Igor Michalski: Miejsce artysty jest w bufecie ROZMOWA

Gabriela Pewińska
Igor Michalski. Lubi lato na Kaszubach, śledzie,  jajecznicę w teatralnym bufecie, bułeczkę  z serem. I zieloną herbatę...
Igor Michalski. Lubi lato na Kaszubach, śledzie, jajecznicę w teatralnym bufecie, bułeczkę z serem. I zieloną herbatę... archiwum prywatne
O tym jak zamienił andruty kaliskie na gdyńskie śledzie, o aresztowaniu Lucyny Legut, miłości i wodzie z mydłem mówi dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni Igor Michalski.

Menu dyrektorskie... Kawa i papierosy?
Nie kawa, a herbata. Zielona do tego.

Nudy...
Jak nie zjem w domu śniadania, to w teatralnym bufecie biorę jajecznicę na maśle, do tego bułeczka z serem. Lub grzanka.
Na pewno dietetyczna. Jak w przedszkolu.

A potem dopiero kawa. Bez papierosa.
Przed wojną dyrektorzy teatrów jadali w eleganckich restauracjach. Te przyjęcia, te bankiety, żyrandole i zastawy...
Dziś nie ma czasu na bankiety. Pozostaje domowe jedzenie. Albo bufetowe. Bardzo dobre zresztą. Jakość jedzenia nie zależy od wystroju wnętrz, ale od kucharza. Dobry kucharz może być też w skromnym bufecie teatralnym.

Czytaj także: Igor Michalski dyrektorem Teatru Muzycznego w Gdyni [SYLWETKA]

Dyrektorowanie w teatrze kaliskim zamienił Pan na szefowanie teatrem gdyńskim. To jakby zamienić andruty kaliskie na gdyńskie śledzie. W sensie kulinarnym, rzecz jasna.
Uwielbiam śledzie!

Bardzo dyplomatycznie powiedziane...
Śledzie to podstawa mojej diety. Ale śledzie nie ze sklepu, tylko z beczki. Sam je moczę w mleku, sam je obieram, nikogo do moczenia nie dopuszczam. Mam nawet specjalne szczypce do wyciągania ości.

Pan się zna na jedzeniu?

Każdy się zna.

Każdy je. Andruty kaliskie też Pan lubił? Wysławia je pod niebiosa zdobywca Oscara, kompozytor Jan A.P. Kaczmarek. To poezja jego dzieciństwa. Mówił: - Delikatność andruta kaliskiego była kiedyś nie do pobicia!
Bardzo smaczne. Woziłem je do Gdańska dla przyjaciół.

Teatr ma coś wspólnego z jedzeniem?
Jest to niewątpliwie potrawa dla ducha. A potrawa dla ducha, żeby była smaczna, musi być dobrze przygotowana. Zasada jest jedna: ta potrawa musi być świeża. Jeśli świeża nie będzie nikt nie przyjdzie, żeby ją zjeść. W teatrze trzeba zatem przygotowywać takie dania, żeby dużo ludzi chciało się tu stołować. Należy zatem zatrudniać jak najlepszych "kucharzy", "piękne kelnerki" i "znających się na rzeczy sommelierów". Ale o alkoholu nie będziemy mówić, bo w teatrze jest zakaz picia alkoholu.

Od kiedy?
O, proszę pani, w teatrze ostatnio wiele się zmieniło. Nawet pani nie zdaje sobie sprawy...

Z trzydzieści lat temu w Pana macierzystym Teatrze Wybrzeże taki zakaz nie obowiązywał.
Proszę pani, w latach 70. była wolność! Jeżeli chodzi o alkohol, to był to kraj...

Mlekiem i miodem płynący?
Kiedy aktor w bufecie zamawiał mocną herbatę, było wiadomo, że będzie to herbata ze spirytusem.

Iwaszkiewicz w liście do Wajdy pisał w 1972 roku: "Cieszę się, że Pan ma dobre doświadczenia z aktorami radzieckimi, może by tak można było solidność ich roboty (...) przenieść na nasze stosunki? U nas tylko chlają wódę i tyją, aktor w trzydziestu latach ma brzuch jak krowa". A nie tak dawno jeden znawca tematu powiedział, że w Wybrzeżu tyle pili... z rozpaczy. Z rozpaczy nad ustrojem, w którym wtedy żyli, rzecz jasna.
Może i się smucili, ale przede wszystkim cieszyli się ze wspólnego biesiadowania. Nie da się żyć bez drugiego człowieka. Przynajmniej wtedy się nie dało.

Na Pana miały wpływ dwie ważne w tym teatrze osoby - królowie biesiad, Pana ojciec Stanisław Michalski i przyjaciółka - Lucyna Legut. Pod względem imprezowania funkcjonował Pan, by tak rzec - między młotem, a kowadłem, a teraz z zieloną herbatą Pan wyjeżdża...

Swego czasu, nie powiem, też brylowałem. Choć może nie aż tak intensywnie... Ojciec i Lucyna byli zupełnie inni. Mieli inne spojrzenie na świat. Spokojne. Z dystansem. Niewiele mogło ich zaskoczyć. Wiedzieli wszystko o życiu, także to, że już pierwszy raz się nie zakochają...

Ale to ostatnia miłość jest najważniejsza. Tak mówią poeci.
Każda jest ważna. Poza tym miłość to pojęcie niemierzalne. Bo jak? Czym?

Strasznie Pan filozofuje. I do tego taki porządny. Lucyna Legut umarłaby po raz drugi. Ze śmiechu. Uważała, że życie teatralne składało się wyłącznie z bankietów. Piło się tęgo, zagryzając kiszonym ogórkiem. Gdy utrudziło się w tańcu stopy, moczyło się je, dla ulgi, w rondelku, w którym bufetowa teatralna Michasia odgrzewała parówki. Piło się wtedy "talerzówkę" czyli specjalnie przygotowany bimber, trzeba było czekać, aż skroplony skapnie z talerza. Trzeźwieć chodziło się na molo...
Niby wesoło, ale i Lucynie, i ojcu było w życiu z paru powodów smutno. Lucyna... Czy była szczęśliwa?

Żyła jakby była.
Może przyjaźń, malowanie obrazów, teatr, komputer, oglądanie na okrągło TVN24 - wystarczyło? Może... Szczęście też jest niemierzalne. Z życiem jest jak z jedzeniem. Każdy chce dobrze zjeść. Każdy chce przeżyć życie "palce lizać". Trzeba sobie samemu dobrze to życie ulepić...

Jak pierogi?
Niektórzy nie umieją lepić, choć przekonani są, że tak właśnie trzeba, że znaleźli dobrą recepturę. Człowiek czasem nie jest świadom swej próżności.

Próżny to był pewien znany reżyser. Odwiedziła go, a było to dobrych parę lat temu, dwójka tancerzy. Wchodzą do kuchni, a tam gospodarz wrzuca sałatę, dopiero co umytą, do plastikowego pojemnika, przekręca wajchę i wyjmuje ... suchą! Tancerze w szoku! Jeszcze wtedy nie było w Polsce suszarek do sałaty. Ponoć reżyser długo jeszcze patrzył na tę dwójkę nieobytych z pogardą... Pełen snobizm!
Ja dostałem niedawno w prezencie od przyjaciół młynek do pieprzu. O tyle niezwykły, że by zmielił pieprz, wystarczy go odwrócić.

Jak klepsydrę? Kiedy Pana ojciec był dyrektorem Teatru Wybrzeże, to gdzie się stołował?
To nie były czasy suszarek do sałaty. Jadało się w bufecie teatralnym.

Ten bufet działał całodobowo? Jak słucham o nim opowieści, wciąż się zastanawiam, kiedy aktorzy grali, skoro na okrągło przesiadywali w bufecie!
Czasami to, co tam się działo, było ciekawsze niż to, co rozgrywało się na scenie... Najpiękniejsze miejsce na świecie! Zresztą w sztuce "Niewinni winowajcy" Ostrowskiego pada zdanie: "Miejsce artysty jest w bufecie". Wysiadywałem tam jako aktorskie dziecko od małego. Bufet ewoluował, niestety. Kiedyś jadało się tam i pijało w strasznym dymie, bo wszyscy palili papierosy. Grało się w kości, w brydża, na okrągło oglądało telewizję. Dziś - sterylność, cisza, spokój. No i nie ma alkoholu.

W dawnych czasach wielcy aktorzy testowali "głowy" aktorów początkujących. Taki Zelwerowicz. Mocno zakrapiana impreza kończyła się u mistrza o piątej nad ranem. A o dziesiątej próba w teatrze! Z zegarkiem w ręku czekał na delikwentów na scenie... Marny był los tego, który się nie stawił trzeźwy i gotowy do pracy...
W Wybrzeżu tak "egzaminował" młodych dyrektor Jerzy Goliński. Nie pomogły żadne tłumaczenia: - Ależ panie dyrektorze, myśmy przecież pili do rana... Jest piękna anegdota, jak to Kreczmar wraz ze słynnym dyrektorem Wybrzeża Stulkiem Hebanowskim przyszli, lekko skacowani, na próbę. Akurat ćwiczył swoją kwestię jeden z aktorów. Kreczmar, który nie znał zespołu mówi do Hebanowskiego: - A ten, kto to jest?! Strasznie niedobry aktor! Stulek nachyla się: - Słuchaj, on jest pijany. Na to Kreczmar: - A, to przepraszam...

W tych zakrapianych anegdotach brylował Pana ojciec...
Lubię zwłaszcza tę, jak to Maklakiewicz przyszedł do teatru na podwójnym gazie. Dyrektorzy Goliński i Biliczak dopadli go we foyer i powiedzieli, że niestety, ale jest w stanie takim, że nie będzie grał przedstawienia. Maklakiewicz oczywiście prychnął tylko na to ich gadanie i wyparł się wszystkiego. No, Goliński postanowił jednak ostro mu przemówić do rozumu, a Biliczak tylko mu wtórował. Rzecz się miała tak. Golo do Maklaka: - No przecież jesteś pijany w cztery dupy, schlałeś się i tyle! Dyrektor Biliczak: - Pan dyrektor Goliński ma rację... Maklak: - No taaak, wiedziałem! Ty, Golo, to jesteś Orland Szalony! A pan, panie dyrektorze Biliczak jesteś... (tu padło bardzo niecenzuralne słowo, którego cytować nie będziemy)... Biliczak zbladł i powiedział: - Panie Maklakiewicz, pan nie jest znowu tak bardzo pijany...

Sporo do powiedzenia miała w tym temacie także Lucyna Legut.
Kiedyś wracaliśmy z jakiejś imprezki. Śnieg był ogromny, chyba końcówka stanu wojennego. Patrzymy - stoi duży milicyjny samochód. Lucyna chciała koniecznie się doń władować. Krzyczała, że jest obywatelką tego kraju, więc chce zostać aresztowana! Że jako płacąca podatki ma do tego pełne prawo! Panowie milicjanci łaskawie wpuścili nas do środka, chwilę pogadaliśmy, nagle jeden z nich spytał: - Znacie państwo (i tu padło nazwisko aktora, którego Lucyna nie znosiła). Jak je usłyszała, zerwała się i z pogardą rzekła: Igor! Wychodzimy! Tyle wyszło z tego całego aresztowania. O alkoholu długo by mówić, bo był to taki czas. Ale się skończył.

Skończył?
Kiedyś budzę się w nocy, w domu, z potwornym pragnieniem. Patrzę, na stoliku - mleko. No to buch go, duszkiem. Okazało się, że to była woda z mydłem, w której moczyła paznokcie moja żona... (śmiech). Dramat! Mydło - pycha! Na kaca idealne!

O tym jak zamienił andruty kaliskie na gdyńskie śledzie, o aresztowaniu Lucyny Legut, miłości i wodzie z mydłem mówi dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni Igor Michalski

g.pewinska@prasa.gda.pl

Treści, za które warto zapłacić!
REPORTAŻE, WYWIADY, CIEKAWOSTKI


Zobacz nasze Magazyny: REJSY, HISTORIA, NA WEEKEND

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie