy o pracę. A ona nie chciała pracować w nieskończoność na czarno. Można tak przez chwilę, ale nie przez całe życie.

- Tak mogą pracować studentki i pracują - mówi gorzko. To one "zabijają" gastronomię. Dorabiają za 2 tys. zł. Nie trzeba odprowadzać za nie składek do ZUS. I jest tak dużo chętnych na rynku, że szefowie mają w kim wybierać.

Wszyscy znajomi Ani wiedzą, że szuka pracy. Często wychodzi z domu, uprawia sport, uczy się angielskiego. - Staram się zabijać czas, żeby on nie zabił mnie - żartuje.

W ostatnim czasie sama szukała ofert pracy, już w innych branżach. I zwróciła uwagę na to, jak bardzo zmieniły się ostatnio rynek pracy, system rekrutacji i kwalifikacji. - Kiedyś było inaczej - opowiada. - Pytano o wykształcenie, przebieg pracy. A teraz?

Niedawno miałam taką przygodę - szukano asystentki lekarki w gabinecie odnowy biologicznej. Oferta wydała mi się ciekawa. Podczas rozmowy od niedoszłej szefowej już na początku usłyszałam: - Proszę opowiedzieć najbardziej zabawną sytuację, jaka się pani ostatnio zdarzyła. Zaniemówiłam. Pomyślałam tylko: A co ja miałabym tutaj robić? Rozśmieszać ludzi? Kolejne pytania też nie były lepsze, bo w stylu: co pani lubi, czego pani nie lubi?

Ania przyznaje, że nie jest łatwo na rynku pracy. Kiedy w internecie pojawiła się oferta dla recepcjonistki w salonie samochodowym, to w ciągu kilku godzin zainteresowało się nią 800 osób. - Najczęściej może pani trafić na propozycje pracy w call center, za 7 złotych na godzinę. Ale kto wytrzyma w takiej klatce ze słuchawką przy uchu cały dzień?

Dla niej szkolenie też było ciekawe. Nauczyła się, żeby bardzo starannie pisać CV i listy motywacyjne. Żeby do każdej oferty podchodzić osobno.

Okazja musi się spotkać ze szczęściem

Agnieszka jest osobą niezwykle zamkniętą. Nawet w grupie się nie otwiera. Przyznaje, że ma problem. Żyje w poczuciu, że bezrobocie to wstyd.

- Może to nie moja wina, ale wstyd mój własny - opowiada.

Kilka lat temu skończyła historię, specjalność dziedzictwo kulturowe. Po tym najczęściej szuka się pracy w muzeum. I Agnieszka szukała przez rok, we wszystkich muzeach Trójmiasta. Bezskutecznie. Dała więc sobie z tym spokój. Trafiła na staż do biura. Staż się skończył i podziękowano jej. Były też inne zajęcia, łącznie ze sprzątaniem. Ale nie rozgaduje się na ten temat. Dość powiedzieć, że pracę traciła często. Może nie ma szczęścia? Bo w przypadku pracy okazja musi się spotkać ze szczęściem. A może jest tak nieśmiała, że trudno jej się zareklamować?

- Najgorsze jest siedzenie w domu. Mieszkanie wysprzątane, obiad ugotowany. I tylko to natrętne pytanie - co dalej? Zaczęła nawet sama uczyć się języków obcych. Kupiła sobie zestawy do nauki od razu trzech języków.

Na razie na szkoleniu uczy się, jak odzyskać wiarę w siebie i w to, że znajdzie pracę.

Trzeba grać twarzą

Jola ma 42 lata i od pół roku jest bez pracy. Bardzo emocjonalna. Nawet teraz, kiedy opowiada o zwolnieniach grupowych w swojej firmie, ma mokre oczy. - Jestem chyba jedyną osobą na tym szkoleniu, która tak często daje upust żalowi - mówi to jednak z uśmiechem. I dodaje, że musi popracować nad mimiką twarzy. Nad tym, żeby się nie rozklejać. Dlatego na tym szkoleniu bardzo jej się podobały zajęcia z aktorem. Zobaczyłam, że podczas rozmowy można grać twarzą i nawet można się tego nauczyć. Będzie trenowała przed lustrem - obiecuje sobie.

Joli dlatego jest tak ciężko, że pracowała bez przerwy od skończenia szkoły, w usługach. Nigdy wcześniej nie traciła pracy. Kiedy usłyszała o zbiorowych zwolnieniach, do ostatniej chwili miała nadzieję, że może dla niej coś znajdą. Należała do wzorowych pracowników, chwalonych.

- A potem, to jak ze wszystkimi, straciłam pracę i wiarę w siebie.

Jola wspomina, że przez pierwsze tygodnie po zwolnieniu czuła się jak na urlopie. Do załatwienia było dużo spraw. I nawet na początku czuła ulgę, że teraz ma na wszystko czas. Na początku miała też nadzieję, że znajdzie pracę. Ale życie pisze swój scenariusz. Dla niej najgorsze jest to, że nie dostawała żadnych odpowiedzi na wysyłane przez nią CV. Nie wie, czy dotarły do firmy, czy dobrze napisała.

Na kilkadziesiąt wysłanych aplikacji tylko raz jej odpowiedziano. Usłyszała, że tym razem nie spełnia oczekiwań, ale dokumenty zostaną w bazie danych i jeśli się znajdzie jakieś odpowiednie stanowisko, to dadzą znać. Taka mała rzecz, a od razu ustawia człowieka inaczej. Bo kiedy nie masz odzewu, to czujesz się tak, jakby cię razem z tymi dokumentami wyrzucili do kosza.

To szkolenie jest też dla niej taką psychoterapią łączoną z nauką. Już wie, co chciałaby robić i jak walczyć o siebie.
- Nieważne, czy będę szukała pracy przez następne pół roku, czy przez rok. Ważne, że jak ją znajdę, to będę z chęcią do niej rano wstawała.

Nikt nic nie musi

Sylwia Dymnicka-Iwaniuk, koordynator centrum rozwoju osobistego w gdańskim Urzędzie Pracy, tłumaczy, że te szkolenia pokazują bezrobotnym, iż mają szanse na zatrudnienie.

- Takie spotkania z różnymi fachowcami pozwalają się zastanowić nad tym, jacy jesteśmy. Łatwiej nam będzie poruszać się po rynku pracy, jeśli lepiej poznamy siebie i swoje umiejętności - tłumaczy.

Jej zdaniem, na Zachodzie wizyta u psychoterapeuty jest czymś oczywistym, podobnie jak treningi rozwoju osobistego. W Polsce to jeszcze cały czas raczkująca historia. Podczas tych szkoleń są więc ćwiczenia, które wzmacniają poczucie własnej wartości, pozwalają odkryć swoje mocne strony. Uczą, jak się pozbywać różnych barier psychicznych. Bo człowiek, który idzie do pracodawcy, musi być pewny tego, że jest dobrym materiałem na pracownika.

- Każdy z nas musi być przygotowany na to, że utrata pracy i szukanie następnej może się nam wszystkim zdarzyć. I takiej straty nie należy traktować w kategoriach upokorzenia. Bo tak wygląda rynek, że jedna osoba szuka nowego zajęcia przez miesiąc, druga przez cztery miesiące, a kolejna jeszcze dłużej. Ludzie mają różne osobowości. Jeden wykupi billboard i ogłosi na nim, że szuka zajęcia, a inny będzie siedzieć w domu, ukrywając swoje emocje przed najbliższą rodziną. Ale ja każdemu, kto się u nas rejestruje, mówię, że mamy tu też zarejestrowanych prawnika, lekarza i panią sprzątającą. Że każdy z nas szukał albo będzie szukać pracy. I że każdy z nas powinien mieć tyle siły, żeby patrząc sobie prosto w oczy, powiedzieć: - To normalna sytuacja, że muszę się przekwalifikować.

Jak mówi urzędniczka, podczas szkolenia wyszło na jaw nasze stare przyzwyczajenie, że piszemy jedno CV i wysyłamy je wszędzie. Nie zwracając uwagi na to, że każda oferta pracy niesie za sobą inne wymagania. I że pracodawca szuka właśnie tych kwalifikacji, a nie innych. I jeśli tego nie ma w CV, to się nie odzywa.

- Uczymy więc tego, żeby każdy był świadomy, że to jest rynek. Że jest sprzedawca i kupiec, a także towar, który trzeba zaprezentować. Bo my cały czas żyjemy w przekonaniu, że musimy zdobyć pracę i ktoś musi nas przyjąć. Ale teraz nikt nic nie musi - kończy.

r.wojciechowska@prasa.gda.pl

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Nie o "szanse" i o "możliwości" chodzi, bo to nie gra losowa, tylko o to jaki procent osób po tych szkoleniach otrzymuje umowę o pracę, pracuje przynajmniej rok, a jego wynagrodzenie umożliwia mu swobodną egzystencję. Inaczej ta pomoc jest tylko i wyłącznie: rozbudzaniem niepotrzebnych nadziei, stratą czasu i pieniędzy.
Do sprzedaży zaś nadaje się zaledwie kilka %, więc już ten fakt wskazuje, że ponad 90% skazanych jest na porażkę. Ale o tym się nie mówi i nie pisze, bo tajemnicą Poliszynela jest, że im więcej osób zapisze się na takie szkolenie, tym więcej pieniędzy zostanie na takie szkolenie przeznaczonych. Biznes się kręci, a bezrobotnych jest coraz więcej...

A
Alicja

Z artykułu wynika, że żadna z tych pań pracy nadal nie ma, czyli te szkolenia są nieskuteczne.

Dodaj ogłoszenie