IPN wydał książkę pt. „Zapomniani dygnitarze". Kim byli pierwsi sekretarze KW PPR i PZPR w Gdańsku?

Piotr Brzeziński
Tadeusz Bejm był pierwszym szefem gdańskiej partii, wybranym spośród miejscowych działaczy, a nie przywiezionym "w teczce" IPN
Gdański IPN wydał książkę "Zapomniani dygnitarze. Pierwsi sekretarze Komitetu Wojewódzkiego PPR/PZPR w Gdańsku w latach 1945-1990. Szkice biograficzne". W piątek, 31 stycznia o godz. 18 w hotelu Scandic w Gdańsku (ul. Podwale Grodzkie 9) odbędzie się spotkanie z autorem Piotrem Brzezińskim, podczas którego będzie można kupić książkę w promocyjnej cenie. Od lutego będzie ją też można nabyć w siedzibie gdańskiego oddziału IPN przy ulicy Polanki 124.

Po Grudniu '70 w PRL doszło do kolejnego przetasowania na szczytach komunistycznej władzy. Skompromitowanego Władysława Gomułkę zastąpił Edward Gierek. Fala zmian kadrowych przetoczyła się przez cały kraj. "Co drugi dzień wywalają jakiegoś sekretarza wojewódzkiego - zanotował w swoich dziennikach Stefan Kisielewski. - Wszystko dzieje się oczywiście po cichu, tajnie - jak przystało na komunistyczną demokrację". W stolicy pojawiło się nawet powiedzenie: "Nadjeżdża ekspres z Katowic, proszę odsunąć się od stanowisk". W 1971 r. do zmiany partyjnego sekretarza doszło także w Gdańsku.

Prawie gdańszczanin: Tadeusz Bejm

Po raz pierwszy w historii szefem gdańskiej PZPR mianowano lokalnego działacza. Miał to być wyraz nowej polityki władz centralnych, które zaprzestały przysyłania na Wybrzeże sekretarzy "w teczkach". Tadeusz Bejm (ur. 1929 r.) nie był jednak rodowitym gdańszczaninem. Pochodził spod Częstochowy i jako kilkuletni chłopiec przeprowadził się do Gdyni. Jego ojciec pracował w stoczni jako cieśla. Po wybuchu II wojny światowej Niemcy wyrzucili Bejmów z mieszkania i - podobnie jak tysiące innych gdynian - wysiedlili ich z Pomorza. Kolejne lata spędził na Śląsku. Po wojnie wstąpił do ZMP, skończył szkołę zawodową i zatrudnił się jako pracownik biurowy w Centralnym Zarządzie Przemysłu Mięsnego w Katowicach (1949 r.).

Przełomem w jego życiu była trzyletnia służba wojskowa w Marynarce Wojennej (1950-53). Bynajmniej nie dlatego, że ponownie znalazł się na Wybrzeżu. Z zachowanych dokumentów wynika, że został niemal natychmiast zwerbowany do współpracy agenturalnej przez Główny Zarząd Informacji Wojska Polskiego. W kartotekach MON zanotowano, że zdecydował się na nią "dobrowolnie", "pracował dość dobrze" i był "zdyscyplinowany". W międzyczasie wstąpił w szeregi PZPR (1953 r.), a po powrocie do cywila został zarejestrowany jako tajny współpracownik Urzędu Bezpieczeństwa (1954 r.). Z uwagi na spustoszenia dokonane w archiwach bezpieki trudno powiedzieć coś więcej na temat jego współpracy z Informacją Wojskową i UB. Wydaje się jednak nieprzypadkowe, że mimo młodego wieku i braku doświadczenia zaraz po wyjściu z wojska powierzono mu funkcję zastępcy kapitana ds. politycznych na jednym ze statków należących do Morskiego Przedsiębiorstwa Handlowego (1954 r.).

Kariera Bejma nabrała rozpędu w końcu lat pięćdziesiątych. Początkowo pełnił funkcję sekretarza w Komitecie Dzielnicowym PZPR Gdańsk-Portowa (1958-59), a następnie sekretarza propagandy w Komitecie Miejskim PZPR w Gdańsku (1959-63). Ukończył też Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Sopocie (1968 r.). Za sprawą Jana Ptasińskiego awansował na przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Gdańsku (1963-69). Z kolei Stanisław Kociołek przeforsował jego kandydaturę na stanowisko przewodniczącego Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Gdańsku (1969-72). Byli współpracownicy wspominają go jako rzutkiego i energicznego działacza, choć pracującego dość chaotycznie.

Na początku lat siedemdziesiątych Tadeusz Bejm był jednym z czołowych działaczy gdańskiej PZPR. Choć to nie on podjął decyzję o strzelaniu do robotników w grudniu 1970 r., obciąża go fakt, że nie sprzeciwił się tej fatalnej decyzji i milcząco ją zaakceptował. Jako przewodniczący PWRN i szef Wojewódzkiego Komitetu Obrony Kraju brał też aktywny udział w pracach Wojewódzkiego Stanowiska Kierowania, zorganizowanego w Komendzie Wojewódzkiej MO. Odegrał również niechlubną rolę w zacieraniu śladów grudniowej masakry. Według relacji opublikowanej przez Henryka Kulę, już nazajutrz po gdyńskim "czarnym czwartku", Bejm przekazał swoim podwładnym dyspozycję mówiącą, że z polecenia Zenona Kliszki należy natychmiast rozpocząć grzebanie zabitych. Szokowało zawarte w niej stwierdzenie, że pochówki mają odbywać się "skrycie na cmentarzach, pod płotami, wyrównując ziemię". Przewodniczący PWRN starał się też - całkowicie bezskutecznie - skłonić gdańskich duchownych do potępienia grudniowych manifestantów, a także - tym razem bardzo skutecznie - uczestniczył w przygotowaniach do słynnego spotkania Edwarda Gierka ze stoczniowcami w styczniu 1971 r.

Tadeusz Bejm cieszył się zaufaniem Gierka i kolejno awansował na stanowiska: pierwszego sekretarza KW PZPR w Gdańsku (1971-73), ministra administracji (1973-76) i ministra komunikacji (1976-77). Funkcje rządowe przerastały go. Jak wspomina Jan Ptasiński: "Nie nadawał się na ministra komunikacji, gdyż na kolei znał się tyle, że czasem jeździł pociągiem". Dość szybko przesunięto go na mniej eksponowane stanowisko wiceprzewodniczącego Najwyższej Izby Kontroli (1977-85). Zmarł w 1988 roku.

Okrakiem na barykadzie: Tadeusz Fiszbach

Pochodzi spod Lwowa. Urodził się w 1935 r. Jego ojciec był z zawodu mechanikiem, a matka nauczycielką. Gdy miał cztery lata, wybuchła II wojna światowa. Najpierw Niemcy zamknęli fabrykę, w której pracował jego ojciec, a potem ukraińscy nacjonaliści spalili gospodarstwo jego dziadka. Uciekając przed banderowcami, Fiszbachowie na zawsze opuścili rodzinne strony. Po wojnie przeprowadzili się do Kartuz. Tadeusz Fiszbach szybko wrósł w nowe środowisko i po maturze zatrudnił się w kartuskiej mleczarni jako referent ds. skupu. Następnie studiował w Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie (1953-57). Wstąpił też do ZMP i TPPR. Do PZPR zapisał się - jak wspomina - na fali październikowej odwilży. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych piął się coraz wyżej po szczeblach partyjnej kariery.

Przełomem był dla niego Grudzień '70, gdy - będąc już pierwszym sekretarzem Komitetu Powiatowego PZPR w Tczewie - wyszedł do strajkujących robotników i uspokoił sytuację w mieście. Zachował się zupełnie inaczej niż jego trójmiejscy współtowarzysze, którzy woleli skryć się przed manifestantami za szpalerem żołnierzy i milicjantów. Dostrzeżono to w KC i na początku 1971 r. przeniesiono go do Gdańska na stanowisko sekretarza ds. propagandy. W ciągu kilku kolejnych lat Fiszbach awansował na sekretarza ds. organizacyjnych (1974 r.) i pierwszego sekretarza KW PZPR w Gdańsku (1975 r.). Z perspektywy czasu wypada jednak stwierdzić, że dopiero Sierpień '80 pozwolił mu na dobre przejść do historii.

Czy otaczający go do dzisiaj nimb przyjaciela Solidarności jest prawdziwy? Z zachowanych dokumentów wyłania się obraz niezwykle inteligentnego, wytrawnego gracza politycznego, który postawił sobie za cel wkomponowanie Solidarności w ramy ustrojowe PRL oraz obronę "kierowniczej roli" PZPR. Na początku sierpniowego strajku Fiszbach starał się doprowadzić do jego szybkiego zakończenia i dopiero, gdy przekonał się o determinacji robotników, zmienił zdanie. "Zdajemy sobie sprawę, co może oznaczać zgoda na utworzenie wolnych związków - przekonywał kolegów z Biura Politycznego 26 sierpnia 1980 r. - ale wyczerpaliśmy już wszystkie środki. Podstawową sprawą dla kraju jest przerwanie strajku. Solidarność społeczeństwa ze strajkującymi jest pełna". Wypowiedź ta świadczyła nie tylko o odwadze Fiszbacha, lecz także o dobrym rozeznaniu sytuacji. Nie wszyscy członkowie władz partyjnych byli w tym czasie zwolennikami porozumienia ze strajkującymi. Z zachowanych dokumentów wynika jednak, że skłaniała go do takiego zachowania raczej chłodna kalkulacja niż szczere poparcie dla robotniczych postulatów. Z czasem Fiszbach znalazł się w trudnej sytuacji. Balansując między partią a Solidarnością, stąpał po kruchym lodzie, gdyż zyskując uznanie związkowców, automatycznie tracił posłuch w PZPR. Jego polityczne wpływy zaczęły gwałtownie maleć i już latem 1981 r. nie został nawet wybrany w skład Komitetu Centralnego. W powietrzu czuć było zbliżające się przesilenie.

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. Tadeusz Fiszbach dostał niespodziewane polecenie przekonania Lecha Wałęsy, aby zgodził się wyjechać do Warszawy. Do mieszkania Wałęsów pojechał w towarzystwie wojewody Jerzego Kołodziejskiego, lecz przewodniczący Solidarności ich nie przyjął. Po telefonicznej rozmowie z Mieczysławem Rakowskim przyjechali raz jeszcze i tym razem dopięli swego. Mimo to Wojciech Jaruzelski nie darzył go zaufaniem, a do jego odwołania nawoływali partyjni twardogłowi: gen. Mirosław Milewski, Stefan Olszowski i gen. Florian Siwicki. Dużą rolę odegrały też naciski Rosjan. Już 16 grudnia 1981 r. marszałek ZSRS Wiktor Kulikow powiedział Siwickiemu, że Fiszbach "rozkłada" gdańską partię i trzeba go usunąć ze stanowiska. Ostatecznie odwołano go 8 stycznia 1982 r. i wysłano do ambasady PRL w Helsinkach jako radcę ds. politycznych. Pracował w MSZ do końca lat osiemdziesiątych. Do wielkiej polityki powrócił na krótko po wyborach czerwcowych, kiedy to został wybrany na wicemarszałka sejmu kontraktowego.
Wbrew obiegowej opinii Tadeusz Fiszbach nie sprzeciwił się wprowadzeniu stanu wojennego i w gruncie rzeczy był jego realizatorem do momentu swojego odwołania. Legenda sygnatariusza porozumień sierpniowych, plotki o jego rzekomym internowaniu i odbywające się w atmosferze niedomówień odsunięcie ze stanowiska sprawiły jednak, że w oczach dużej części społeczeństwa zyskał opinię partyjnego liberała skrzywdzonego przez własnych towarzyszy. Jego biografia po roku 1989 to materiał na równie ciekawą, lecz zupełnie inną historię.

Wojenny sekretarz: Stanisław Bejger

Rocznik 1929. Pochodzi spod Wąbrzeźna. Jego ojciec był z zawodu kowalem. Dorastał w ubogiej, wielodzietnej rodzinie. Po wybuchu II wojny światowej i włączeniu Pomorza do III Rzeszy kontynuował naukę w niemieckiej szkole, w której zabronione było używanie języka polskiego. W obawie przed represjami ze strony niemieckich okupantów jego ojciec zdecydował się podpisać niemiecką listę narodowościową. Inaczej postąpił jeden z jego dalszych krewnych, Bronisław Kostkowski, został za odmowę przyjęcia volkslisty aresztowany przez gestapo i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie zmarł z wycieńczenia. Kostkowski był alumnem seminarium duchownego w Bydgoszczy. W 1999 r. został za swoje męczeństwo beatyfikowany przez papieża Jana Pawła II, a kilka lat później władze Słupska ustanowiły go patronem swojego miasta.

Po wojnie ojciec Stanisława Bejgera został zrehabilitowany i otrzymał w ramach reformy rolnej kilkuhektarowe gospodarstwo. On sam zaś wyjechał do Gdańska, skończył szkołę średnią, wstąpił do PPR i zatrudnił się w rozgłośni Polskiego Radia. Potem skończył studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Sopocie i na długie lata związał się zawodowo z Polskimi Liniami Oceanicznymi. W sumie przepracował w PLO niemal dwadzieścia lat, pełniąc między innymi w latach 1966-76 funkcję dyrektora naczelnego tego ważnego przedsiębiorstwa. W latach sześćdziesiątych był także wicekonsulem PRL w Aleksandrii, a w latach 1981-82 ministrem w Urzędzie Gospodarki Morskiej. Tak błyskotliwa kariera miała jednak wysoką cenę. Z zachowanych dokumentów wynika, że od lat sześćdziesiątych Bejger był zarejestrowany jako współpracownik Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, czyli peerelowskiego wywiadu wojskowego. Fakt ten zadaje kłam popularnej tezie, jakoby członkowie PZPR z zasady nie byli rejestrowani w charakterze agentów służb specjalnych PRL. Zachowała się kompletna teczka zawierająca między innymi zdjęcia i charakterystyki Bejgera, a także jego zobowiązanie do współpracy. Z dokumentów wynika, że współpraca trwała do początku lat osiemdziesiątych.

Niewykluczone, że właśnie dlatego sięgnięto po niego po wprowadzeniu stanu wojennego, gdy Wojciech Jaruzelski postanowił zastąpić - zbyt chwiejnego w jego ocenie - Tadeusza Fiszbacha bardziej "sprawdzonym towarzyszem". Stanisław Bejger kierował gdańskim KW PZPR w latach 1982-88 i dał się poznać jako zwolennik stanu wojennego oraz twardy przeciwnik Solidarności. W oczach niektórych współtowarzyszy uchodził jednak za człowieka nie dorastającego do tak ważnego stanowiska. Jak zanotował w swoich dziennikach Mieczysław Rakowski: "Wojciech popełnił istotny błąd polityczny, kierując go do Gdańska. Trzeba było posłać tam, do matecznika Solidarności, człowieka niezwykle inteligentnego, sprawnego, doświadczonego polityka. W rezultacie tamtejsze kierownictwo partyjne dostało się w ręce partyjnej ciemnoty". Faktycznie można wręcz mówić, że po wprowadzeniu stanu wojennego w gdańskim KW PZPR doszło do prawdziwego wojskowo-milicyjnego desantu, a przedstawiciele "resortów siłowych" przejęli szereg kluczowych stanowisk. W ślad za zmianą pierwszego sekretarza w partii dokonano prawdziwej czystki, wymieniając obsadę 70 proc. stanowisk w Komitecie Wojewódzkim PZPR, 60 proc. w komitetach dzielnicowych, 40 proc. w komitetach zakładowych, 30 proc. w komitetach gminnych i 25 proc. w komitetach miejskich. Odtąd w partii mieli pozostać tylko ideowi komuniści. Mimo to Bejgerowi nie udało się reanimować dogorywającej PZPR, a kolejna fala strajków z maja 1988 r. sprawiła, że jego przełożeni stracili do niego zaufanie. Latem 1988 r. został skierowany na placówkę dyplomatyczną do Austrii. Z funkcji ambasadora odwołał go w 1990 r. Krzysztof Skubiszewski. Od tej pory całkowicie wycofał się z życia politycznego.

Ostatni z pierwszych: Marek Hołdakowski

Urodził się w Warszawie w 1938 r. w rodzinie typowo inteligenckiej. Jego rodzice byli nauczycielami. W czasie II wojny światowej ojciec Hołdakowskiego został aresztowany przez Niemców i trafił do Auschwitz, a następnie do obozu koncentracyjnego w Oranienburgu, gdzie zmarł, nie doczekawszy wyzwolenia. W tym czasie jego żona i dwaj małoletni synowie przeprowadzili się na wieś w okolice Ostrowii Mazowieckiej. Mimo trudnej sytuacji materialnej Marek Hołdakowski zdołał skończyć szkołę średnią i dostał się na Uniwersytet Warszawski (1954 r.). W podaniu do władz uczelni pisał: "Chciałbym bardzo studiować na UW, by w przyszłości stać się w pełni pożytecznym obywatelem, godnym synem Polski Ludowej". Choć był już wtedy zdeklarowanym komunistą i aktywistą ZMP, to do partii wstąpił dopiero w 1964 r. Studia na UW nie szły mu łatwo. Dwukrotnie repetował i zaliczył kilka poprawek, a w pewnym momencie o mały włos nie został relegowany z uczelni. Mimo iż zdobył w końcu absolutorium, nie udało mu się w terminie napisać pracy magisterskiej i przeniósł się do Szkoły Głównej Planowania i Statystki w Warszawie. Jak wspominał studiujący wtedy na SGPiS Józef Oleksy: "Uczelnia była uważana za czerwoną, upartyjnioną, lojalistyczną wobec władzy. I tak było". To właśnie tu Hołdakowski zdobył w końcu tytuł magistra ekonomii (1969 r.). Nim trafił na Wybrzeże, przez długie lata pracował w stołecznej administracji oraz w KC PZPR.

Do Gdańska przybył latem 1988 r. Starym zwyczajem został przywieziony "w teczce", lecz wybrano go w niemal demokratycznym głosowaniu, gdyż po raz pierwszy w historii gdańskiego KW o fotel pierwszego sekretarza ubiegało się aż dwóch kandydatów! Hołdakowski pokonał wówczas reprezentującego słupską organizację partyjną Zygmunta Czarzastego. Nowy sekretarz nie zdążył nawet porządnie rozpakować się w swoim nowym gabinecie, gdy w sierpniu 1988 r. na Wybrzeżu doszło do kolejnej fali strajków. "Jesteśmy stolicą opozycji, dźwigamy ciężar walki" - zagrzewał swoich współpracowników Hołdakowski, dodając z powagą: "Mamy przed sobą drogę wielkiego płaczu albo wielkiego zrywu". Już wkrótce miało się okazać, że komuniści zmuszeni zostaną pójść na ustępstwa wobec podziemnej Solidarności i przystąpić do rozmów przy okrągłym stole, których rezultatem były przegrane przez nich wybory z czerwca 1989 r. i rozwiązanie PZPR w styczniu 1990 r. Hołdakowski kierował gdańskim KW przez półtora roku. Jego sekretarzowanie przypadło na okres postępującego rozkładu struktur partii komunistycznej, a on sam był już wtedy ciężko chory. Dawni współpracownicy wspominają go jako człowieka sympatycznego i inteligentnego, lecz pozbawionego charyzmy. Pogarszający się stan zdrowia sprawił, że w końcu 1989 r. przestał w ogóle pojawiać się w gdańskim komitecie i nie odegrał żadnej roli politycznej po rozwiązaniu PZPR. Zmarł w 1991 r. Marek Hołdakowski jest dziś na Wybrzeżu postacią zupełnie zapomnianą, wspominaną wyłącznie przez swoich byłych współtowarzyszy.
opinie@prasa.gda.pl

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

K
Kacyk

Jacy dignitarze? żadeń nie miał ochrony osobistej, a Jarek ma .

p
papa

Ryszard stachrski wojewoda pomorski z Po podzielił się wspomnieniami w książce?

Dodaj ogłoszenie