Ich oprawcy to też ofiary

    Ich oprawcy to też ofiary

    Ryszarda Wojciechowska

    Dziennik Bałtycki

    Aktualizacja:

    Dziennik Bałtycki

    Aneta Chybicka
    1/2
    przejdź do galerii

    Aneta Chybicka ©Tomasz Bołt

    Będzie pani oglądać relacje z igrzysk olimpijskich w Pekinie?

    Nie, ale nie z powodów politycznych, tylko dlatego, że niespecjalnie interesuję się sportem. Poza tym mam miesięcznego synka i jemu poświęcam teraz całą moją uwagę.

    Ale sprawy Tybetu i tego, co wyczyniają Chińczycy z jego ludnością, nie są pani obce. Zebrała pani wstrząsające relacje tybetańskich uchodźców w Indiach.


    To prawda, chociaż nie takie były moje intencje, kiedy tam jechałam. Prowadziłam badania naukowe na temat postaw wobec płci. Pewnego dnia zrobiłam sobie wycieczkę do Dharamsali, gdzie żyje wielu uchodźców tybetańskich. Nie byłam jeszcze wtedy świadoma tego, czego doświadczyli ci ludzie. Poszłam do Tybetańskiego Stowarzyszenia Kobiet. Moją pierwszą rozmówczynią była szefowa stowarzyszenia pani Tsering Yeshi. Opowiadała, jak uciekała z rodzicami z okupowanego przez Chiny Tybetu. Była wtedy jeszcze dzieckiem. Uciekali zimą, przedzierając się przez Himalaje. Przemieszczali się w nocy, bo wtedy trudniej chińskim patrolom namierzyć uciekinierów. W dzień jest bardzo niebezpiecznie. Ludzi widać na śniegu jak na dłoni. Niedawno w internecie można było obejrzeć film z podobnej ucieczki przez Himalaje. Sfilmowano sceny pokazujące, jak chiński patrol strzela do tybetańskich uciekinierów jak do kaczek.

    Jednak tej kobiecie się udało

    Tak, choć jej szczęście okupione jest ciągle powracającymi koszmarami, od których nie może się uwolnić. Nigdy nie zapomni, jak w którymś momencie ucieczki zatrzymali się w wykrocie skalnym, żeby odpocząć. Było tam pełno trupów uciekinierów, którzy nie dali rady już dalej iść i zamarzli. Ojciec Tsering musiał wrzucać zwłoki do pobliskiej rzeki, żeby rodzina miała się gdzie przez chwilę przespać. Nie mógł ich grzebać, bo w lodzie nie dało się kopać.

    Ta rozmowa stała się dla pani bodźcem do spisania większej liczby relacji.

    Już po paru zdaniach zamienionych z Tsering wiedziałam, że muszę wrócić do Dharamsali i nagrać tak dużo rozmów z Tybetańczykami, jak tylko się da. Większość moich rozmówców przeszła przez niewyobrażalne tortury. Zdziwiło mnie to, że oni nie żywią do Chińczyków negatywnych uczuć. Jedna z kobiet powiedziała mi wprost: "Złe emocje szkodzą temu, kto je w sobie pielęgnuje. Dlaczego po tym, co przeszłam, miałabym sobie jeszcze bardziej szkodzić?".

    Naprawdę nie ma w nich cienia chęci zemsty?

    Nie. Pamiętam, że słuchając tych koszmarnych opowieści, to ja byłam wściekła. Narastała we mnie złość. Choć nie należę do ludzi strachliwych, zaczęłam mieć stany lękowe. Po tych rozmowach bałam się wracać do hotelu.

    Rozmawiała pani również z osobami, które przesiedziały kilkadziesiąt lat w więzieniu. Za co tam trafiły?

    W Tybecie można siedzieć nawet za posiadanie zdjęcia Dalajlamy. Moi rozmówcy do więzienia trafiali głównie za to, że uczestniczyli w manifestacjach albo przypadkiem znaleźli się w miejscu, gdzie się one odbywały. Za to można zostać skazanym nawet na 30 lat więzienia. Jedną z takich długoletnich więźniarek była Ami Ady. Teraz już staruszka, sławna z powodu historii swojej walki o przeżycie. Opowiadała mi, jak wbijano jej gwoździe pod paznokcie. Nawet pokazywała, jak to robili. Mówiła o tym dość beznamiętnie. Tylko od czasu do czasu tak się jakoś kuliła.

    W jaki sposób ją złapano?

    Porwano ją razem z mężem siostry. Jego publicznie rozstrzelano. Oprawcy krzyczeli: "No i gdzie jest wasz Dalajlama? Gdzie jest ta wasza Ameryka? Kto wam tu przyjdzie pomóc?". Strzelono mu w głowę, tak że część jego mózgu ochlapała jej nogi. Potem jako więźniarka była świadkiem kanibalizmu. Patrzyła, jak więźniowie w innej celi jedli ciało nieżyjącego współwięźnia. Z głodu. Razem z nią zatrzymano około 300 osób. Z tej grupy przeżyły tylko trzy. W więzieniu zrobiła sobie pled z kawałków ubrań zmarłych już więźniarek.

    Ją też pani pytała, co czuje do oprawców?

    Tak. Spokojnie odparła, że to są też więźniowie, tylko po drugiej stronie krat. Tłumaczyła, że Chińczycy są tak samo ofiarami tego systemu. Chociaż wśród nich byli i tacy, którym katowanie sprawiało przyjemność. Psychopaci znajdujący radość w zamęczaniu na śmierć drugiego człowieka. Ale byli i tacy, którzy podrzucali im do cel resztki jedzenia, żeby mogli przeżyć.

    Jako psycholog nie obawiała się pani, że powracanie do tamtych traumatycznych przeżyć może spowodować negatywne skutki?

    Kiedy rozmawiałam z Ami Ady, wydawało się, że ta staruszka ma już to wszystko psychologicznie przepracowane. Ale były inne sytuacje. Rozmawiałam z dziewczyną, która została zgwałcona podczas ucieczki przez Himalaje. Uciekała z całą grupą. A człowiek, który zajmował się przerzucaniem ich do Indii, okazał się nieuczciwy. Poprowadził ich tak, że trafili w łapy Nepalczyków. Kilku z nich gwałciło ją przez tydzień. Trzymali ją przywiązaną pod łóżkiem. Potem ten nieuczciwy "przerzutnik" wrócił po nią. Rozmawiając z tą dziewczyną, wiedziałam, że konsekwencje tych przejść są poważne. I jeszcze będą tkwić w niej długo. Podczas opowieści płakała. Czułam jej wielki ból. Opowiedziała mi, że te wydarzenia położyły się cieniem na jej późniejszym życiu. Kiedy już zamieszkała w Dharamsali, związała się z pewnym człowiekiem. Wyszła za niego za mąż. Postanowili, że on będzie się kształcić, a ona zarabiać na dom. Ale on się wykształcił, a potem ją zostawił.

    Z powodu tamtego gwałtu?

    W pewnym sensie. Ona urodziła dziecko bez dłoni. Jego dziecko. On wcześniej wiedział o gwałcie, ale do narodzin nic na ten temat nie mówił. Kiedy zobaczył dziecko, stwierdził, że to przez nią jest takie kalekie. Przez nią i przez to, że została zgwałcona.

    Rozmawiała pani wyłącznie z kobietami?

    Moimi rozmówcami byli też mężczyźni. Jeden był więźniem politycznym. Został złapany w trakcie ucieczki z Tybetu do Indii. Był torturowany. Opowiadał mi, że Chińczycy posiadają specjalne narzędzia tortur. Nawet je wykradł - elektryczne pałki do różnych części ciała, narzędzia do wyłamywania zębów. Mówił o bestialstwie Chińczyków. O gwałcie na mniszkach, które siedziały w celi naprzeciwko. Jak przyszli strażnicy i powiedzieli, że mają dla nich dzisiaj inne mięso. Takie, jakiego jeszcze nie jadły. I gwałcili na oczach współwięźniów z innych cel.

    Jak pani myśli, co możemy zrobić, żeby pomóc tybetańskim ofiarom pekińskiego reżimu?


    Podpisując się, na przykład, pod różnymi petycjami, także słanymi do rządu chińskiego. Takie petycje na skalę masową mogą podziałać. Zwłaszcza że Chiny teraz nie chcą być kojarzone z przemocą. Chcą być postrzegane jako kraj postępowy. Ale my nie dajmy o Tybecie zapomnieć. Trzeba pozwalać takim historiom wypełznąć na wierzch. Tak między Bogiem a prawdą, ja nie jestem w stanie nic więcej zrobić. Poza podpisywaniem petycji, braniem udziału w demonstracjach i przekazywaniem dalej nagranych przeze mnie rozmów z uchodźcami tybetańskimi.

    Po wysłuchaniu tych historii trzeba potem jakoś dojść do siebie.


    Dla mnie oczyszczające było spisywanie tych opowieści. Pamiętam, że po przyjeździe zabierałam się do nich jak pies do jeża. Nie chciałam spisywać, wymęczona już samym słuchaniem. Nie jestem dziennikarzem. Więc nie otarłam się wcześniej o cierpienie na tak masową skalę.

    Ale jest pani psychologiem. Miewała pani do czynienia z cierpieniem w swojej pracy zawodowej.


    Owszem, ale to problemy zupełnie innej skali. Ludzie się rozwodzili, targały nimi wewnętrzne konflikty. Zdarzały się jakieś wielkie dramaty. Ale pojedyncze. A po wysłuchaniu tylu bolesnych opowieści byłam chora. Ten Tybetańczyk, który mi mówił o przyrządach do tortur i gwałtach, widząc, że mam sprzęt radiowy, poprosił, abym to nagłośniła. Dał mi taką białą szarfę w podziękowaniu za wywiad. I ta szarfa była dla mnie takim wyrzutem sumienia. Wszędzie ze mną wędrowała. Nawet kiedy się przeprowadziłam do nowego domu, też ją zawiesiłam. I gdy tylko na nią spojrzałam, myślałam - no tak, tu masz tak miło, sympatycznie. Tam ludzie cierpią, a ty palcem nie ruszysz. I wtedy siadałam. I spisywałam te żmudne rozmowy. Życzenie tego człowieka, tak z serca wypowiedziane, spełniło się. Najpierw wspólnie z Hanną Wilczyńską-Toczko z Radia Gdańsk zrealizowałam reportaż "Nigdy się nie poddawaj", którego wysłuchało wiele osób i który uhonorowano nagrodą Melchiora. A pani jest kolejnym ogniwem. Miał chłop moc, można powiedzieć.

    Aneta Chybicka


    36 lat, studiowała psychologię na Uniwersytecie Gdańskim i w Hunter College w Nowym Jorku, adiunkt w Instytucie Psychologii UG, autorka książek w języku polskim i angielskim

    Czytaj treści premium w Dzienniku Bałtyckim Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo