Idolowi najtrudniej z żoną. Wywiad z Markiem Piekarczykiem

Gabriela Pewińska
Marek Piekarczyk
Marek Piekarczyk K.Misztal
Z Markiem Piekarczykiem, wokalistą zespołu TSA, odtwórcą głównej roli męskiej w spektaklu "Klenczon" - rozmawia Gabriela Pewińska

W sobotę premiera spektaklu "Klenczon" w Sopocie. Zaśpiewasz w nim. Coś masz wspólnego z Klenczonem?
Na mojej ostatniej płycie "Źródło" znalazła się piosenka "Nie przejdziemy do historii". Ostrzegano mnie, bym tego nie nagrywał, bo tam, w oryginale, jest to straszne, czerwonogitarowe "ymc, ymc, ymc, ymc", taki obrzydliwy rytm dancingowy, którego nie cierpię. No, ale tekst jest niesamowity! To skarga rockendrollowca! Krzysiek... Był wieloznaczny jak dziewiętnastowieczny obraz, który ma kilka warstw i nie wiadomo, która najcenniejsza. Dzięki tej piosence odkryłem tę jego słowiańskość, tę melancholię, ten smutek. Nie był nigdy jakimś wielkim wokalistą, nie popisywał się, tak jak ja się czasem popisuję, był wyrazisty. Był "klenczonowa- ty". Był sobą. Może nie modliłem się do niego, ale teraz jak o nim myślę, to mi się czasem chce płakać… Oszukany przez życie człowiek! Myślę, że miał w sobie tęsknotę, bo - choć otaczały go setki kobiet - chyba nie czuł się kochany... Kto ma to rozumieć lepiej niż ja? Gdybym był na dodatek tak przystojny jak on, siedziałoby wokół mnie teraz z szesnaście panienek!

Czytaj także: Sopot: Premiera spektaklu "Klenczon" na Scenie Off de Bicz

No, chyba nie możesz narzekać...
Ale ja też kiedyś tęskniłem za miłością! Teraz żyję w szczęśliwym małżeństwie, mam piękną żonę. Świetnego synka. Tym bardziej rozumiem, co czuł Krzysztof, poświęcając wszystko dla życia, które nie było tego warte. Myślę, że jego amerykańskie wnuki w ogóle nie wiedzą, kim był! Zapomniany idol. Trzeba być Polakiem, żeby przekonać się, jak trudno jest żyć?

Spektakl jest o tym, jak był widziany oczyma kobiety, którą kochał, żony, Bibi.
Myślę, że ta sztuka to jest kajanie się kobiety. Uważam tak, choć jestem po stronie kobiet, choć przyjaźnię się z kobietami. Ale bywam też wobec nich okrutny, bo wiem, że są mądrzejsze od mężczyzn, którzy są bezradni i naiwni. A że są czasem brutalni? To ich tylko broni przed tym, co robią z nimi kobiety.

Czują się wobec kobiet bezbronni?
Bezbronni całkowicie! Ja już nie jestem bezbronny. Skończyłem 60 lat...

To żaden argument.
(śmiech). Ale już mnie tak bezkarnie atakować nie można. Myślę, że ten spektakl to może być spowiedź Bibi. Z największego grzechu, jaki popełniła w życiu. Chyba była typem księżniczki... Obrażała się, jak dziewuchy kiedyś. Teraz już im przeszło, bo jest ich za dużo. Teraz zwykle są agresywne. Ale kiedyś dąsały się niesamowicie! Moja była żona wciąż się dąsała. Z braku czułości mężczyzna strasznie cierpi. Potrafi zapierniczać od rana do nocy, góry przesunie, lodowiec przeciągnie, ale...

...trzeba go przytulić.
Trzeba mu powiedzieć: Kochany, jaki ty jesteś wspaniały! Uwielbiam Cię! Trzeba mu to powiedzieć choć raz w życiu! Tak, żeby go przekonać, bo inaczej nie uwierzy. Jest podejrzliwy jak pies, który dostał tyle kopniaków, że boi się głaskania. A szczególnie nie uwierzy w to idol! Facet, z którym setki kobiet chcą mieć dziecko. Wyobraźmy sobie człowieka, któremu wiele kobiet mówi, że go uwielbia. Jaki on jest podejrzliwy! Bo mówią mu to wszystkie, oprócz tej jednej! W jaki sposób ona powinna mu okazać swą miłość, by po tych wszystkich pochlebstwach, które po nim spływają nie zwariować? Poza tym, najtrudniej zdobyć własną żonę.

?
Żony są przeważnie nie do zdobycia. Mąż to taki ktoś, kto ma najwięcej kłopotów ze zdobyciem własnej żony... Całe nasze życie jest taką wielką komedią pomyłek. Najpierw jest cudownie, ludzie się pobierają, potem mężczyźni idą tyrać, a kobiety mają pretensje, że ci mężczyźni nie mają dla nich czasu. No i pojawiają się dzieci. Dom przestaje istnieć, jest tylko dziecko. Kobiety siebie zaniedbują, a mężczyźni się zaharowują, by spełniać kolejne zachcianki swoich żon, które z kolei wpadają w depresję, bo czują się samotne i niekochane. Ale jak nie ma miłości, to niech będzie chociaż samochód.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Dlaczego ożeniłeś się po raz drugi?
To kwestia okazania szacunku kobiecie, którą kocham. Nie ożeniłem się dla siebie. Na co mi to? Od kiedy spotkałem Kasię byłem jej mężem… Dla mnie ten ślub to była formalność ze względów - nazwijmy to - społecznych i dlatego, by moja kobieta czuła się bezpieczna, a bezpieczna w tym rasistowskim społeczeństwie się nie czuła, gdy żyliśmy ze sobą bez ślubu. Jest 32 lata młodsza ode mnie i z tego tytułu ludzie nie dawali jej spokoju. A gdy się z nią ożeniłem to przestali pieprzyć głupoty. Przestali gadać w ogóle. Urodził nam się synuś i nagle okazało się, że taki związek to nie jest podryw małolaty, ani nawet zboczenie, tylko normalna rodzina!

Nowe małżeństwo chyba sporo zmieniło w Twoim życiu. Ponoć hodujesz kozę.
Moja koza ma azyl polityczny. Teraz mamy w Polsce politykę robienia barbecue. W tym celu pięciu gówniarzy chciało upiec młodą kózkę na grillu. Ale się wkurzyłem! Bo do tego jestem jeszcze wegetarianinem. U mnie w domu mięso je tylko kot. Dla niego się poświęcam. Przygarnąłem kotkę z dzieckiem na ręku. Ktoś ją wyrzucił z samochodu.

Wracając do kozy...
Dałem gnojom 50 zł na kiełbasę, a kózkę przytuliłem, owinąłem w kurtkę i zabrałem do domu. Powiedziałem jej: Daję ci imię Klementyna i masz tu azyl do końca życia. Nikt cię nie będzie wykorzystywał. Nikt cię nie będzie doił, ani robił z ciebie bębnów. Nie oddam cię też na paszę dla lisów. No i mieszka u mnie, rogi jej nawet nie urosły.

W domu? W ogródku?
Moja ziemia nie jest mała, to 25 arów w śródmieściu Bochni. Wiesz co robię, kiedy mam urodziny? Wyłączam telefon i biorę się za budowę domu dla gawrona, który stracił ogon i nie może latać. Albo wyrzucam kozie gnój. Bo jak w ten jubileuszowy dzień wszyscy chcą cię "zarypać" prezentami oraz głaskaniem po dupie, to trzeba rano wstać, przebrać się za robola i zrobić coś dla istoty, która jest bezbronna, która nie ma nic. Zrobić coś, co nie przynosi żadnego interesu, a jedynie stwarza same problemy. Bo trzeba ostro kombinować jak ten ptasi dom zbudować, kupić śruby, dechy.

Co to za gawron?
Norbert. Znalazłem go, gdy wracałem o drugiej w nocy z klubu. Długo szedł przede mną, nagle zatrzymał się pod bramką do naszego domu. Więc go przygarnąłem, żeby go koty nie zeżarły. Już nie ma Norberta. Umarł na serce.

Dlaczego zajmujesz się ptakami i kozą?
Muszę. Chcę tego. Pierwsza zasada determinizmu: Chcesz, możesz, nikt ci nie przeszkadza to znaczy, że musisz. Kto mi przeszkodzi zbudować dom dla kozy? Zrobić jej paśnik? Przywieźć jej siano? Słomę załatwić u chłopa? Sam decyduję o tym, co mam robić. Człowiek, który nie potrafi oderwać się od swojego egoizmu, od myślenia o swoich hemoroidach, jelitach i wzdęciach jest obrzydliwy.

Jesteś jak Chrystus, którego grałeś w Teatrze Muzycznym 30 lat temu.
Kiedy Jerzy Gruza zaczął myśleć o wystawieniu "Jesus Christ Superstar" byłem pewien, że będzie mu potrzebny zespół rockowy. Wojtek Korzeniewski powiedział mu o TSA i wokaliście, że to idealny kandydat do roli Jezusa.
Gruza, jak mnie zobaczył, rzekł: - No tak, Jezusa już mam. Marzyłem o tej roli kilkanaście lat. Jezusa chyba nie da się zagrać. Trzeba się nim jakby stawać, a to graniczy z szaleństwem. Moje myślenie o wielu sprawach zmieniło się wtedy zdecydowanie. Spełniło się chłopięce marzenie, a jego realizacja dostarczyła mi przeżyć, które swoją siłą i mistycyzmem przyćmiły wszystko, czego kiedykolwiek doświadczyłem. Ostatni spektakl miał miejsce w 1989 roku, na Skwerze Kościuszki w Gdyni.

Przez cały tydzień lało...
...i wszyscy obawiali się, że całe to wielkie przedsięwzięcie nie dojdzie do skutku. Jeszcze godzinę przed generalną próbą, nad Gdynią szalała ulewa, ale kwadrans przed jej rozpoczęciem przejaśniło się. Gdy zaczęliśmy, scenograf podbiegł do mnie i powiedział, że stał się chyba cud, bo w momencie gdy stanąłem na scenie słońce wyszło zza chmur! Potem, podczas ukrzyżowania, kiedy umiera Chrystus, z nieba spadło kilkadziesiąt ogromnych kropli deszczu, które w świetle reflektorów zabłysnęły jak wielkie brylantowe łzy Boga. Zawsze jestem gotowy wyjść na scenę, nawet bez próby i zagrać Jezusa w tym spektaklu. Kiedy byłem w Stanach Zjednoczonych ta rola wciąż mi się śniła! Siedmioletni pobyt w Ameryce jakoś łączy mnie z Klenczonem. Ja też chciałem ratować rodzinę. Sprowadziłem żonę, dzieci i zostałem robotnikiem.

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Mówisz o pierwszej żonie?
Nie pierwszej tylko byłej, nie można z ludzi robić liczebników. Dla kobiet "druga" - nie brzmi dobrze, powinnaś jako kobieta o tym wiedzieć. Już lepiej brzmi - ostatnia. Mojej Kasi napisałem: Moja ty ostatnia dziewczyno! To było prawdziwe wyznanie.

Ładne!
Gdy mężczyzna jest młody, ma złudzenia, wydaje mu się, że jest z kobietą, którą kocha. A ona okazała się innym człowiekiem niż sobie wyobrażał. Pierwsza miłość oparta jest na wzdychaniu i chciejstwie, a nie na realiach.

Co z tym amerykańskim snem o Chrystusie?
Tylko to mi się tam śniło. Że znów gram w tej sztuce! Tęskniłem za teatrem. Tęskniłem też za poziomkami, za ich zapachem... Raz, w jednym centrum handlowym usłyszałem trąbkę. Wydawało mi się, że to jest hejnał mariacki! Pomyślałem wtedy - za trzy miesiące wyjeżdżam do Polski! Wyobraziłem sobie, że będę sobie siedział na Brackiej w Krakowie, gdzie jest kawiarenka Rio, gdzie przychodzą różni artyści, gdzie parzą najlepszą lurę na świecie! Wyobraziłem sobie, że będę sobie sączył tę kawę siedząc na krawężniku, a w tle będzie pobrzmiewał hejnał. I na myśl o tym rozpłakałem się. Ze szczęścia! Poczułem, że jednak jest coś, coś ulotnego, co łączy mnie z jakimś miejscem. Nigdy tak nie tęskniłem. Wciąż też myślałem o tym gdyńskim Jezusie. Raz śniło mi się straszne trzęsienie ziemi w Gdyni. Teatr pękł na pół. Gruzy zabiły wszystkich, a ja zostałem sam na krzyżu i nikt nie mógł mnie odwiązać! I wisiałem tak nad dymiącymi zgliszczami, widząc, zamiast błękitnego morza, czarną wodę...

Miewasz prorocze sny?
Wiele przewidziałem. Na przykład, w 1973 roku, rozpad Związku Radzieckiego. Koledzy pukali się w czoło, a później mnie przepraszali.

Czytaj także: Sopot: Premiera spektaklu "Klenczon" na Scenie Off de Bicz

Wróciłeś do Polski zaraz po tamtym "chrystusowym" śnie?
Rok później, w 1998. Nie wróciłem, tylko przyjechałem. Nigdzie nie wracam, bo nigdzie nie jestem. Tacy ludzie jak ja i Klenczon są zawsze tam, gdzie są. U siebie.

Bardzo zmieniłeś się od czasu tej roli w "Jesus Christ Superstar"?
Brzuch mi urósł, choć się nie obżeram. Jestem zaplątany w mnóstwo spraw. Prawie nie istnieję. Mam taką ilość pracy, jestem tak zaharowany, że nawet nie zauważam jak się zmieniam w starszego pana. Śpiewam, nagrywam, jestem menedżerem dwóch zespołów, próbuję znaleźć jak najwięcej czasu dla mojej rodziny i synka. Zakładam ogród... Najgorsze jest to, że nie potrafię już wyluzować. Kupiłem sobie dom na raty i mam długą listę rachunków do spłacenia...

Dziarsko dźwigasz ten swój krzyż...
To nie krzyż, to dar. Krzyż to jest hańba. Kiedyś napisałem scenariusz filmu rysunkowego "Ukrzyżowieszenie". Krzyże są tu szubienicami, na nich wiszą łotry, a Chrystus idzie po schodach. W tle morze i słońce. Zachodzi w taki sposób, że jedna jego połowa jest w morzu, a druga w niebie. Jak aureola... Chciałbym mieć więcej czasu na ogród.

Poziomki tam masz?
Posadziłem, dla Filipka. Ludzie zakładają sobie ogrody, gdzie, jak kobietę, ubezwłasnowolniają naturę. Zamiast się cieszyć, tyrają. Mój ogród żyje samym sobą. Jest aleja jarzębinowa, brzozowa, borówkowa, bzowa, kawałek morwowej. Wiszące morwy to prezent na urodziny dla mojej Kasi. Chciała spróbować jak smakuje świeża morwa. Są też oliwniki. To afrodyzjak. Powoduje, że kobiety się ożywiają...

W sobotę zaśpiewasz w Sopocie piosenki Klenczona.
Kasia Cygan, aktorka i scenarzystka, namówiła mnie do udziału w tym wydarzeniu. Choć jestem bardzo zajętym człowiekiem, zgodziłem się bez namysłu, łączy nas przyjaźń z czasów, gdy oboje graliśmy w Teatrze Muzycznym w Gdyni - wtedy bardzo mi pomogła w zrozumieniu przestrzeni scenicznej i znalezieniu podstawowych środków aktorskich. Ania Dauksza to też moja przyjaciółka z tamtych lat. Wymyśliły niebanalny sposób na pokazanie postaci Klenczona ilustrując wszystko jego piosenkami. Krzysiek... On widział tylko jedno - miłość. Szukał jej we wszystkim. Dlatego w tym jego głosie jest taki smutek. Chciałbym, żeby ludzie, którzy ten spektakl zobaczą zastanowili się nad swoimi życiem, nad wartością tego, dla czego się co dzień poświęcają. Żeby zadali sobie pytanie czy są uczciwi wobec siebie. Te nasze zachcianki... To ciągłe kupowanie nowych rzeczy i otaczanie się przedmiotami tak, by nikt nie miał czasu na swoje marzenia... Po co to? Nie można sobie usiąść z ukochaną osobą, popatrzeć na morze, pomilczeć na znany temat i niczego od siebie nie żądać? Tylko być?

Rzmawiała Gabriela Pewińska

Codziennie rano najważniejsze informacje z "Dziennika Bałtyckiego" prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera!

Wideo

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

B
Babi
Zawsze ceniłam Marka Piekarczyka.Świetny człowiek,wspaniały wywiad.
T
Toro
Z tego co widzę on nie neguje podtekstu tego utworu, jedynie formę. Po prostu bez względu na treść nie odpowiada mu taka wstawka. Prafrazując sytuację, można powiedzieć, że nowa reklama promująca produkty jednego z banków z muzyką discopolo w tle "Bierz co chcesz" jest też pastiszem innego hitu disco-polo z ostatniego roku, wskazuje na to i forma reklamy i środki przekazu zastosowane. Jednak niektórym mimo podtekstu reklama nie odpowiada, bo jest umc umc - więc Ty patrzysz z jednej perspektywy na temat, co nie znaczy że jest to jedyne słuszne spojrzenie. Aby się dowiedzieć co Piekarski mysli o temacie, to trzeba by zadać więcej niż 1,5 pytania.
G
Gość
Nie byloby samych strat, gdyby dziecom stworzono mozliwosc doceniania wartosci polskiej kultury oraz dorobku artystycznego Ojca nawet na tzw. obczyznie. Przykladow mozna podac wiele gdzie rodzice albo sami albo korzystajac z polonijnych osrodkow ksztalcenia i kultywowoania kultury polskiej, wszczepiaja u dzieci docenianie ich kulturowego dziedzictwa. Nie wystarczy pokazac dzieciom wyciagniete z lamusa zdjecia i wycinki z gazet. Trzeba zachecac je aby same odnalazly glebokie wartosci w polskiej kulturze. No, ale przede wszystkim trzeba samemu polska kulture dobrze znac, doceniac i kultywowac. Nie musi sie to wcale wiazac z czestymi przyjazdami, polska kultura jest dostepna nawet poza granicami Polski. Robienie z Klenczona wielkiego patrioty jest wielka pomylka. Po prostu jak kazdy Polak kochal kraj, w ktorym sie urodzil, wychowal, przezyl wspaniale chwile, rozwinal jako doceniany artysta. Ten rzekomy hura patriotyzm Klenczona jest dzisiaj podkreslany przez jego byla zone, tylko i wylacznie w celach propagandowych. Mysle, ze Klenczon tesknil za Polska tak samo jak kazdy emigrant, a swoje glebokie uczucia do "ziemi dziecinstwa" odzwierciedlil pieknie w swoich utworach. W jego glosie slychac to wyraznie, nie musial o tym trabic publicznie w wywiadach. Kazdy kto ma choc odbrobine wrazliwosci wyczuje to wyraznie, bez zbednych slow. Choc go juz nie ma, to jego muzyka pozostala. Dlatego kazda dobra i godna jego pamieci inicjatywa majaca na celu przypominienie tworczosci Krzysztofa Klenczona zasluguje na pochwale. Irytujace jest czasem, gdy osoby, ktore niewiele mialy z Klenczonem do czynienia, nie znalyo go osobiscie, wypowiadaja sie autorytatywnie na temat jego muzyki i zycia osobistego. Ale milo slyszec, ze muzycy, ktorzy go dobrze znali i wspolpracowali z nim osobiscie dokladaja starn aby jego dorobek nie zostal zapomniany. Ostatnia plyta "(Nie)Przejdziemy do historii" wydana przez Polskie Radio jest pieknym gestem ze strony kolegow, ktorzy tworzyli z Klenczonem rodzaj muzyki, w ktorym on czul sie najlepiej. Chyba wiec nie ma samych start, co jakis czas wzbogacani jestesmy jakims klenczonowskim darem. Ciekawe co przyniesie najblizsza przyszlosc?
e
elzbieta
mysle podobnie, ktora kobieta bedac w zaawansowanej ciazy wyjezdza , ta ktora ma okreslony cel , urodzenie dziecka w usa daje mu obywatelstwo, reszte znamy, zona nie zdawala chyba sobie sprawy za kogo wyszla, zrobil to dla dzieci , ale widziala co sie z nim dzieje powinni wrocic i dac szanse dzieciom , ktore byly amerykankami poznac kraj rodzicow, poznac jezyk kulore itd wszyscy by skorzystali , a t ak zmarnowane zycie z patriotyzmu Klenczona nie ma nic , dzieci nie zrobily wielkiej kariery , gorzej niz za komuny, a wilkiego muzyka nie ma , same straty
M
Muzyk
Żeby oceniać, trzeba również doceniać. Czy pan naprawdę myśli, że Klenczon, który skomponował ten utwór po odejsciu z Czerwonych Gitar, miałby wracać do czerwonogitarowego "ymc, ymc, ymc, ymc” ? W takim razie zaprzecza pan tutaj temu co sam pan o nim powiedział „ Krzysiek... Był wieloznaczny jak dziewiętnastowieczny obraz”. Panie Marku, aby docenić obraz trzeba się w niego wpatrzyć, poznać okolicznosci w jakich powstał . Dobrze jest dowiedzieć się co skłoniło artystę do namalowania obrazu, dlaczego użył takich a nie innych barw, technik itp. Czy wie pan jakie okliczności wplynęły na to, że Klenczon ‘wsadził’ taki czerwonogitarowy wątek do bardzo rockowego utworu? Co chciał przez to osiagnąć? Co przekazać słuchaczom? Pięknie pan odczytuje między wierszami relacje między Klenczonem i jego żoną, bo to bliski panu temat męsko-damski, ale niestety nie bardzo się pan wysila w odczytanie prawdziwego przesłania tego utworu.
Żeby czuć, trzeba rozumieć. Kiedy Klenczon nagrał ten utwór, był pan pewnie jeszcze nastolatkiem. Czy dzialał pan już jako zawodowy muzyk? Polscy muzycy działający we wczesnych latch 70tych dobrze wiedzą, że rock był na cenzurze, że prawdziwe rockowe utwory miały marne szanse na oficjalne zarejestrowanie w panstwowych mediach. Trzeba było nie lada kamuflazu, aby kompozycja rockowa została zarejestrowana w radiu, w telewizji lub by pozowlono ja publicznie odtworzyć na koncercie. Kompozytorzy i teksciarze musieli uciekać się do różnych podchodow by przemycić rockowe brzmienie lub zgodne z duchem czasu przesłanie w tekscie. Trzeba rozumieć, że to co nazywa pan czerwonogitarowe "ymc, ymc, ymc, ymc”, to właśsnie ta muzyka, która przeszła do historii, bo została obficie zarejestrowana w mediach, była codziennym pokarmem dla mas. Klenczon się z tego nabija. To jest po prostu pastisz. Slychać to wyrazie w sposobie w jakim zespól to gra. Natomiast muzyka rockowa, którą Klenczon chciał grać, nie miała szans na przejscie do historii. Teraz wiemy, że wbrew temu pesymistycznemu poglądowi, tak się nie stało i muzyka Klenczona przeszła do historii. Ale czy mógł on wtedy to przewidzieć?
G
Gość
Pani Katarzyna Cygan w wywiadzie mówi o Klenczonie " dla niej wyjechał z Polski", ale w spektaklu słyszymy "głos" Bibi, który mówi, że zrobił to dla dzieci, bo nie chciał, żeby wychowywały się w komunistycznej Polsce. Pan Marek Piekarczyk w wywiadzie mówi, że Klenczon był gotowy zrobić wszystko dla kapryśnej żony. No to jak to naprawdę było? Myślę, że Bibi po prostu użyła argumentu z dziećmi, by dopiąć swego. Klenczon został złapany w pułapkę przez własną żonę! Oto historia jednej tragicznej znajomości.
Dodaj ogłoszenie